Każdy wiek jest dobry, by zadbać o zdrowie i samopoczucie ;)

Jako mama, zresztą przed okresem macierzyństwa także, często słyszę bądź czytam o tym, jak to należy odpowiednio zadbać o zdrowie i samopoczucie dziecka, jak ważna jest jego odpowiednio zbilansowana dieta itp.

Jako pozytywnie zakręcona pani z zoologa, założycielka internetowego sklepu Elzonik.pl uczestniczka zwierzakowych forów i grup dyskusyjnych, jak również szynszylowa mama, niewątpliwie kochająca także swoje szynszylowe dzieci, równie często napotykam w internecie mniej lub bardziej żartobliwe stwierdzenia, jak to zwierzakom wybiera się w sklepie największe smakołyki wydając na nie niemałą kasę, a samemu niemal wgryza zęby w ścianę, zadowalając się byle czym…

PYTAM WIĘC…

Dlaczego tak często, dbając o tych, których kochamy, rozumiejąc ich potrzeby na drodze do dobrego zdrowia i jeszcze lepszego samopoczucia zapominamy o samym sobie?

 

Dla mnie to przerażające, że tak wiele matek bardzo troszczy się o swoje dzieci, jednocześnie nie troszcząc się o siebie… Tak wielu troskliwych, wspaniałych opiekunów zwierząt staje na głowie, by życie ich pupili osiągnęło odpowiednio wysoką jakość, a nie dba o to, by przy tym nie zapominać o własnych potrzebach… Oczywiście zdaje sobie sprawę, że w życiu bywają sytuacje, kiedy należy zepchnąć siebie jakby na gorszy tor… Na przykład walcząc o zdrowie swoich bliskich, ciężko myśleć o własnym, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z ciężkimi chorobami, którym nierzadko trzeba podporządkować życie i codzienne funkcjonowanie, ale także wtedy nie można o sobie zapomnieć tak całkowicie.

Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta:

„ponieważ mamy dla kogo żyć i nasze podupadnięcie na zdrowiu i samopoczuciu na pewno nie będzie służyć dobru tych, których kochamy całym sercem”.

W różnych miejscach zrzeszających rodziców w internecie można przeczytać wiele wskazówek dotyczących prawidłowego wychowania i wyrabiania odpowiednich nawyków żywieniowych u dzieci. Na grupach dyskusyjnych na porządku dziennym są debaty dotyczące rozszerzania diety u maluchów, dbania o odpowiednio zbilansowane posiłki itp. Wiadomo najmłodsze brzuszki wymagają troski szczególnej i to nie podlega dyskusji. Dyskusji podlega natomiast podejście i ton rodziców wypowiadających się na forum publicznym w kwestiach dbania o dzieci. Bardzo często z takich wypowiedzi da się wyczytać to, co niewątpliwie ważne, że maluchom byle czego podawać się nie powinno, jak i to, co moim skromnym zdaniem jest skrajnie głupie, że my jako dorośli już byle co wcinać możemy, bo przecież nie umrzemy (choć jak wiadomo prędzej czy później umrze każdy ;)).

Niejednokrotnie miałam styczność z historiami, kiedy to dorośli na rzecz swoich dzieci jedli byle co, byle ich pociechy miały absolutnie to co najlepsze, najlepiej wszystko ekologiczne, takie i owakie… i wcale nie były to historie rodem z marginesu społecznego, gdzie ludzie muszą sobie odmawiać kromki chleba, by ich potomstwo nie chodziło głodne… Bywały historie o wydawaniu bajońskich sum na najlepsze witaminy i marcheweczki rodem z eko ryneczku dla dzieci, by samemu zadowalać się najgorszym odpadem z hipermarketu, bo przecież z drowie dzieci najważniejsze, a dorosły żołądek strawi, co trzeba. Zdrowie dzieci dla rodziców jest najważniejsze – sama wiem o tym dobrze, dla córki jestem skłonna do poświęceń, do takiego dzielenia się różnymi dobrami, aby jak najbardziej na tym skorzystała, ale właśnie…

Słowem kluczem jest tu DZIELENIE SIĘ (!)  Nie całkowite zapominanie o sobie, jak to robi niestety naprawdę spora część rodziców. Nawet jeśli faktycznie głównie z myślą o dziecku kupuje przepiękne, bogate w wiele cennych witamin borówki, bo moje dziecko je uwielbia – sama także je jem w trosce o zdrowie własne. Nie gotuje dziecku super zdrowego obiadu, sobie serwując byle co – jem razem z nim, bo jak gotować zdrowo to dla całej rodziny, a jednocześnie nie popadam też w paranoje, że zawsze musi być super zdrowo i od czasu do czasu całą rodziną jemy coś, co za zdrowe raczej nie uchodzi – we wszystkim najważniejszy jest umiar i rozsądek. Jeśli kupuje warzywa na eko bazarku, wszyscy jemy warzywa z eko bazarku, jeśli kupuje w hipermarkecie, wszyscy jemy te z hipermarketu – bez rodzielania, że te eko to dla dziecka, a te marketowe to dla dorosłych – po prostu… a bez względu na to, gdzie kupuje dane produkty zawsze zwracam uwagę na ich jakość i wybieram to, co na daną chwilę i w danym miejscu wydaje mi się najlepsze. Swoją drogą nie mam też złudzeń, że prędzej czy później moje dziecko nie zetknie się gdzieś z niekoniecznie najzdrowszym, najbardziej ekologicznym „naj-jedzeniem” i wolałabym, żeby – kiedy już do tego dojdzie – nie miało z tego tytułu rewolucji żołądkowych, z którymi by się raczej zetknęło w momencie, gdy jego żołądek byłby przyzwyczajony tylko do super, hiper zdrowych produktów…

Jeśli kupuje witaminy dla dziecka, to kupuje je też dla siebie, bo wiem, że moje zdrowie także jest ważne. Od pewnego czasu w naszej kuchni na stale zagościł chlorofil w płynie, jako naturalny preparat doskonale oczyszczający krew z tego, co złe i odżywiający ją w to, co dobre, i korzysta z niego cała rodzina, a nie tylko dziecko. Oczywiście w przypadku zwierzaków nie do końca to tak działa, bo ich pożywienie jest raczej specyficzne (choć niektóre ziółka czy przysmaki szynszylom podkradam, bo to takie same produkty, jakich mogą używać ludzie), ale w ich przypadku też nie powinno być tak, że dbamy o ich prawidłowe żywienie, a sami kupujemy dla siebie najtańsze konserwy z marketu 😉 Tymczasem na stoiskach mięsnych często można spotkać starsze panie wybierające najlepsze, najdroższe mięsko dla… kotka i te znacznie mniejszej jakości dla siebie.

Nigdy nie zapominaj o sobie w całym tym rodzicielstwie czy opiece nad ukochanym pupilem, który niewątpliwie zasługuje na to, co najlepsze, bo Ty również na to zasługujesz!

I to nie tylko w kwestii żywienia, ale także innych życiowych kwestiach, które będę jeszcze przybliżać w tym moim maleńkim kawałku sieci 😉

A jeśli gdzieś tam w duchu myślicie sobie, że racji nie mam i jestem okropna i zła, bo nieskłonna do wyrzeczeń i myśląca w tym wszystkim o sobie, podczas gdy powinnam myśleć wyłącznie o tych, których kocham, to odpowiem Wam, że myśląc o sobie, myślę też o tych, których kocham… Bo tak całkiem szczerze:

Czy Wasze dzieci będą szczęśliwe, widząc rodziców podupadających na zdrowiu?

