To koszmarne trzecie piętro!

Tak, jestem osobą niepełnosprawną.

Tak, schody stanowią dla mnie wyzwanie.

Tak, kupiliśmy z mężem mieszkanie na trzecim piętrze,

bez możliwości skorzystania z windy 😉

Paradoks?

Nie, w pełni świadomy wybór,

zwykle ciężki do zaakceptowania przez osoby, które bywają tu okazjonalnie lub nawet wcale tu jeszcze nie były 😉

 

Kiedy zdecydowaliśmy się na kupno właśnie tego mieszkania, byłam w jakimś stopniu przygotowana na falę sensacji, jaką wzbudzi jego lokalizacja na ostatnim piętrze trzypiętrowego budynku bez windy. No bo jak to tak, tak wysoko mieszkać i nie móc windą się powozić, zwłaszcza w mojej sytuacji i zważywszy na to, że już raczej bardzo często się buduje takowe bloki z windą w wyposażeniu. Nie byłam natomiast przygotowana na skalę tejże sensacji i na to, że temat będzie ciągle i ciągle wałkowany, mimo tego, że mieszkanie tutaj naprawdę MI PASUJE i było bardzo przemyślaną decyzją.

Tak, schody stanowią dla mnie niekiedy sporo większe wyzwanie niż dla w pełni sprawnego człowieka, ale – kiedy tak rozważałam wszelkie „za” i „przeciw” mieszkania na trzecim piętrze – doszłam do wniosku, że ich obecność i konieczność ich codziennego pokonywania wyjdą mojej sprawności na dobre. No bo takie pokonywanie schodów to też rodzaj ćwiczenia sprawności, a dostęp do windy wiele osób zwyczajnie rozleniwia, choć nie powiem, że nie ułatwia życia 😉 Oczywiście, jak najbardziej jestem za ułatwianiem życia, ale w moim przypadku redukcja ruchu wpływa naprawdę destrukcyjnie i sprawia, że czuję się jeszcze bardziej niepełnosprawna niż naprawdę jestem. Oczywiste też, że mam swoje granice i taką właśnie optymalną granicą jest to trzecie piętro, czwarte już na co dzień faktycznie byłoby dla mnie dość męczące, biorąc pod uwagę fakt, iż posiadamy tutaj piwnicę, więc często pokonuje łącznie 4 piętra, a przy mieszkaniu na czwartym piętrze byłoby już ich pięć 😉

Fakt, większość życia mieszkałam na paterze… I dostawałam nie lada zadyszki, gdy ktoś znajomy mieszkał gdzieś wyżej, więc i rozumiem tych, którzy nisko mieszkają i trochę marudzą, że do nas na to trzecie piętro trzeba włazić. Po ślubie, przez 4 lata mieszkałam na piętrze drugim i nie było mi się trudno przystosować, bo schody były naprawdę ok. Zdać sobie bowiem sprawę trzeba, że schody schodom nierówne i nie każde są wygodne, są i takie, które stanowią dla mnie mega wyzwanie, nawet, jeśli jest ich tylko kilka, ale o tym za moment. Niemniej, wtedy wydawało mi się, że nigdy, przenigdy nie zamieszkam wyżej niż to drugie piętro, przy trzecim już się męczyłam… A jednak…

Kiedy szukaliśmy dla siebie własnego miejsca na ziemi, natrafiliśmy na oferty dostępne w budynku, w którym aktualnie mieszkamy. Były tu dostępne ostatnie 2 wolne mieszkania. Jedno na drugim piętrze, drugie na piętrze trzecim. Oba mieszkania – jak już wspomniałam – znajdowały się w tym samym budynku, ale w dwóch różnych bramach i to ostatecznie wpłynęło na to, że zdecydowałam się podjąć „wyzwanie trzeciego piętra” 😉 Oba mieszkania rozkładowo były identyczne (dla mnie wymarzone), tylko stanowiły swoje lustrzane odbicia, co też wpłynęło w pewnym stopniu na moją decyzję. Dlaczego więc wyżej, a nie niżej? Powodów było kilka.

1. Lokalizacja bramy – tu, gdzie obecnie mieszkamy główna brama wejściowa / wyjściowa wychodzi na bardziej główną ulicę, a nie uliczkę znajdującą się w środku osiedla, jak to było w przypadku mieszkania na drugim piętrze, które było również dostępne. Dla mnie to bardziej praktyczne, że nie trzeba wchodzić gdzieś bardziej w głąb osiedla, choć niektórzy mogą uznać to oczywiście za wadę.

2. Lokalizacja balkonu – nasz balkon wychodzi na ulicę, widać ruch, mamy widok na miasto, bardzo ładny jak dla mnie i ciekawy, znacznie przyjemniej jest mi usiąść na balkonie i widzieć, że coś się dzieje niż patrzeć wyłącznie na piaskownicę podwórkową, na którą skazana byłabym patrzeć w przypadku mieszkania na drugim piętrze, które nam pokazano jako alternatywę. No i im wyższe piętro, tym fajniejszy ten widok – moim zdaniem 😉 Bo fajnie tak popatrzeć na świat „z góry”, a nie wyłącznie z mojej perspektywy 150 cm wzrostu 😀