 

W ich pierwszym etapie życia jesteście dla nich całym światem, a i w późniejszych nadal pozostajecie kimś bardzo ważnym… I na pewno chciałaby byście uczestniczyli w ich życiu jak najdłużej, wspierali, spędzali czas, dzielili najważniejsze momenty, smutki i radości. Kto Was zastąpi, jeśli przez lekceważenie swojego zdrowia odejdziecie zbyt wcześnie? Czy z uśmiechem na ustach będą patrzeć jak poświęcacie się za bardzo i podupadacie na samopoczuciu? Czy raczej będą najszczęśliwsze na świecie, widząc Was w dobrym zdrowiu i kondycji jak najdłużej?

 

Odpowiedzcie sobie sami…

 

To samo dotyczy się zwierząt. I w przypadku dzieci, i naszych czworonożnych przyjaciół musimy mieć siłę, aby się nimi odpowiednio zaopiekować, towarzyszyć w życiowej wędrówce. Siłę, której może zabraknąć, jeśli w trosce o wszystkich wokoło zapomnimy o samych sobie.

Reklamy

O przyjaźni prawdziwej…

Dziś będzie dość krótko (przynajmniej jak na mnie ;)) i treściwie o przyjaźni – tej prawdziwej, tej której każdemu człowiekowi życzyłabym z całego serca – tej, którą tak trudno znaleźć… Nie od dziś bowiem wiadomo, że słowo przyjaciel jest zdecydowanie zbyt często nadużywane w naszym życiu i często zbyt łatwo przychodzi na myśl, gdy myślimy o znajomych.

Od jakiegoś czasu znajduję się na takim etapie życia, który zweryfikował wiele moich relacji międzyludzkich, a kamieniem milowym w tym względzie było spore rozczarowanie względem kogoś, kogo kiedyś wzniosłam na piedestał, powierzając mu niezwykle ważną rolę w niezwykle ważnym dla mnie przedsięwzięciu… Kogoś, kogo uważałam za przyjaciela, dla kogo myślałam, że jestem ważna, a jednak okazało się inaczej… Nie będę zresztą ukrywać, że to nie był jedyny taki przypadek, którym mocno się rozczarowałam, bo użyłam względem niego słowa przyjaciel zbyt pochopnie.

Bo jaki właściwie przyjaciel powinien być, aby przyjacielem można było go nazwać?

Dla mnie przyjaciel to taki ktoś, kto chce uczestniczyć w naszym życiu, a jednocześnie pozwala nam na uczestnictwo w swoim, pozwala nam cieszyć się ze swojego szczęścia i potrafi dzielić z nami smutki, gdy zajdzie taka potrzeba… Wesprze na tyle, ile może i będzie kibicować w realizacji marzeń. Po prostu będzie w pogotowiu, gdy zwykła rozmowa będzie nam potrzebna… Bo należy pamiętać (a swojego czasu niestety ja o tym dość mocno zapominałam), że w przyjaźni obie strony powinny być dla siebie wsparciem i nie może być tak, że tylko ty dajesz coś od siebie, a nie otrzymujesz nic albo prawie nic w zamian. Nie może być tak, że ty przewracasz cały swój grafik do góry nogami, by kogoś wesprzeć, a potem ten ktoś będzie zbywał cię ciągle brakiem czasu, gdy nie będziesz mu potrzebny. Zwłaszcza w obecnych czasach, kiedy w dobie internetu odległość przestaje mieć znaczenie, bo zawsze można chociaż napisać parę słów do drugiej osoby, by ta wiedziała, że tam gdzieś jest ktoś, kto o niej myśli.

Choć przyznaje również, że czasami bywa też tak, iż faktycznie na dłuższy okres kontakt z różnych względów się urywa, ale potem ulega w końcu odnowieniu i czujesz, że to jest to… Przyjaźń, która czasowo zamilkła, jakby się wygasiła w mniejszym lub większym stopniu, a potem – gdy już w końcu przemówiła – było tak, jakby nigdy nie było rozłąki… Przeżyłam to całkiem niedawno i to naprawdę niezwykłe uczucie.

Przyjaźń często mierzy się latami, bo i właśnie długoletnie znajomości zwykle zmieniają się w niezwykłą relację przyjacielską, ale bywa też tak, że kogoś znasz stosunkowo krótko, a czujesz jakby to było całe życie. Czujesz, że możesz z tą osobą przegadać wiele godzin i nie będziesz mieć dość lub odwrotnie – że możesz z nią godzinami pomilczeć, a i tak będzie fajnie, bo przyjaźń nie polega tylko na słowach. W moim życiu było tak, że rozczarowałam się kilkuletnią znajomością, podczas gdy na dużo świeższych relacjach naprawdę wiele zyskałam, poczułam się dla kogoś ważna, uczestniczyłam w ważnych życiowych wydarzeniach, na moich oczach spełniały się marzenia i to było magiczne.

Teraz, gdy moje życie się zmienia, a przede mną otwierają się nowe perspektywy, częściowo zawiodłam się na tych, na których wsparcie liczyłam, ale i okazało się, że istnieją osoby, na które mogę liczyć zawsze i które wspomogą mnie różnym rodzajem pomocy – takim, na które na chwilę obecną mogą sobie pozwolić, a które da mi siłę, by wytrwać. Dzięki takim ludziom coś, co wydawało się wręcz ogromnym problem, nagle przestaje mieć znaczenie… Dzięki takim ludziom moje marzenia potrafią przetrwać największą burzę…

Przyjaźń oczywiście nie oznacza bezwarunkowego, ślepego zapatrzenia w drugą osobę – czasami w przyjaźni trzeba kopnąć kogoś w tyłek, żeby się otrząsnął i zrobił coś dobrego w swoim życiu, a nie tkwił w przekonaniu o tym, że nie da zmienić się nic. W przyjaźni, jak i w każdej relacji, zdarzają się kłótnie, nieporozumienia – ważne, by nad sobą pracować. W emocjach czasami mówimy i robimy różne rzeczy – ja też w tym względzie święta nie jestem 😉

Wszystkim natomiast życzę, by – mimo swoich wad – potrafili okazać przyjaciołom, że są dla nich ważni i nie zapominali o nich w najbardziej kluczowych chwilach swojego życia 🙂

Bądź wytrwały jak szynszyla! (oraz dziecko poznające świat ;))

Bo w szynszyli ukryte są wielkie pokłady determinacji w dążeniu do celu. Choćby sto razy się nie udawało, ona spróbuje sto pierwszy, choćby i tysiąc razy się nie udawało ona spróbuje tysiąc pierwszy, ba! choćby i milion razy się nie udało – ona wciąż będzie próbować, jeśli tylko na czymkolwiek będzie jej zależeć. Nieważne, czy to będzie nielogiczne, denerwujące, banalne, czy zwyczajnie niebezpieczne. Jeśli chodzi o to ostatnie, to często zresztą mam wrażenie, że szynszyle wyznają zasadę: bez ryzyka nie ma zabawy.