3. Lokalizacja barierki na klatce schodowej – chyba najważniejszy czynnik, na jaki zwróciłam uwagę, bowiem dużo sprawniej i szybciej mi się ze schodów schodzi, gdy mam barierkę do podtrzymania się po swojej prawej stronie. Nie wiem do końca z czego to wynika, ale po prostu tak jest. Przy wchodzeniu na górę strona nie ma dla mnie aż tak wielkiego znaczenia, przy schodzeniu w dół jest mi dużo łatwiej, gdy jest ona po określonej stronie. Schody identyczne, barierki też, a jednak… Z tego drugiego piętra schodziłoby mi się gorzej / dłużej niż z tego mojego aktualnego trzeciego. Przy czym warto pokreślić, że schody w starych kamienicach zwykle są moim wrogiem nr 1, bez względu na lokalizację barierki, bo i barierki często mają jak dla mnie podejrzane i mniej stabilne. W przypadku starych klatek schodowych, z wysokimi stopniami, pomoc osoby drugiej w ich pokonaniu jest dla mnie często wręcz nieoceniona. I w przypadku takich właśnie klatek nawet mieszkanie relatywnie nisko, lecz z koniecznością pokonania kilku schodków, byłoby dla mnie codziennym koszmarem. To samo dotyczy mieszkań, do których prowadzą jakiekolwiek schodki nieopatrzone barierką.

4. Chęć utrzymywania kondycji – bo przyznaję kiedyś wydawało mi się, że jak coś to tylko parter albo piętro z windą, żeby życia sobie nie komplikować w tej mojej niepełnosprawności, ale jak tak przyszło do przemyśleń – stuknęłam się w głowę. Przecież nie mogę z siebie robić kaleki i ofiary losu większej niż jestem 😉 Pokonywanie schodów to też dobre ćwiczenie dla nóg, które od dawna ćwiczę na steperze, który także liczy „pokonane schody”. Na początku było mi trochę ciężko z tym jednym piętrem więcej w stosunku do poprzedniego mieszkania, które wynajmowaliśmy na Bielanach Wrocławskich, ale dość szybko się przyzwyczaiłam 😉 i jest mi z tym naprawdę dobrze 😉 I dlatego też uważam, że winda strasznie rozleniwia… No przynajmniej w tych przypadkach, w których ludzie nie mają jakiś większych aktywności fizycznych 😉 A znam takich całkiem sporo.

Prawda jest taka, że przy mojej niepełnosprawności, bez względu na to, czy do mieszkania prowadzić będą 3 stopnie czy 30 i więcej, to nie wniosę po nich dziecka z wózkiem ani ogromnych zakupów porozkładanych po kilku reklamówkach – potrzebuję pomocy, bez względu na wszelkie towarzyszące udogodnienia, więc w wielu przypadkach i parter nie dałby mi pełnej niezależności w pewnych kwestiach. Mój mąż o tym doskonale wie, przyjął mnie z takim bagażem i pomaga jak może 😉 Nasza rodzina jest w jakimś stopniu przez to inna, ale nie czuję jakoś bardziej tych ograniczeń. A aktualnie córa już śmiga po schodach sama i to lepiej niż ja, więc nie muszę jej dźwigać, by zejść z nią na dwór – niezależność w tym względzie pozyskana 😉 Co więcej, lubi schody pokonywać i nierzadko ma z tego zwyczajnie frajdę 😉

Nawet sprawni ludzie robią z siebie kaleki…

Taka prawda, niestety! I dość frustrujący dla mnie jest fakt, że ludzie, zwykle znacznie sprawniejsi ode mnie, potrafią tak bardzo marudzić, że trzeba do nas na to trzecie piętro wchodzić… Ja pokonuje codziennie, nierzadko i 4 piętra, kiedy jeszcze trzeba odwiedzić komórkę lokatorską w piwnicy, i żyję! A wielu nas odwiedzających wyraża się o tym trzecim piętrze jak o samym szczycie Kilimandżaro…

Nie trzeba się martwić o czyjąś niepełnosprawność, jeśli on sam nie robi z niej problemu 😉

Praktycznie wszyscy, którzy nas tu odwiedzali, choć raz wyrazili wątpliwość, co do tego, że osoba niepełnosprawna ruchowo w ogóle może mieszkać na trzecim piętrze (czy wyżej). Nie zliczę, ile razy usłyszałam pytania: jak ty sobie właściwie radzisz?, jak ty biedulko będziesz te schody pokonywać?, a niżej mieszkania tu już nie było?, nie lepiej byłoby poszukać mieszkania gdzieś indziej / w bloku z windą? i tym podobne… Otóż, radzę sobie całkiem dobrze i dobrze to sprawdziłam zanim wpakowaliśmy się w kredyt, schody pokonuje na niczym innym jak na własnych nogach, które na szczęście posiadam, uważam, że jednak dla mojej kondycji i sprawności lepsze jest to, że windy tu nie ma, a gdzie indziej nie chciałam szukać, bo zakochałam się właśnie w tym mieszkaniu w wielu jego aspektach i czuję, że tu jest moje miejsce na ziemi 🙂 Nie mam problemu z tym, że mieszkam tu, gdzie mieszkam, więc po co inni te problemy sztucznie wytwarzają… Nie pojmuję 😉

Największym paradoksem w tym wszystkim jednak jest to, iż tak wielu ludzi mówi, że: „do sukcesu nie ma żadnej windy, trzeba iść po schodach”, a kiedy w życiu muszą fizycznie ich trochę więcej pokonać, to robią wielkie halo 😉

 

Reklamy

Jasna kanapa przy małym dziecku? Naprawdę możesz ją mieć ;)

W każdym razie ja takową mam – jasnoszarą 😉 I przyznam szczerze, że przy wyborze kompletnie nie brałam pod uwagę tego, jak będę przeklinać, kiedy trzeba będzie z niej sprać jakiekolwiek plamy… Brałam pod uwagę wygodę jej użytkowania, bo tak się składa, że nasz salon jest także naszą sypialnią, no i cenę, bo wykończenie mieszkania  wykończyło też nasz budżet – dokumentnie.