A może właśnie, gdyby w życiu częściej ryzykować, mniej się poddawać i bardziej wierzyć w siebie (niczym wspomniana szynszyla), byłoby łatwiej zdobywać szczyty? Właściwie to jestem o tym przekonana, sama będąc osobą, której czasami brakuje determinacji i wiary… Wiary w nic innego, jak w siebie i we własne siły. Gdybym tylko miała jej w sobie tyle, ile takie małe stworzonko, przekonane chyba o swojej bezkarności i nieśmiertelności, mogłabym i góry przenosić 😉 I to wcale nie jest żart.

Często mówimy, że ludzie mogliby od zwierząt się uczyć… Od psów wierności i podejścia do kwestii przyjaźni, od kotów samodzielności, od zwierząt żyjących w większych społecznościach wzajemnej współpracy itp. Dlaczego więc nie dopisać do tych nieco bardziej popularnych przykładów szynszyli z jej wytrwałością w dążeniu do wyznaczonych celów? 😉

Zanim stałam się dumną opiekunką tych wspaniałych stworzeń, nie zdawałam sobie sprawy, że tak mała istota może być aż tak wielka duchem, mieć takie pomysły i tyle determinacji w dążeniu do ich realizacji. Dla wielu, którzy nie mieszkają na co dzień z żadną szynszylą, to po prostu nieco większy gryzoń, a ja podziwiam te zwierzęta, naprawdę podziwiam, choć podkreślić też trzeba, że brak umiaru w takiej determinacji może też wpędzić w kłopoty. No bo, kiedy np. szynszyla w końcu, mimo wszystko, osiągnie swój cel i przegryzie kabel podłączony do prądu, to wielkim szczęściem będzie, jeśli to wydarzenie zakończy się jedynie na osmalonych wąsach, czy jak kto woli (bardziej fachowo rzecz ujmując) – wibrysach. W przypadkach narażania życia i zdrowia raczej nie namawiałabym więc do tego, by być jak to zwierzę. Co innego, gdy do czynienia mamy z działaniem, które finalnie ma korzystnie wpłynąć na nasze życie – wtedy jak najbardziej, uczmy się od szynszyli.

W takich przypadkach, nawet gdy człowiek, w którymś momencie się sparzy, to zazwyczaj po to, by zmodyfikować nieco swoją ścieżkę w dążeniu do życiowego celu, do jakiegoś swojego skrytego marzenia. Do realizacji marzeń zawsze warto dążyć konsekwentnie i wytrwale, choć sama dobrze wiem, jak bardzo czasem jest to trudne… Często sama sobie w myślach niekoniecznie mądrze powtarzam, że czegoś nie da się przeskoczyć… Czasami faktycznie tak jest, ale w wielu przypadkach potrzeba po prostu wiary w to, że można znaleźć rozwiązanie i pokonać bariery. Tak jak uparcie do pokonywania różnych barier dążą szynszyle… i zwykle to ich opiekunowie załamują ręce i wciąż rozmyślają nad tym, jak stworzyć bariery nie do pokonania, które sprawiłyby, że wybiegi ich podopiecznych byłyby w pełni bezpieczne. W tym przypadku też oczywiście potrzebna jest determinacja (!) w wymyślaniu coraz to bardziej innowacyjnych zabezpieczeń 😉

Ludzie zresztą jako małe dzieci też mają w sobie wielkie pokłady determinacji. Mojej córce często można powtarzać wiele razy, że czegoś nie wolno, a i tak będzie próbować coś zrobić np. kiedy nikt nie patrzy 😉 Może jej się nie udawać złączyć ze sobą klocków, a będzie próbować tak długo aż jej się uda, czasem poprosi nas o pomoc, wskazując co mamy wziąć do ręki lub gdzie się mamy udać, by pomóc jej coś osiągnąć… Z jednej strony bywa to uciążliwe, z drugiej – budzi podziw, gdy spojrzeć na to wyłącznie przez pryzmat wytrwałości w dążeniu do celu i świadomości tego, co należy zrobić, by dany cel osiągnąć. Małe dzieci nie mają problemu z tym, by poprosić dorosłych o pomoc, a dorosłym często głupio jest, gdy mają kogoś prosić o wsparcie swoich inicjatyw.

Dlaczego z wiekiem, gdy nabywa się już doświadczenia i swojego rodzaju mądrości życiowej, zatraca się tę cudowną dziecięcą cechę wytrwałego zmierzania do spełnienia jakiegoś nakreślonego planu?

Nagle jakby traci się pewność siebie, wiarę we własne siły, marzenia… Wiem, że rzeczywistość dużo weryfikuje, niejednokrotnie nieprzyjemnie nas doświadcza, a jako dzieci zazwyczaj znajdujemy się pod parasolem ochronnym naszych bliskich. Ale jakże to pięknie byłoby wierzyć w swoje marzenia tak bardzo, jak w tym dziecięcym okresie… Szynszyle i małe dzieci bardzo wierzą w swoje marzenia, w powodzenie swoich misji. Warto brać z nic przykład lub chociaż próbować czerpać z ich działań inspiracje. Gdyby tak połączyć ich determinację z naszą mądrością i doświadczeniem, wiele dziś nierozwiązywalnych z naszego punktu widzenia problemów od razu uległoby rozwiązaniu… I ja to wiem… I w życiu chcę dążyć do tego, by pokazywać ludziom, że tam, gdzie oni mówią, że nic nie da się zrobić, zawsze znajdzie się wyjście z sytuacji.

Dopóki się walczy, jest się zwycięzcą.

Warto więc szukać w sobie determinacji. ZAWSZE.

Nawet gdy sytuacja wydaje się niekorzystna.

I z tą myślą chcę aktualnie dążyć do spełniania własnych marzeń, choć wiem, że łatwo nie będzie… No ale jedno wiem na pewno – zdecydowanie mam od kogo czerpać inspirację 😉

 

Jakże byłoby wesoło i pięknie…

… gdybyśmy uczyli się radości od dzieci… Gdybyśmy zawsze taką radość z życia potrafili czerpać… Cieszyć się z najdrobniejszych, ale jednocześnie jakże wielkich sukcesów… Bo wcale nie trzeba dokonać czegoś spektakularnego, aby być z siebie dumnym i zadowolonym. Zrozumiałam to tak naprawdę dopiero wtedy, jak zostałam mamą i wiele się uczę od mojej córki, mimo że znacznie dłużej od niej żyję na świecie. Jakoś tak na etapie dorastania, w pewnym momencie tracimy gdzieś tą swoją dziecięcą radość i cudownie jest ją po latach odzyskać… I mimo że życie nie jest (i raczej już nigdy nie będzie) wolne od problemów, to z iskierką radości, choćby jakimś małym jej przebłyskiem, jest łatwiej.