Właściwie to od dziecka spałam na tapczanach i kanapach, więc i niespecjalnie przeszkadza mi brak osobnej sypialni z wielkim łożem małżeńskim. Niemniej staram się dbać również o komfort snu, więc kanapa musiała w moim przypadku spełniać pewne standardy wygody, o które wbrew pozorom nie tak prosto, a że jeszcze lubimy podejmować gości i mieć dla nich wygodne miejsce do siedzenia, to wybór padł na średniej wielkości narożnik o – jak mi się później wydawało – iście przeklętym kolorze.

W poprzednim mieszkaniu w salonie mieliśmy czarną kanapę i była ona bardzo funkcjonalna pod względem różnorodnych plam, bo prawie żadnych nie było widać… A nawet jeśli, to wystarczyło trochę wody z mydłem czy nawet chusteczka nawilżana, lekkie szorowanie i po kłopocie. Zresztą nadal ową kanapę mamy – po przeprowadzce odświeżyliśmy ją, wstawiliśmy do przestronnego pokoju naszej córy i teraz pełni funkcję dodatkowego miejsca do spania, kiedy mamy gości i trzeba ich gdzieś położyć, a na co dzień jest meblem, na którym układa się różne układanki czy ogląda książeczki.

Idąc tropem, że ciemne meble dość fajnie się sprawdzają przy małych dzieciach, na początku miałam nawet na oku narożnik w kolorze ciemnego granatu, niestety brakowało mu tej wygody, jaką mam obecnie przy moim jasnoszarym wyborze ostatecznym. Wyborze, na którym od początku roku toczy się większość życia i za dnia nie ma momentu, żeby nie natknąć się tam na żadną z zabawek naszej córki lub jakąkolwiek rzecz, którą na daną chwilę uważa za zabawkę (no dobra, zdarzają się takie momenty, kiedy śpi za dnia, ale już nie zawsze ma popołudniową drzemkę). Wyborze, na którym często ląduje nie do końca szczelny bidon (a czy w ogóle istnieją jakieś naprawdę superszczelne?) z sokiem rozrabianym z wodą, często takim zawierającym w składzie malinę lub truskawkę. Wyborze, który nie przetrwał nawet tygodnia nowego roku, a musiał być już gruntownie prany z plam, które na nim powstały i które były koszmarnie mocno widoczne na tapicerce.

Przeklinałam ten wybór strasznie właśnie ze względu na te wszystkie plamy. A już najbardziej przeklinałam w dzień, w którym szorowałam go bite 3 godziny „od A do Z”, a 5 minut po zakończeniu szorowania córka znowu rozlała na niego trochę soku. Serio, miałam ochotę wtedy wyć do księżyca, mimo że był właśnie sam środek dnia, i mój mąż doskonale wie, co mówię, bo potem on jeszcze kilka razy spierał różne plamy. I niby Vanish Gold do dywanów, ten wiecie co się sypie, wciera i odkurza, dawał w miarę radę, ale niestety nie było tak różowo jak na reklamie, gdzie sprzątanie wymaga zero wysiłku, a trzeba było się porządnie naszorować, a i tak uważam, że kiedyś tam, na pewno po odpieluchowaniu dziecka, wynajmę albo ekipę, albo sam odkurzacz piorący, żeby wszystko poodświeżać, bo efektu takiego na 100%, jakie bym chciała nie ma, choć jest bardzo zadowalający i niewprawne oko nie jest w stanie wychwycić jakiś naprawdę drobnych niedoskonałości, które jednak ja, wiedząc, że były tam wielkie plamy, dostrzegam od razu. No i nie same plamy są problemem, ale też to, że wszelkie zmoczenia niszczą kanapę i od środka, a przecież jest ona też moim łóżkiem na co dzień.

Na początku, w poszukiwaniu idealnej ochrony dla tapicerki, bardzo błądziłam. Wiedziałam od początku, że będę chciała na nią kupić koce w chociaż bardzo zbliżonym kolorze, jeśli nie identycznym, bo wtedy jednak kanapa mniej się niszczy, jest mniej narażona na działanie czynników zewnętrznych. Kupiłam więc ostatecznie 2 komplety po 2 koce, żeby objęły cały narożnik swoją ochroną – jeden w ciemno i jasnoszare paski rodem z Ikei (mogliście go zobaczyć na zdjęciu na mojej Facebookowej stronie we wpisie zapowiadającym ten wpis) i drugi – zaprezentowany na zdjęciu poniżej – o jednolitym szarym kolorze, nieco ciemniejszym niż sama kanapa, ale i dzięki temu nie widać na nim za bardzo plam.

Kanapa – jak już wspomniałam – przy dziecięcej aktywności – pusta być nie może, stąd widoczny bidon i kilkanaście silikonowych foremek do muffinków (swoją drogą bardzo polecam, jeśli lubicie piec muffinki!), które aktualnie są świetną zabawką do tworzenia różnorakich budowli rodem z dziecięcej wyobraźni 😉 Koc już swoje przeżył w ciągu tygodnia, ale absolutnie nic na nim nie widać, chyba żeby się naprawdę wnikliwie przyjrzeć, ale zwykle, żeby był czysty wystarczy na bieżąco przetrzeć nawilżaną chusteczką, natomiast swojego czasu, gdy był jeszcze jedyną ochroną narożnikowej tapicerki, to na nim mogło nie być praktycznie żadnych śladów (na tym z Ikei jednak widać bardziej, nad czym ubolewam), a pod spodem dział się armagedon i to taki, że chciało mi się płakać… I wtedy, w absolutnym poczuciu rozpaczy, wpadłam na genialny pomysł… Przecież istnieją podkłady nieprzemakalne na materac! Że też ja wcześniej na to nie wpadłam! Przecież używamy takich w łóżeczku dziecięcym i to od samego początku, dlaczego by ich nie dać na kanapę, pod koc?!