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie niemała dyskusja, jaka wywiązała się pod pewnym filmikiem, na którym dziewczyna w zaawansowanej ciąży, ze sporym już ciążowym brzuszkiem podryguje radośnie w rytm muzyki. Filmik bardzo niewinny, poza granicami naszego kraju wywołujący lawinę wesołości i pozytywnych komentarzy, a dziwnym trafem w naszym kraju wywołujący sporo kontrowersji, niemiłych, wręcz chamskich niekiedy głosów krytyki… Oczywiście pozytywne komentarze pod filmikiem też się pojawiały, co mnie osobiście bardzo cieszy, bo oznacza, że jeszcze nie we wszystkich ludziach z polskiej społeczności zaniknęła dziecięca radość życia, ale te negatywne sprawiły, że aż włos mi się na głowie zjeżył…

Dziwna ta mentalność wielu Polaków narzekaczy, że wciąż tylko krytykują. Nawet za to, że ktoś w zaawansowanej ciąży może tańczyć i się dobrze bawić. We mnie osobiście ta dziewczyna wzbudziła swojego rodzaju podziw, bo ja z takim dużym, ciążowym brzuchem ledwo przechodziłam dwie ulice, a na jej filmiku tyle energii i optymizmu… Czasami mam wrażenie, iż innych ludzi naprawdę zalewa jad, gdy widzą, że ktoś zwyczajnie się cieszy, jest na dany moment szczęśliwy… Tak jakby im coś kiedyś w życiu nie wyszło i bolało ich, iż ktoś może ukazywać swoją radość życia zamiast przywdziewać wór pokutny i się samobiczować za sam fakt istnienia, a już broń Boże cieszyć się pod koniec ciąży, kiedy powinno się leżeć niczym orka na plaży i modlić o jak najszybsze rozwiązanie… No i mieć świadomość, że lada chwila będzie się mamą pełną gębą, a matce wiele rzeczy nie wypada… Nie wypada jej się wygłupiać, mieć poczucia humoru, zrobić coś, co sprawi jej radość, a innym może wydawać się bez sensu – w końcu w rodzicielstwie trzeba być statecznym, dorosłym i dojrzałym już aż do bólu, i oczywiście świecić przykładem… Tylko właśnie jakim przykładem? Przykładem na to, że dorosłość to już tylko obowiązki, problemy, syf, kiła i mogiła? Bo ja mam wrażenie, że ci komentujący, którzy nie przebierali w słowach pod wspomnianym radosnym filmikiem, nie przekazują swoim dzieciom radości, a wręcz tłamszą w nich tę radość przedwcześnie… Może się mylę – tak na marginesie, akurat w tym przypadku bardzo bym chciała się mylić. Tylko poniżej przytoczone komentarze nie dają mi zbyt dużej nadziei…

Cytuję… no może nie do końca, bo poprawiłam błędy ortograficzne 😉

„Głupota nie zna granic.”

„Rzygać się chce [że] ta pani ma być matką.”

„Ble, rzygać się chce!”

„Niech zachowa się jak na ciężarną przystało, a nie podskakuje jak w przedszkolu albo jak jej te klimaty pasują to niech na Ibizę jedzie.”

„Trochę ogłady, a nie majta tym brzuchem.”

I to inne matki pisały, że na widok ciążowego brzucha chce im się rzygać… Ciekawe czy z równą odrazą patrzyły na swój własny, bo jeśli tak, to szczerze współczuję, wszak nienarodzone dziecko odczuwa więcej niż mogłoby się wydawać, a przynajmniej ja w to wierzę…

Niestety, wstyd mi, że w Polsce taka fala hejtu, podczas gdy zagraniczne komentarze, jakie można było spotkać na instagramie dziewczyny, która filmik nagrała, miały wydźwięk bardzo pozytywny, bo i nic negatywnego na filmiku nie było. Ot dziewczyna w ciąży tańczy, zażywa ruchu, a przy ciąży przebiegającej prawidłowo ruch jest wręcz wskazany. Dlaczego niektórzy uważają, że wolno z tego tytułu ją obrażać? Ktoś powie, że każdy ma prawo do własnego zdania – ja powiem ŚWIĘTA RACJA! Tylko wypadałoby zachować jakąś kulturę wypowiedzi… Swoje zdanie można wyrazić bez zbędnych przytyków i obrażania, przynajmniej w takim przypadku, gdy naprawdę nikomu nie dzieje się krzywda… Tym bardziej za te komentarze mi wstyd, kiedy wspominam swoje podróże zagraniczne, których w dzieciństwie odbyłam kilka i mam świadomość, jak radosnych ludzi tam spotkałam i jak fajnie było tam uśmiechnąć się do kogoś obcego na ulicy, kiedy ten ktoś bez zastanowienia odwzajemnił uśmiech. W Polsce niektórzy odwzajemnią, a inni popatrzą na ciebie jak na przybysza z kosmosu, co właśnie urwał się z jakiejś kosmicznej choinki i jeszcze do tego zmierzą takim wzrokiem, że największy lodowiec wydaje się cieplejszy.

Nie chcę wychowywać swojego dziecka w duchu takiej polskiej mentalności… Mentalności, z którą ciągle walczę… Ba! Z którą musiałam długo walczyć u własnego kiedyś narzeczonego, a dziś już męża, widzącego niegdyś świat prawie wyłącznie w szarych kolorach. Nie chcę tłamsić we własnym dziecku tej dziecięcej radości, chcę ją pielęgnować i sama chcę ją na nowo odkrywać, co zresztą robię każdego dnia… Odkrywam siłę pozytywnego nastawienia do świata w każdym uśmiechu mojej córki, w iskierkach radości, jakie widzę w jej oczach, gdy nabędzie jakąś nową, nawet bardzo banalną umiejętność, we wspólnych zabawach i odkrywaniu otaczającej rzeczywistości… na nowo… dziecięcymi oczami. To naprawdę piękne!

W życiu jest dość zmartwień na co dzień… Spieszmy się cieszyć z drobnych rzeczy, bo jak zsumuje się je z sobą, to zaczynają tworzyć rzeczy wielkie 🙂

Robaczywy interes?

Wpis miał być wprawdzie trochę wcześniej, ale wyrobiłam się z nim w ciągu tygodnia, a przy takim nawale pracy, jakiego miałam okazję uświadczyć ostatnio (i nadal uświadczam), to nie lada wyczyn. Z nieocenionym wręcz wsparciem męża wprowadzam teraz na swój internetowy sklep zoologiczny Elzonik.pl nową linię produktów, która sprawi, że sklep przestanie być tylko zoologiczny, ale nadal będzie służył temu, co w życiu najważniejsze – zdrowiu 🙂 Moim zdaniem to naprawdę super, ale wymaga sporo czasu, skupienia i w moim przypadku też częściowej rezygnacji ze snu, bo jak wiadomo najbardziej efektywnie pracuje się jednak, gdy dziecko śpi, więc staram się wykorzystać taki czas na maksa. Zresztą jak wygląda praca zawodowa w domu, przy aktywnym dziecku mogliście zobaczyć na zdjęciu zamieszczonym przeze mnie ostatnio na moim facebookowym fanpage’u (jeśli jeszcze, go nie lubicie, polubcie koniecznie ;)). Nie o tym, jednak dzisiaj (zainteresowanych tematyką pracy zawodowej przy jednoczesnej opiece nad potomstwem odsyłam do wpisu Praca zawodowa z dzieckiem u boku, obiecując jednocześnie nowe wpisy celem aktualizacji tematu). Dziś pragnę zmierzyć się z chyba największą bolączką sklepów i innych punktów, w których można nabyć artykuły żywnościowe, nieważne czy to dla zwierząt, czy też dla ludzi, choć ja ze względu na specyfikę własnej działalności skupię się na tej pierwszej grupie konsumentów, zawężając swoje spostrzeżenia do zwierząt mi branżowo najbliższych – królików i gryzoni. Co jest największą bolączką tego typu działalności? Moim zdaniem zdecydowanie są to nieproszeni goście, których obecność możemy zlokalizować w różnego rodzaju produktach przeznaczonych do spożycia.