No i Eureka… Pełna nadziei postanowiłam w niedługim czasie zamówić 2 podkłady, po jednym na każdą część narożnika, żeby w ogóle sprawdzić, czy one się sprawdzą, ale jeszcze zanim zdecydowałam wpakować się w koszty (na aktualnym etapie życia, po rujnującym fundusze remoncie, liczy się każdy grosz), wpadłam na nieco mniej genialny pomysł, by pod szare koce dać 2 znacznie grubsze i tym samym zwiększyć barierę ochronną. To rozwiązanie coś tam dało, ale i tak trzeba było plamy spierać, fakt faktem mniejsze niż wcześniej, ale jednak… Ostatecznie więc wymierzyłam narożnik i zamówiłam podkłady odpowiadające wielkością jego częściom, w moim przypadku był to wymiar 80 x 160 cm. Wprawdzie gumki podtrzymujące, przez konstrukcję narożnika, mogłam zastosować tylko na jednej części i tylko w połowie, ale nie są one konieczne, jeśli mamy choć trochę zapasu, żeby wsunąć część materiału, albo jeśli odpowiednio dobrze nałożymy na podkłady koc, niwelując ryzyko jego przesuwania się. Warto kupić większe podkłady niż wymiar kanapy, na pewno nie warto kupować mniejszych, bo nie będą stanowić odpowiedniej ochrony.

Podkład ochronny to strzał w dziesiątkę!

I dla mnie oznaczał koniec koszmaru z wiecznym jechaniem na szczocie po tapicerce. Nagle okazało się, że mogę mieć ten wymarzony narożnik, o tym wymarzonym kolorze i nie muszę się martwić różnorakimi wpadkami. Nic nie przepuszcza! A mamy już za sobą sporo rozlanych soków, kakao i innych cieczy, niekiedy w ilości naprawdę sporej. Pewną drobną niedogodnością jest fakt, że część nieprzepuszczająca cieczy nieco szeleści jak ktoś na kanapie się poruszy i z natury jest śliska przez co nieco częściej trzeba poprawiać powstałe na kocach od siedzenia wygniecenia, ale uważam to za niewielką cenę za święty spokój, a po pewnym czasie nie zauważa się tego jako niedogodność. Zresztą zobaczcie sami jak wygląda podkład, a jak tapicerka pod nim po okresie intensywnego użytkowania. Dla mnie to czysta magia… A w każdym razie czysty narożnik i spokój w najczystszej postaci 😉

Okazało się, że najfajniejsze w tym przypadku rozwiązanie było już przeze mnie stosowane, właśnie we wcześniej wspomnianym łóżeczku. Tym bardziej jestem zła na siebie, że tak późno wprowadziłam je na salonowy narożnik, który, tak prawdę mówiąc, jest znacznie bardziej narażony na wszelkie zalania niż łóżeczko dziecięce, bo to na nim toczy się życie, o każdej porze dnia. Zapewne nie odkryłam Ameryki, zapewne część z rodziców wcześniej wpadło na to  rozwiązanie, ale jeśli ktoś potrzebował oświecenia w tym zakresie, a ja poddałam mu tym wpisem jakieś małe światełko – to naprawdę fajnie! 🙂

Mojemu narożnikowi już niestraszne dziecko, przeciekający momentami bidon, wylane wino czy inne takie 😉 I coś mi się wydaje, że dzięki temu posłuży nam dłużej 😉 A to dobrze, bo ta mała księżniczka na zdjęciu go uwielbia (nie tylko dewastować ;)).

I jeszcze taka porada na koniec… Jeśli już wybieracie tę wymarzoną kanapę, dobrze jest, jeśli poduszki mają ściągane pokrowce (z tego co zauważyłam to niestety rzadkość, przynajmniej w tej niższej półce cenowej) lub jeśli ich nie mają, to można je przerobić tak, by jednak miały. Ich pranie to też nic najprzyjemniejszego, a czasami i one są narażone na pobrudzenie, i to znaczne (jedna z naszych poduch została zrzucona przez córkę prosto na kałużę rozlanego soku). W naszych poduchach jeszcze zdejmowanych pokrowców nie ma (chociaż o dziwo jedna jedyna poducha będąca przedłużeniem oparcia ma pokrowiec na zamek), ale planuje coś pokombinować w tym zakresie. Zawsze fajniej wrzucić pokrowiec po prostu do pralki niż szorować całą poduszkę, bo musicie wiedzieć, że rzeczywistość prania takich rzeczy często nie jest tak różowa, jak pokazują to reklamy.