Owady wszelakiej maści są wszędzie. Jedne całkiem pożyteczne, inne żyjące tylko po to, żeby się rozmnażać i działać na szkodę człowiekowi. Kiedyś wielu z nich bałam się wręcz panicznie, dziś nie robią na mnie jakiegoś większego wrażenia, choć przed niektórymi nadal mam ochotę uciec z krzykiem, gdzie pieprz rośnie. Rzeczywistość zweryfikowała moje lęki. Gdyby nadal były one tak duże jak kiedyś, już dawno musiałabym zrezygnować z branży, w której siedzę i którą z różnych (nierobaczywych!) względów bardzo lubię. TAK WŁAŚNIE! Prowadząc sklep zoologiczny, nie da się uniknąć kontaktów z owadami, i to tymi najbardziej upierdliwymi i w ogóle niepożytecznymi. Prędzej czy później, na mniejszą lub większą skalę, trzeba się z nimi zmierzyć. Ja osobiście wolę tę mniejszą i przyświeca mi myśl, że lepiej zapobiegać niż leczyć, a w tym przypadku np. latać z morderczym spojrzeniem i kapciem w ręku po mieszkaniu, zabijając różne osobniki, osiadające na powierzchniach płaskich.

Największą gnidą, z jaką mam do czynienia w swojej działalności, jest omacnica spichrzanka, zwana potocznie molem spożywczym. Ktokolwiek kiedyś miał problemy z molami, wie jak wielkie szkody mogą one poczynić wszędzie tam, gdzie przechowuje się żywność. Ich larwy, żerując na tym, na czym się tylko da, zanieczyszczają żywność, sprawiając, że musi ona niezwłocznie wylądować w koszu i to najlepiej tym zewnętrznym, co by jakieś cholerstwo przypadkiem z naszego domowego kosza nie wypełzo / wyfrunęło, czyniąc dalsze szkody… W zasadzie nie musiałam mieć sklepu zoologicznego, żeby z tymi gnidami się borykać, bo swoje pierwsze w życiu larwy mola przyniosłam do domu z hipermarketu, w fabrycznie zamkniętej paczce kaszy… Jak to w życiu bywa, nawet przy największej uwadze i ostrożności mole w różnych produktach mogą się zdarzyć, wszak jajeczek nie dostrzeżemy nawet najbardziej wprawnym okiem… I niestety nawet dbanie o czystość na bardzo dobrym poziomie nie gwarantuje, że gdzieś mol się nie przypałęta – był czas, że do mnie do domu wlatywały one z kratki wentylacyjnej. Poza tym ja swojego magazynu mogę być pewna (i jestem, bo wciąż go kontroluje), a mole mogę dostać w gratisie wraz z dostawą z hurtowni czy od producenta, co już nieraz miało miejsce.

Ogółem wydaje mi się, że mole częściej zdarzają się właśnie w produktach zoologicznych, aniżeli spożywczych, gdzie przynajmniej na logikę powinno się wprowadzać naprawdę rygorystyczne procedury przy obrocie żywnością na wszystkich jej etapach. A może tak właśnie tylko mi się wydaje, bo siedzę na co dzień w zoologicznej branży. Nie zliczę już produktów, w których mole znajdowałam, i to już na etapie rozpakowywania paczek z dostawą. Szczytem wszystkiego było, gdy cała partia sianek czy innych smakołyków zawierała w sobie całkowicie dorosłe już osobniki, przechadzające się swobodnie wewnątrz w pełni przezroczystej paczki… Bo jak właściwie można nie zauważyć czegoś takiego na etapie wysyłania towaru do sklepu, do dalszej dystrybucji?

Ja to już mam takie swoje zboczenie zawodowe, wynikające z doświadczenia zresztą, iż staram się przejrzeć każdy produkt przed wysyłką i skontrolować czy aby w środku nie zawiera on niespodzianki. Wiadomo, że nie wszystko jest się w stanie dostrzec, zwłaszcza przy zamkniętym opakowaniu, nie wspominając już o tych opakowaniach, które nie są ani trochę przezroczyste, ale dzięki takiemu podejściu wyłapałam już kilka zagrożeń i nie dopuściłam do tego, aby zanieczyszczony towar trafił do klienta. I nie chodzi tu tylko o mole spożywcze, bo kiedyś w siankach pewnego producenta dostrzegłam tyle robactwa wszelakiej maści, że chyba nawet Krystyna Czubówna nie ogarnęłaby wszystkich gatunków, przedstawiając je na filmie przyrodniczym. Niemniej nawet takiemu producentowi dałam szansę, drugą i zarazem ostatnią, bo po raz kolejny cała partia (przez lokatorów ją zamieszkujących) musiała pójść w śmietnik i dziękuję losowi, że dostrzegłam to odpowiednio wcześnie, nie pozwalając, by to wszystko się rozpełzło. Od czasu do czasu takie incydenty mogą się zdarzyć i się zdarzają, ale żeby tak pod rząd i w takiej skali? Jestem tolerancyjna i wiele rzeczy rozumiem naprawdę, ale i ja mam swoje granice. Poza tym, dbając o jakość, nie mogę klientom oferować czegoś, co jest po prostu jakościowo fatalne.

Produkty naturalne bywają naturalne do bólu.

I ja o tym wiem, choć jak wspomniałam wszystko ma swoje granice i jeśli ktoś na etapie dystrybucji nie potrafi wyłapać, że wraz ze swoimi produktami wysyła komuś całą plagę hasających owadów, to chyba się z kimś nie do końca mądrym na rozumy pozamieniał. Ważne, żeby także inni ludzie zdawali sobie sprawę z tego zjawiska, zwłaszcza ci, którzy troskliwie opiekują się królikami i gryzoniami wszelkiej maści, bo to właśnie oni są adresatami mojego sklepu i tymi, którzy dają swoim pupilom wysokiej jakości dary natury. Dary natury, w których czasami owady składają swoje jajeczka, tak bardzo niedostrzegalne dla ludzkiego oka, dary natury, które ludzie mogą zebrać razem np. z małym ślimakiem z łąki, nie zauważając osobnika. I ktoś mógłby powiedzieć, że solidna firma zawsze zauważy, wyłapie nieprawidłowości, ale wierzcie mi naprawdę nie jest to możliwe, a pierwsze naprawdę bardzo malutkie robaczki w mojej karierze zoologicznej dostrzegłam w towarach jednego z najwyżej cenionych za jakość producentów. Robaczki nieszkodliwe, znane producentowi, ale jednak niepożądane przez klientów i wielu z nich mogłoby nie uwierzyć, że można je było znaleźć akurat w tych super produktach.

Powtórzę to jeszcze raz: różni lokatorzy mogą znaleźć się w produktach przeznaczonych do żywienia zwierząt, zwłaszcza królików i gryzoni, które jedzą siano z różnego rodzaju łąk zamieszkiwanych przez wielorakie gatunki, które w swojej diecie mają zioła rosnące niegdyś przecież pod błękitnym niebem i mającym swoje korzenie w glebie, gdzie spotkać można wiele żyjątek, a zdziwić by się można było jak niektóre owady są odporne na działanie czynników zewnętrznych. Gdybym miała obrażać się na każdego producenta, w którego produktach, choć raz trafiłam na jakiegoś lokatora, to właściwie mogłabym zwinąć interes, bo prawie nic nie oferowałabym w swoim sklepie. Faktycznie w pewnych przypadkach się obraziłam, ale były one po prostu bardzo, ale to bardzo rażące, takie, że właściwie w każdej dostawie było coś nie tak, jak zresztą wspominałam wcześniej, ale gdy coś zdarza się okazjonalnie – obrażać się nie ma co, bo cudów nie ma i naprawdę nie na wszystko ma się wpływ, jak chociażby na to, gdzie dany owad złoży swoje jajeczka jeszcze przed zbiorem danej rośliny. Poza tym trzeba też zrozumieć, że czasami wystarczy jeden maleńki owad wpuszczony gdzieś niepostrzeżenie do hurtowni czy innego miejsca, aby uruchomić lawinę niefortunnych zdarzeń. Jeden maleńki owad… Czy z jego powodu warto od razu przekreślać całą markę? Oczywiście mówię tu o firmach, które przejmują się takimi sprawami i działają, a nie olewają, bo oni wiedzą, że mają np. mole i przecież z tym nie da się nic zrobić… Takie postawy również widziałam… Dla mnie takie firmy są skreślone…

Przezorny zawsze ubezpieczony.

Tak się zwykło mówić i ja w to jak najbardziej wierzę, dlatego też uważam, że absolutnie każdy sklep zoologiczny powinien zawczasu zainwestować w odpowiednie pułapki na owady. Nie kosztują one majątku, a spokój ducha jest bezcenny. Ja takie pułapki na swoim magazynie posiadam, wymieniam regularnie i jestem spokojniejsza. Najczęściej takie pułapki są zupełnie czyste, ale czasami coś się złapie, bo np. wleci niepostrzeżenie z korytarza. Nie zapomnę jak kiedyś właśnie z klatki schodowej wleciał do nas mol i poleciał prosto do pułapki na mole… Wtedy właśnie przekonałam się, że pułapka ta jest bardzo skuteczna i zwabia zainteresowanych jak należy.  Ponadto niedawno zakupiliśmy też lampę na owady, którą włączamy regularnie wieczorami, gdy zauważymy jakiegoś intruza w domu. Działa i to bardzo dobrze. Oczywiście gdy zgasi się inne źródła światła.

Przyznam, że kiedyś, jako tylko i aż opiekun szynszyli, jak i na samym początku mojej działalności zoologicznej, bardzo emocjonalnie podchodziłam do kwestii różnych znalezisk w produktach żywnościowych dla zwierząt. Dziś wiem, że to część codzienności w tej branży, bo właśnie choćby się nader często biegało ze szmatą w ręku i sprzątało, to nigdy nie ma pewności, czy nie dostanie się już towaru z niespodzianką, która mogła się w nim znaleźć na naprawdę różnych etapach podróży. Dziś naprawdę wiele rozumiem i cenię sobie te firmy, które bardzo przejmują się takimi incydentami i podejmują działania dla poprawy sytuacji, a nie tylko machają ręką na zasadzie, że przecież to norma. Robaki nie dzielą firm na lepsze i gorsze, lokują się w miejscach, które akurat im pasują, często zupełnie niepostrzeżenie. Warto o tym pamiętać zanim skreśli się jakiegoś producenta z powodu jakiś pojedynczych incydentów. Nawet najwspanialsi, najbardziej dokładni i profesjonalni w tym co robią ludzie pozostają tylko ludźmi, którzy mogą czegoś nie zauważyć, coś przeoczyć, a w przypadku naprawdę niewielkich żyjątek współistniejących z nami na tej planecie o to bardzo łatwo.

Jak radzić sobie ze stresem?

Miał być wpis stricte z branży zoologicznej, ale – jak to czasem bywa – życie na teraz podsunęło mi inną inspirację, sprawiając, że zaplanowany wpis trafił do szkiców wymagających jeszcze dopieszczenia. Aktualnie w moim życiu nastał dość stresowy okres, a ze stresem radzę sobie bardzo różnie, czasem mam wrażenie, że przez pewne czynniki wręcz w ogóle i tak sobie myślę, że ostatnio właśnie to „w ogóle” nastało i sprawiło, że gdzieś się trochę pogubiłam…

Chyba każdy człowiek czasem się gubi, niektórzy z tego pogubienia fundują sobie jeszcze gorsze kłopoty, pakując się w jakieś bezsensowne nałogi, mnie na szczęście raczej to nie grozi. Ja uciekam w rzeczy raczej nieszkodliwe dla zdrowia, bo i sam stres jest wystarczająco szkodliwy z czego zdaję sobie sprawę doskonale… Tak więc nigdy moje sprzątanie nie nabiera takiego kopa, jak wtedy, kiedy np. z kimś się pokłócę i jestem naprawdę wściekła i rozżalona. Wtedy coś, co odkładam w czasie ze spraw domowych, nagle staje się priorytetem i odskocznią od tego, żeby w danym momencie nie zwariować. Akurat nie należę do typu osób bardzo wylewnych, które z problemów muszą się wygadać, a raczej do tych, które po czasie muszą z dystansem je w samotności przepracować, a żeby nie robić tego na nie do końca fajnych emocjach, wolą te emocje spożytkować na wykonanie czegoś pożytecznego.

Nie wszyscy to rozumieją. Mam wrażenie, że niektórzy są dość niereformowalni w tej kwestii i można im mówić, że potrzebuje się nabrać dystansu do pewnych spraw, a oni i tak będą chcieli dany problem przegadać natychmiast (w gruncie rzeczy chcąc być wsparciem, pomóc w znalezieniu rozwiązania), tak jakby nerwy były dobrym pomocnikiem w odbywaniu dyskusji… Z doświadczenia wiem, że nigdy, ale to przenigdy nie są one dobrym doradcą, a często powodują pogłębienie kłopotów i uczucia braku zrozumienia…

I tutaj nastąpi mój apel do wszystkich, którzy pragną od razu przegadywać dany problem, nie dając tej drugiej osobie czasu na posprzątanie bałaganu, bynajmniej nie tego domowego (choć ja, jak już wspomniałam, często uciekam w obowiązki domowe), a tego w głowie: DAJCIE ŻYĆ, odsapnąć, nabrać dystansu… Zazwyczaj jest tak, że żadna ze stron nie chce źle, każda chce dążyć do rozwiązania, tylko rozbieżność ścieżek prowadzących do tego celu, może przyczynić się do niepotrzebnego zaognienia sytuacji, którego zwykle nie chce nikt… Jeśli więc jesteś w związku z osobą taką jak ja, która potrzebuje najpierw przestrzeni własnej, by poradzić sobie ze stresem, lub nawet nie jesteś w związku z taką osobą, ale jest Ci ona na jakiś sposób bliska i Ci na niej zależy, to DAJ JEJ TYLE PRZESTRZENI, ILE NA DANY MOMENT POTRZEBUJE i wierz mi, że ona sama przyjdzie do Ciebie, gdy będzie gotowa, a przy tym nie musisz jej dogryzać, rzucając w bezsilności: to jak w końcu pójdziesz po rozum do głowy, to przyjdź do mnie albo coś w ten deseń… Takie teksty wzbudzają niepotrzebną żądzę mordu 😉

Ten tekst w gruncie rzeczy niestety nie będzie cudowną receptą na radzenie sobie ze stresem, bo nie mam takiej (a jeśli ktoś ma, to niech się do mnie zgłosi – mnie samej bardzo się taka recepta przyda), ale może uświadomi komuś mniej lub bardziej, że różnie ludzie stres przeżywają. I ktoś może mi tu zarzucić, że opowiadam się za stroną mi bliższą, czyli taką, która musi najpierw coś sama przepracować, żeby podjąć rozmowę z kimkolwiek, a nie chcę zrozumieć tych, którzy natychmiast chcą dany problem przegadać i spotykają się z murem niezrozumienia, mimo że zwyczajnie chcą dobrze, ale powiedzcie sami, czy takie osaczanie kogoś, kto na daną chwilę gadać nie chce, prowadzi do czegoś dobrego? W moim przypadku prowadzi raczej do chęci wytłuczenia wszystkich talerzy w domu, a na czymś jeść trzeba 😉

Nie wiem, ile jeszcze u mnie w głowie trwać będzie stresogenny okres. Jestem teraz na etapie podejmowania kluczowych decyzji, wynikających z chęci otwarcia jakiegoś nowego, lepszego rozdziału w życiu i nie wiem jak to wszystko się potoczy. Wiem jedno: mimo konfliktów i problemów wszelakich, mam cudowną rodzinę i wierzę, że skoro mamy siebie, to damy radę.