 

Przeprowadzka z półtoraroczniakiem – prawdziwy obóz przetrwania, na którym popełniłam kilka błędów

Przeprowadzka z małym dzieckiem nie jest kwestią prostą do ogarnięcia, zwłaszcza jeśli koniecznie trzeba zwolnić dotychczasowe miejsce zamieszkania w określonym terminie, bo np. kończy się okres wynajmu, jak to było w naszym przypadku. Fakt, mogliśmy jeszcze bardziej rozłożyć to wszystko w czasie, zwłaszcza że nowe mieszkanie trzeba było wykończyć „pod klucz” i następnie od podstaw urządzić, a remont ruszył z opóźnieniem, ale nie mieliśmy na tyle możliwości finansowych, aby się urządzać, płacić ratę kredytu i do tego jeszcze wynajem przez dłuższy okres, zwłaszcza że na początku, zanim uzyska się wpis hipoteki do księgi wieczystej rata kredytu jest większa i jednak bardziej bije po kieszeni.

Tak więc, od listopada do samego końca roku na poważnie ruszyła akcja „pakowanie całego dotychczasowego dobytku i przeniesienie go do naszego życiowego miejsca docelowego”. Wydawało by się, że to dość sporo czasu jak na pakowanie i sukcesywne przewożenie, i że być może sylwestra uda się nawet spędzić gdzieś na imprezie, bo jeszcze przed nim uda się jakoś to ogarnąć, oczywiście bez super wielkiego rozpakowywania i urządzania, bo to zajmuje sporo czasu, gdy klamoty już się przewiezie, jednak nic bardziej mylnego! Bo – mimo że wydawało mi się, że mam wszystko pod absolutną kontrolą i przy dobrym planie nie ma się co stresować – finalnie ta ostatnia doba do wyprowadzki była prawdziwym koszmarem i totalnym chaosem, jakiego sobie nawet wcześniej nie wyobrażałam. I to nie dlatego, że do przeniesienia miałam także cały dobytek Elzonika, to akurat był najmniejszy problem, ale dlatego, że nie wzięłam pod uwagę, jak utrudniona może być ta misja, jeśli nie tylko ją i obsługę sklepu (ograniczoną w tym czasie do absolutnego minimum), ale także opiekę nad małym dzieckiem ma się na głowie, nawet takim raczej mało problematycznym i jednak w większości grzecznym. Jeśli więc na czas pakowania dobytku nie planujesz (przemyśl to jeszcze) / nie masz możliwości (a może jednak uda się coś zorganizować?) przekazać małego dziecka komuś innemu pod opiekę, koniecznie przeczytaj poniższe punkty, być może okażą się w jakiś sposób pomocne na drodze przeprowadzki i sprawią, że będzie ona lepiej zaplanowana, mniej wyboista i spokojniejsza. Nie ma nic gorszego niż zszargane nerwy i pakowanie rzeczy w panice, że się nie zdąży – naprawdę wiem, co mówię.

JAK WIĘC OGARNĄĆ RODZINNĄ PRZEPROWADZKĘ I NIE ZWARIOWAĆ?

Na pewno z głową… którą ja w pewnych momentach jednak traciłam…

1. Nawet, jeśli wydaje Ci się, że masz sporo czasu, uświadom sobie, że masz go mniej niż Ci się wydaje. Naprawdę. Zwłaszcza na początku pewne rzeczy zdarzało mi się przekładać z różnych względów, bo myślałam, że mam dużo czasu, a wiem, że gdybym nieco bardziej spięła tyłek w pewnych kwestiach, ostatni tydzień przed przeprowadzką ostateczną, byłby znacznie spokojniejszy, a mnie nie stawiał przed realnym zagrożeniem osiwienia przedwcześnie. Tak więc, DO ROBOTY! Co masz zrobić pojutrze, zrób już dziś! Twój wolny od stresu organizm będzie Ci bardzo wdzięczny. I być może – jeśli przeprowadzka przypadnie na koniec roku (tak jak w naszym przypadku) – uda Ci się bardziej cieszyć świątecznym okresem, a nawet wybrać na szaloną imprezę sylwestrową.

2. Jeśli masz możliwość, zaangażuj kogoś do pomocy i nie bój się o to prosić. Nieważne, czy miałby ogarniać nieco dziecko w tym czasie, czy pomagać w samym pakowaniu, czy nawet po prostu ugotować Ci normalny obiad, którego zazwyczaj bardzo mi brakowało w okresie przeprowadzkowym, a który niewątpliwie dodałby mi więcej sił niż kanapka zjedzona w pośpiechu.  Moim podstawowym błędem było to, że chciałam „przykozaczyć” i pokazać, że ogarnę to całe nieszczęsne pakowanie sama, zasługując na miano superbohatera domu (a nawet dwóch – tego, z którego przyszło mi się wyprowadzać i tego, do którego przyszło mi się wprowadzić). W końcu inni superbohaterowie musieli w tym samym czasie ogarnąć wykończenie mieszkania i jakoś dali radę, to ja sama nie dam? W końcu znajomi przeprowadzili się w tydzień, a ja mam jeszcze 3, to na luzie ogarnę w pojedynkę, a dzięki temu może inni będą ze mnie dumni, a to zawsze fajnie, jak ktoś powie, że mnie podziwia. Między innymi takie myśli chodziły mi po głowie w tamtym czasie. Błagam, nie próbujcie sobie na siłę czegoś udowodnić, bo to może Was zgubić, a przynajmniej napytać potem sporo niepotrzebnego stresu. Ja finalnie o pomoc prosiłam tylko wtedy, kiedy jechałam na nowe mieszkanie trochę ogarniać, a kiedy na starym się pakowałam, miałam dziecko ciągle przy sobie. Obawiam się, że gdyby nie fakt, iż uważałam dziecko w środku prac remontowych za jakąś małą katastrofę, to i tam ciągnęłabym je za sobą, żeby udowodnić, jakim jestem mistrzem ogarniania. Tylko po co?

3. Pamiętaj, że – nieważne, czy ostatecznie masz pomoc, czy nie – Twoje dziecko, potrzebuje Twojej uwagi, a to sprawia, że jest ona odciągana od spraw przeprowadzkowych. A jeśli – tak jak w moim przypadku – w akcie pakowania masz dziecko przy sobie, raczej na pewno nie uda Ci się w stu procentach temu pakowaniu poświęcić. Ja w trakcie pakowania wymyślałam zajmujące na jakąś chwilę zabawy, zmieniałam pieluchy, przygotowywałam jedzenie dla dziecka (bo o ile ja mogłam jeść byle jak w tamtym czasie, to jednak dziecko wymaga bardziej wartościowych posiłków, rozwija się, rośnie itp., a to ma swoje prawa), sama brałam udział w zabawach, ogarniałam kąpiele, wydałam dziecku milion zakazów i przetrwałam jakieś kilkanaście ataków histerii, bo coś było nie po dziecka myśli, a w tym wieku jeszcze nie umie się za bardzo panować nad emocjami, no i wyciszałam dziecko wieczorami, co też wiązało się z tym, że nie mogłam latać jak potłuczona, pakując różne rzeczy… Na szczęście usypiać specjalnie nie musiałam, bo córka nie ma z tym zazwyczaj problemów.

4. Musisz liczyć się z tym, że dziecko wtrąci swoje niekoniecznie pomocne 3 grosze w akt pakowania (i potem rozpakowywania rzeczy). I choćby miało jak najlepsze intencje, wykazując chęć pomocy, ostatecznie może bardziej przeszkadzać niż pomagać, zwłaszcza jak ma dopiero półtorej roku 😉 Taka chęć pomocy w moim przypadku przejawiła się tym, że w kartonach znajdowały się rzeczy, które nie powinny się tam znaleźć, za to te, co powinny czasami magicznie lądowały w osobnym worku, wydzielonym na rzeczy przeznaczone na śmietnik… Nie zliczę też, ile razy międzyczasie szukałam taśmy do pakowania, bo akurat była potrzebna, by skleić jakiś karton, a dziecko ją gdzieś wyniosło / wrzuciło… Takie niby drobiazgi, przyczyniają się czasem do niemałych opóźnień w procesie pakowania… Warto więc trzymać kartony przeprowadzkowe i materiały do pakowania poza zasięgiem dziecka, dobrze jest zorganizować sobie przestrzeń niedostępną dla dziecięcych rąk choć z doświadczenia wiem, że nie zawsze jest to możliwe i niekiedy jest trudne do wykonania, by wszystko odkładać ciągle w zorganizowane ku temu dobrze miejsce, choćby gdy dopada nas już mocne zmęczenie czy naprawdę bardzo się spieszymy. Pośpiech jest złym doradcą! Dlatego tak ważne jest, aby wziąć sobie do serca punkt pierwszy na tej liście. Przy późniejszym rozpakowywaniu rzeczy też trzeba bardzo uważać na małych pomocników, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z rzeczami delikatnymi, podatnymi na stłuczenie. Przy czym warto jest także zaangażować dziecko w proces pakowania i rozpakowywania jego zabawek – nie zrobi sobie nic złego, a będzie miało frajdę 😉

5. W miarę możliwości opisuj kartony, numeruj je i na osobnej liście jeszcze raz napisz, co w danym kartonie się znajduje. Ten patent znacznie ułatwił mi późniejsze rozpakowywanie wielu rzeczy, zaś brak opisów w przypadku kartonów czy toreb, które pakowane były w pośpiechu na ostatnią chwilę, doprowadzał mnie do szewskiej pasji w późniejszym planowaniu zagospodarowania miejsca w nowym mieszkaniu. Pośpiech niestety sprzyja chaosowi, im mniejsza skala tego pośpiechu, tym lepiej.

6. Dobrze zabezpieczaj swoje rzeczy. Ja na początku swojej przygody z pakowaniem miałam fioła na punkcie zabezpieczania (też po części, dlatego że przykładam olbrzymią wagę do bezpieczeństwa zawartości, gdy pakuję paczki dla klientów). Fioła, który także przyczynił się do późniejszego poczucia braku czasu, ale ostatecznie bardzo się opłacił, bo wszystkie naprawdę dobrze zabezpieczone rzeczy, dotarły do nowego mieszkania w całości, przetrwały transport, rzucanie, wnoszenie na trzecie piętro bez windy. Warto mieć takiego fioła i przy nim koniecznie trzeba brać pod uwagę, że pakowanie zajmie znacznie więcej czasu niż przy bezmyślnym wrzucaniu czegoś do pudeł. I jeszcze raz powtórzę – pośpiech jest złym doradcą! My pod koniec naszej przygody z przewożeniem rzeczy do nowego lokum bardzo panikowaliśmy, właśnie do tego stopnia, że – mając już przed oczami perspektywę konieczności zdania kluczy od wynajmowanego mieszkania – wrzucaliśmy wszystko gdzie popadnie i jak popadnie… Zwłaszcza mój mąż, który w amoku powrzucał do reklamówki niczym niezabezpieczone szklanki… Jak można się domyślić absolutnie wszystkie się potłukły, a ja prawie pocięłam sobie rękę, nie spodziewając się, że w reklamówce może być szkło.