Jak już wspomniałam, recepty na całkowitą redukcję stresu nie mam, ale mam kilka rad, które (mimo wszystko) mogą przydać się w walce:

1. Znajdź sobie jakąś nieszkodliwą dla zdrowia odskocznię, niekoniecznie musi być tak pożyteczna jak przytoczone tu sprzątanie, może być totalnie bezużyteczna, byle nie nadszarpywała zdrowia i tak już nadwyrężonego stresem.

2. Zadbaj o odpowiednią przestrzeń dla siebie i daj sobie czas na przemyślenia – czy przemyślenia w pojedynkę, czy we dwójkę, czy z całą grupą przyjaciół – to Twój wybór! I masz do niego pełne prawo.

3. Jeśli ktoś chce z Tobą przegadać dany problem, a Ty nie odczuwasz gotowości w tym temacie, jasno to zakomunikuj, podkreślając, że osaczanie Cię do niczego dobrego nie poprowadzi, a jak ostudzisz emocje, przemyślisz pewne kwestie, dyskusja na dany temat może być dużo bardziej owocna.

4. Wyjdź na spacer, pooddychaj głęboko i powoli – to pomaga uspokoić nerwy.

I pamiętaj, że gorszy okres w końcu minie. Ja zawsze staram się o tym pamiętać i głęboko wierzę, że wszystko, co wydarza się w naszym życiu ma jakiś cel, który ostatecznie doprowadzi nas do czegoś dobrego, jeśli tylko zechcemy to dostrzec i wyciągniemy odpowiednią lekcję.

Współczesne zdobycze techniki a dziecko, czyli nie taki diabeł straszny, jak go niektórzy malują ;)

We współczesnym świecie różnego rodzaju technologie i ich zdobycze idą do przodu, niekiedy wręcz w zastraszającym tempie. To, co kiedyś wydawało się nieosiągalne, dziś rozwija się błyskawicznie, dając ludziom wiele możliwości. Osobiście uważam, że z tych możliwości warto korzystać na co dzień, w wychowywaniu dzieci także, jeśli tylko te wykazują zainteresowanie tematem. Moja córka zdecydowanie je wykazuje, a smartfon czy komputer i to, co można pokazać za ich pośrednictwem, nieraz pomagają nam na co dzień.

Dla mnie izolowanie dzieci od zdobyczy techniki jest zwyczajnie bez sensu, zwłaszcza w czasach, w których przyszło nam żyć. Ktoś powiedziałby, że kiedyś żyło się bez telewizora, komputerów, internetu, smartfonów, dzieci miały inne zajęcia, było super i da się bez tego i teraz żyć. Ja osobiście nie widzę możliwości życia bez komputera, internetu czy smartfona przy moim charakterze działalności, kiedy sprzedaję i oferuje usługi przez internet właśnie, a przy tym muszę mieć stały kontakt z klientami z różnych części kraju i jako że pracuję w domu, to i moja córka ma styczność z używanymi przeze mnie sprzętami. Zresztą ludzie, którzy piszą, że kiedyś dało się żyć bez komputerów robią to bardzo często za pośrednictwem internetu, więc już tutaj widzę pewną niezgodność 😉 Badania naukowe przekonujące o szkodliwości mediów względem dzieci też zresztą czerpią z sieci czy z programów telewizyjnych (o ironio!) Jeśli natomiast sami komputerów i telewizorów używają, a swoje dzieci bronią przed nimi tak zaciekle jak diabeł chroni się przed święconą wodą, to jest dla mnie hipokryzja…

Oczywiście moja córka jest jeszcze bardzo mała i ktoś mógłby powiedzieć, że telewizor, komputer i smartfon są ok, ale nie w tym wieku. Widziałam kiedyś nawet jakiś artykuł na temat tego, że telewizja działa na małe dzieci jak zło wcielone i je ogłupia. No fakt, jak puścić niektóre obrady polityczne, to każdy może poczuć się ogłupiony… Bez względu na wiek 😉 Ale już tak całkiem serio, ja jakoś nie czuję się ogłupiona z tego tytułu, że i w moim dzieciństwie od początku gościł telewizor i to często włączony, a pewne anomalia w moim mózgu wynikające z MPD nie są skutkiem wgapiania się w ekran, po prostu je mam – od zawsze 😉

W dzieciństwie przechodziłam okres fascynacji reklamami (wielką sympatią swojego czasu darzyłam misia z reklamy Coccolino), a nawet brazylijskimi telenowelami, czego do dzisiaj nie mogę zrozumieć 😀 Nie wyżarło mi to części mózgu i nie zabiło we mnie niczego, co cenne. Nie pozbawiło też chęci do inicjowania dziecięcych zabaw i jakimś cudem, mimo oglądania telewizji, odkąd pamiętam ceniłam książki. Zresztą z opowiadań mojej mamy wiem, że na roczek wybrałam książeczkę z gąszczu innych przedmiotów mi przedstawianych i dziwnym trafem moja córka na swoim roczku dokonała identycznego wyboru.

Telewizja (dawkowana w granicach zdrowego rozsądku) naprawdę nie zabijaYouTube może być źródłem ciekawych odkryća dziecięce piosenki puszczane dzięki Smart TV mogą być źródłem świetnej zabawy ruchowej.

I przykładem tego jest właśnie moja córka.

Jej miłość do świnki Peppy (całkiem przypadkiem odkryliśmy, że bardzo lubi tę bajkę), której poszczególne odcinki trwają oszałamiające 5 minut, a chyba nawet i nie, nie zabiła w niej miłości do zabawy czy odkrywania świata poprzez oglądanie obrazków z książeczek, których z racji mojej miłości do słowa pisanego już teraz ma mnóstwo. Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego miałabym jej zabronić oglądania czegoś, co przeznaczone jest dla dzieci i sprawia jej trochę radochy, a mnie pozwala chociażby załadować zmywarkę w spokoju i bez obawy, że dziecko zaraz sobie zrobi krzywdę jakimś widelcem albo nożem? Wiem, wiem, ludzie się czepiają, że świnka Peppa ogłupia i inne takie, zupełnie tak samo jak potrafią czepiać się Teletubisia, że jest homoseksualistą (akurat Teletubisie od zawsze uważam trochę za pranie mózgu dla dzieci, więc córce nie puszczam, ale to moje zupełnie subiektywne zdanie ;)) czy Kubusia Puchatka o to, że chodzi bez gaci, mimo że to świetna bajka od wielu, wielu lat, a misiowi nie widać żadnych narządów intymnych – wszak jest przecież maskotką, a czy pluszowe misie kupowane w sklepie mają majtki? Niektóre może tak, różne ubranka zabawki przyodziewają, ale nie popadajmy w jakieś niezdrowe paranoje… Zresztą jak człowiek czegoś chce się uczepić, ZAWSZE znajdzie jakiś pretekst, choćby chodziło o Matkę Teresę z Kalkuty, którą notabene z ciekawości wpisałam w wyszukiwarkę Google i oto, co mi wyskoczyło:

Moja córeczka, oprócz wspomnianej tu miłości do Peppy (przejściowej i dziecięcej, ja też miałam ulubionego bohatera dzieciństwa, cyklicznie zmienianego wraz z wiekiem), kocha książeczki – na razie oglądać, potem mam nadzieję, że czytać i że to będzie taka miłość na długo, a nawet na wieczność. Obie jesteśmy przykładem, że media wcale nie muszą zabijać innych zainteresowań, a oglądanie ruchomych obrazów na ekranie nie zabija chęci poznawania tych wydrukowanych i historii, które im towarzyszą (bo Oliwka jeszcze czytać nie umie, ale ja jej czytam i głęboko wierzę, że rozumie, a przynajmniej bardzo się cieszy, gdy to robię).

Ponadto moja córka kocha utwory operowe w wykonaniu Emmy Shaplin – bije do nich brawo, cieszy się, ogląda w takim skupieniu, że aż trudno uwierzyć, a gdy jest zmęczona, spokojnie zasypia przy ich akompaniamencie. Skąd jej się akurat to wzięło, nie wiem, bo ani ja, ani mąż nie pałamy jakąś super miłością do opery, choć bezdyskusyjnie utwory operowe są piękne… Jak więc odkryliśmy tę miłość? Też całkiem przypadkowo, bo mąż miał nagrany jakiś remix z wplecionym utworem Spente Le Stelle w wykonaniu Emmy i zauważyliśmy, że Oliwia reaguje na niego bardzo entuzjastycznie. Dzięki portalowi YouTube dotarliśmy do oryginału, który wzbudził już naprawdę wielki zachwyt, podobnie jak inne utwory tej artystki. Dzięki YouTube zresztą odkryliśmy też, że córka kocha również muzykę, jak i teledysk ukryty pod nazwą Wintergatan – Marble Machine (zachęcam do odsłuchania, bo maszyna, na której chłopak gra, jego konstrukcji zresztą, jest naprawdę niesamowita i naprawdę przyjemnie się ogląda). Te wszystkie kuleczki i mechanizmy pokazane na filmiku z tym utworem działają na nią hipnotyzująco i wzbudzają chęć do tańczenia. Gdyby nie internet i urządzenia, dzięki którym mogę odtwarzać internetowe materiały, prawdopodobnie, nigdy nie odkryłabym tych fascynacji mojej córki, która swoją drogą nie wykazuje praktycznie żadnego zainteresowania, gdy słyszy i widzi teledyski disco polo, uwielbiane przecież przez wiele dzieci…

Poza przedstawionymi przykładami utworów, Oliwia lubi też piosenki dziecięce, które puszczane u nas na telewizorze za pośrednictwem aplikacji w Smart TV zachęcają ją do aktywności ruchowej, odwracają uwagę od nieprzyjemnych zdarzeń (ukojeniem były jeszcze za czasów niemowlęcych problemów brzuszkowych) i wprowadzają do domu ogólną wysołość i mnie przenosząc częściowo do krainy dzieciństwa. Jak mogę uważać za coś złego, przepięknie nagrane piosenki dla dzieci, wzbogacone prześlicznymi, kolorowymi obrazami? A nie mogłabym korzystać z ich dobrodziejstw bez posiadania komputera, telewizora czy smartfona, moje dziecko nie poznałoby ich, gdybym zamknęła je na zdobycze techniki jak to robią niektórzy rodzice.

Nie zliczę, ile razy zmieniłam dziecku pieluchę bez zbędnej szarpaniny i płaczu, dając mu smartfona, na którym wyświetlała się jakaś ciekawa animacja, czasami odcinek świnki Peppy zwyczajnie ratuje mnie przed przedwczesnym padnięciem na twarz, bo sprawia, że córka skupia się na bajce, a nie na nielimitowanym szaleńczym biegu po całym domu (nie mówię, że to złe, dzięki bieganiu za córką chudnę xD, ale mnie baterie wyczerpują się jednak często wcześniej niż jej) czy chęci dostania się do kuchni, gdzie akurat jest gorący piekarnik, bo szykuje się jakieś jedzenie…

Oczywiście we wszystkim należy zachować granice zdrowego rozsądku. Przesadzanie z dostępem dziecka do mediów poprzez nieograniczanie czasu korzystania z poszczególnych sprzętów nie jest dobre, podobnie jak nie jest dobra całkowita izolacja. Taki już po prostu jest świat, trudno już go sobie wyobrazić bez nowoczesnych technologii i innowacyjnych urządzeń, a trzeba pamiętać, że wciąż będzie parł do przodu w tym zakresie. Całkowita izolacja dzieci od zdobyczy techniki jest bez sensu i w dłuższej perspektywie może wręcz działać na szkodę, bo prędzej czy później dziecko będzie musiało zmierzyć się z nowoczesnością i może się okazać, że jest daleko w tyle względem swoich rówieśników, którzy np. poprzez dobre (i też zdroworozsądkowe oczywiście!) zaznajomienie z tematem lepiej poradzą sobie w przyszłości na rynku pracy.

Nawet współczesne zabawki dla dzieci to często dostosowane do ich wieku sprzęty typu laptop, smartfon, tablet, mające określony walor edukacyjny. Nawet producenci zabawek rozumieją, że świat idzie do przodu, że nie warto odcinać się od tego procesu. Moja córka przy całym bogactwie książeczek ma swój zabawkowy laptop i smartfon (przeznaczone dla dzieci od 6 miesiąca życia!), tablet też (ten akurat rekomendowany od 12 miesiąca, choć kupiliśmy go wcześniej) i uwielbia te i inne zabawki interaktywne, kochając jednocześnie te bardzo tradycyjne zabawki typu piramidka do układania, klocki czy kultowy wręcz bączek do puszczania (który swoją drogą ma różne wcielenia, te bardziej współczesne też, ale córka ma taki, który i ja pamiętam ze swojego dzieciństwa).

Współczesność i jej owoce nie muszą zabijać tego, co bardziej tradycyjne – te dwie rzeczy mogą ze sobą współistnieć i się uzupełniać na drodze wychowania dziecka na dobrego człowieka, o odpowiednich wartościach. Bajki oglądane za pośrednictwem telewizji  mogą być prawie równie cenne jak te książkowe, nieść radość i określone wartości (nawet ze świnki Peppy, uważanej w niektórych kręgach za ogłupiającą, można wyciągnąć coś cennego – to kwestia odpowiedniej interpretacji) gry komputerowe dostosowane do wieku mogą być źródłem cennej wiedzy, wykształcać cenione umiejętności… I tak dalej… Przykłady można mnożyć… Ważne, żeby dzieci miały dobrych przewodników w swoich rodzicach czy opiekunach i ja takim przewodnikiem chcę być, a nie strażnikiem blokującym dostęp do czegoś, co prędzej czy później dziecko na swojej drodze spotka, a wtedy dopiero może poczuć się prawdziwie zagubione.