7. Jeśli nie dysponujesz dużym autem do przeprowadzek, koniecznie sobie takie zorganizuj lub zorganizuj sobie więcej osób z autami do przewożenia rzeczy. Gdyby nie pomoc mojego taty w dniu przeprowadzki ostatecznej, w życiu nie wyprowadzilibyśmy się na czas. Niby mnóstwo rzeczy już było przewiezionych międzyczasie, ale i tak te rzeczy, które jeszcze zostały zajmowały na tyle sporo miejsca, że trzeba byłoby zrobić sporo kursów jednym samochodem osobowym, którym dysponujemy, a dojazdy też zajmują swoje (chyba że przeprowadza się gdzieś w obrębie naprawdę bliskiej okolicy). Swoją drogą w przypadku wykańczania mieszkania i jeżdżenia na prace remontowe, czy jakiegokolwiek jeżdżenia do nowego mieszkania, międzyczasie warto zabierać już ze sobą część rzeczy. Mój mąż tak robił, gdy przygotowałam już jakiś karton z rzeczami, choć przyznam, że nie zawsze mu się chciało przygotowane już kartony zabierać, o co m.in. się z nim pokłóciłam w dniu nerwowej przeprowadzki ostatecznej.

8. Jeśli masz możliwość i czas to po przewiezieniu części rzeczy  – układaj je już w nowym mieszkaniu. Jak już wspominałam, ja miałam dni, kiedy oddawałam dziecko pod opiekę troskliwej teściowej, a sama jechałam do nowego mieszkania jeszcze w trakcie jego remontów. Zaplanowaliśmy to wszystko tak, że najpierw przeprowadzam kuchnię i łazienkę (w wynajmowanym mieszkaniu zostawiając rzeczy absolutnie niezbędne, jak np. szczoteczka do zębów czy 2 komplety talerzy, żeby mieć na czym jeść zanim przyjdzie dzień przeprowadzki ostatecznej) i jak tylko te zostaną odpowiednio wykończone i umeblowane, ja od razu biorę się za układanie w nich naszych rzeczy. I to był strzał w dziesiątkę! Dzięki temu w całym tym kartonowym szaleństwie właściwie od razu mogliśmy jeść normalne posiłki czy korzystać z dobrodziejstw naszej nowej łazienki, a przy małym dziecku, które już ma rozszerzoną dietę i nie żywi się wyłącznie mlekiem, a przy tym kocha się kąpać, uważam to za ważne. Pokoje zawsze można ogarniać w miarę powoli bez pośpiechu.

9. Ciuchy też warto starannie układać w kartonach, najlepiej już wstępnie posortowane, mimo że nic im się takiego nie stanie, jeśli powrzucamy je jako tako, gdziekolwiek. Takie rozwiązanie znacznie ułatwiło mi potem rozkładanie ciuchów po szafach i oszczędziło znacznie dużo czasu przy rozpakowywaniu. Dzięki temu mogłam szybko cieszyć się całością mojej garderoby i nie marudziłam, że np. ne mogę znaleźć ulubionej bluzki czy chciałabym założyć to i tamto, a nie wiem, gdzie jest, albo wiem, ale jest tak koszmarnie pogniecione, że trzeba najpierw to wyprasować… (jak i całą górę ciuchów w przypadku wrzucenia wszystkich byle jak, byle było). W początkowym natłoku kartonów (na jednak ograniczonym metrażu mieszkania), nie mieliśmy nawet miejsca, żeby rozłożyć deskę do prasowania. W związku z powyższym, warto mieć więc na uwadze dbałość o pakowanie ciuchów przy przeprowadzce.

 

Jeżeli miałabym brać do serca słowa: jaki sylwester, taki cały nowy rok, to musiałabym liczyć się z tym, że przez cały rok będę zawalona kartonami, zestresowana, zmęczona, sfrustrowana… Na szczęście ten okres mam już za sobą i dziś wiem, że nie musiał on w niektórych przykrych aspektach wyglądać tak, jak wyglądał – gdybym tylko sama zastosowała się do wszystkich zamieszczonych tutaj porad.

Jeśli choć jednej osobie tekst ten ułatwi przeprowadzkę, to jest on wart absolutnie każdej sekundy przeznaczonej na jego stworzenie. Jeżeli tak nie będzie, to i tak cieszę się, że uświadomiłam sobie swoje własne błędy i wyciągnęłam z nich wnioski – wszak od tego są błędy – by się na nich uczyć 😉 Idealną zaś jest sytuacja, gdy uczymy się na cudzych błędach i na ich podstawie nie popełniamy własnych, chociaż przyznać trzeba, że rzadko taka sytuacja ma miejsce.

O początkach posiedzeń na kartonach – o wiele bardziej czasochłonnych niż mi się wydawało…

Bardzo długo mnie tu nie było, mimo że nie planowałam aż tak długiego milczenia. Trzeba jednak wiedzieć, że bywają w życiu takie rewolucje, których nie da się do końca rozplanować tak, jakbyśmy chcieli, a droga do realizacji marzeń bywa niełatwa do przejścia.

Tak to się złożyło, że w drugiej połowie ubiegłego roku zaczęliśmy intensywnie interesować się sprawami kredytu hipotecznego, bo pojawiło się (takie mikroskopijne na początku) światełko w tunelu prowadzące nas do wymarzonego własnego M.  I to wywróciło nasz czwarty kwartał 2017 kompletnie do góry nogami.

Pamiętam jeszcze jak niedługo po ślubie, czyli na początku roku 2014 wybraliśmy się do jednego z banków (zamiast do fachowego doradcy, co było kardynalnym błędem, choć chyba na tamtym etapie życia i doradca niewiele by pomógł), aby wdrożyć w życie plan zaciągnięcia hipoteki na jakieś wspólne cztery kąty. Pamiętam też jak bardzo wyszliśmy z banku zdołowani, czując się jak ostatni biedacy, kiedy odprawiono nas z kwitkiem przez za małe dochody… do kredytu oczywiście, bo jakoś na wynajem mieszkania od obcych nas stać było, a na ratę wynoszącą prawie tyle samo już nie 😉 Od tamtej pory jednak się dość sporo zmieniło, więc przyszedł w końcu czas i na ten krok – choć droga do tego upragnionego M była długa, mozolna i wyboista, mimo wszystko… I nie dałoby się jej przebyć bez pomocy co najmniej kilku serdecznych nam osób… Ale temat samego kredytu i moich poglądów na ten temat zostawię na inny wpis,  teraz chciałabym się chociaż wspomnieć o  przeprowadzce z małym dzieckiem, która była moim koszmarem… Wprawdzie dość małym w porównaniu do niektórych życiowych koszmarów, ale jednak niezbyt uroczym i swojego czasu spędzającym sen z powiek. Tak całkiem serio, serio, bo przy biegającym po domu półtoraroczniaku, jak i nieprzerwanej aktywności zawodowej, również nocami się planowało i pakowało, głównie dlatego, że w tej porze dnia po prostu był spokój… I jakbym sobie nie planowała, że będę aktywna internetowo poza samym sklepem, tak szkoda mi było czasu i sił brakowało przy nawale wszystkich spraw, choć jakieś drobne wspominki blogowo-przeprowadzkowe pojawiały się na stronie na Facebooku.

I pomyśleć, że jeszcze do niedawna mi się wydawało, że perfekcyjne rozplanowanie przeprowadzki nie jest wcale takie trudne do ogarnięcia i można mieć przy nim czas na wszystkie inne życiowe sprawy. Moja teoria sobie, praktyka sobie… Niestety, bo bardzo źle się czuję, kiedy tracę nad czymś kontrolę, a im bliżej było do oddania kluczy od wynajmowanego mieszkania chciało mi się wyć… I przy tym dziękowałam Bogu za to, że na te ostatnie godziny przypadła drzemka naszej córki, mimo iż wiedziałam, że drzemka o takiej porze wiąże się potem z nocną imprezą… Co w sumie nie było takie złe w skali roku, biorąc pod uwagę, że to był sylwester 😉

Wiem, że niektórzy mogą się dziwić i burzyć, że jak to szkoda czasu na coś, co się lubi i dla czytelników wyczekujących, ale wierzcie mi, że naprawdę padałam na twarz i terminy bardzo nas goniły, więc robiłam tylko to, co konieczne, nawet przy sklepie, który zwykłam jednak dopieszczać. Pakowanie, pakowanie, pakowanie… To mi przyświecało od listopada aż do końca roku. Długi był to proces, bo i dobytek duży (zarówno prywatny, jak i firmowy), i nie miałam pomocy przy tym procesie (mąż musiał wykończyć mieszkanie z rynku pierwotnego do końca roku, abyśmy mogły się spokojnie wprowadzić i zwolnić ostatecznie to wynajmowane, więc zrozumiałe, że czas między snem a pracą poświęcał na prace remontowe). Nerwowy okres przebywania na kartonach – tak nazwałabym te ostatnie miesiące 2017. Niestety prowadziło to do wielu wyrzeczeń, jak i również zaprzestania aktywności tutaj – aktywności, którą bardzo lubię, bez względu na to, czy ktoś tu w ogóle zagląda 😉

Ponadto po przeprowadzce odmówiły mi posłuszeństwa chyba wszystkie możliwe urządzenia, z których mogłam normalnie pracować przez internet, więc i złośliwość rzeczy martwych przyczyniła się do braku moich aktywności w sieci, a raczej ograniczenia ich do absolutnie niezbędnego minimum (obsługi zamówień z Elzonika).

Obecnie piszę już z własnego, urządzonego mieszkania, z ogarniętego oraz już w pełni sprawnego sprzętu, i zaczęłam tym samym nowy rozdział w życiu. I tak sobie myślę, że i przez to blog nie tylko się reaktywuje, ale i zyska nowe treści, bo dotyczące naszych rewolucji mieszkaniowych. Zresztą to pierwszy, dość ogólnikowy wpis z tej tematyki 😉 2 marca pojawi się tutaj bowiem wpis szczegółowy z perypetii „pakowawczych” w towarzystwie małego brzdąca, który ze swojej perspektywy zawsze pomaga, a z mojej… no cóż… czasem pomaga, czasem przeszkadza, ale finalnie nie daje się nudzić i daje kopa do działania na pięciokrotnych obrotach, bo nie ma innego wyjścia… No i pięknie przyklepuje i wysiaduje przeprowadzkowe kartony 😉 Tak chyba po to, żeby szybko i sprawnie coś się z nich wykluło, a najlepiej od razu samo poukładało się na półkach. Marzenie… bez szans na spełnienie w rzeczywistości niestety…

Bardzo się cieszę, że mogę w końcu znowu pisać i to z własnych czterech kątów, o których marzyłam bardzo długi czas 🙂

Wpis „poradnikowy” (chyba za dużo powiedziane, dlatego w cudzysłowie ;)) na temat przeprowadzki z małym dzieckiem jest już w trakcie tworzenia, ale co myślę, że wyczerpałam temat, coś mi się przypomina… I dlatego też aktualnie widzicie ten oto wstęp zamiast owego „poradnika”. Do zobaczenia! 😉