Szacunek – coś, na co warto MĄDRZE zapracować

Długo zastanawiałam się jak ugryźć zagadnienia, które przewiną się w tym wpisie. Jeszcze dziś rano myślałam intensywnie o tym, o czym pragnę napisać, co powinnam dopisać do tego, co już gdzieś tam stworzyłam. Doszłam do wniosku, że totalnie zmienię tytuł dzisiejszego wpisu, skupiając się głównie na jednej rzeczy, o której zapowiadałam, że napiszę gdzieś „między wierszami” – na szacunku.

W życiu często oczekujemy go od innych, ale czy sami dajemy go od siebie? Oczekujemy go m.in. od własnych dzieci, ale czy sami wychowujemy je w przekonaniu, że my do nich mamy szacunek? Ta sprawa nie jest wcale tak oczywista, jak może się wydawać. Może niektórych oburzę swoim podejściem, ale uważam, że to wcale nie jest tak, iż rodzimy dziecko już z szacunkiem do rodziców gdzieś w pakiecie i ono ma szanować tych swoich rodziców i koniec, bo tak trzeba, bo nawet przykazanie mówi: czcij ojca swego i matkę swoją. Przykazanie oczywiście jest słuszne w swoim przesłaniu, ale nie może być tak, iż ktoś oczekuje czci od swoich dzieci, do nich samych nie przejawiając szacunku. No po prostu na to nigdy się nie zgodzę.

Nie zgodzę się również z tym, że dziecko powinno szanować wszystkich dorosłych jak leci, bo jest mniejsze, mniej doświadczone, młodsze etc. Jasne, starszych ludzi powinno darzyć się szacunkiem, ale to nie może być tak, że oni ten szacunek dostają w pakiecie z wiekiem, a niestety często spotkałam się ze zwyczajnym chamstwem ludzi starszych w stosunku do młodych osób (w tym i mnie), bo przecież one już tyle przeżyły i je szanować trzeba…

Ale po kolei…

NIGDY NIE POWINNIŚMY O SZACUNEK WALCZYĆ KRZYKIEM I PRZEMOCĄ

Co nadal niestety często jest spotykane, zwłaszcza w relacjach dziecko – dorosły, ale nie tylko. Bo czy naprawdę chcemy, by druga osoba, niezależnie od jej wieku, szanowała nas, zachowywała się tak, jak my oczekujemy, tylko dlatego, że się nas boi? Krzyk i przemoc budzą strach, nie ma się co oszukiwać w tej kwestii. Budzą także jeszcze więcej krzyku i przemocy, gdy ta druga osoba zacznie stosować analogiczne mechanizmy obronne. Oczywiście, nie twierdzę, iż w życiu nie zdarzają się sytuacje, kiedy krzyknąć trzeba (np. żeby natychmiastowo i odpowiednio dobitnie ostrzec przed sytuacją potencjalnie niebezpieczną, nikt nie będzie bawić się w spokojne tłumaczenie danego zagrożenia, gdy ono realnie i szybko się zbliża), jednak nie może być tak, że krzykiem załatwiamy absolutnie wszystko względem określonej osoby, a niestety miałam wątpliwą przyjemność obcować krócej lub dłużej z rodzinami, w których notorycznie wiele spraw załatwia się krzykiem. Co gorsza, naprawdę wielu dorosłym się wydaje, iż tak wypracują u dzieci odpowiednią dozę szacunku… A co jeszcze gorsze, wraz z krzykiem stosowana jest przemoc fizyczna.

Jak dla mnie przemoc fizyczna nie jest niczym innym jak wyrazem ogromnej słabości psychicznej tego, kto tę przemoc stosuje. Nie ma różnicy czy chodzi o drobne klapsy dla tzw. „ukazania, kto tu rządzi” czy chodzi o regularne powodowanie większych szkód cielesnych. W obu przypadkach jest to przemoc, której dopuszczać się nie powinniśmy, chyba, że kogoś kręci to w łóżku, a jego partner daje na to wyraźne przyzwolenie i także czerpie z tego przyjemność – to zupełnie inna bajka 😉 Natomiast przemocy, zarówno fizycznej, jak i psychicznej względem dzieci mówię absolutne, niepodaważalne w żaden sposób „NIE”! I dziwi mnie, że jeszcze w tych czasach zdarzają się rodzice uważający, że klaps nauczy dziecko szacunku do starszych. Tak naprawdę nie nauczy, a jedynie wzbudzi strach przed tym, że może zostać skrzywdzone za zachowanie nieodpowiednie do stawianych wobec niego oczekiwań, pobudzi je do oszukiwania, gdy stanie się coś złego, bo jak zatai jakiś swój nie do końca odpowiedni występek, to być może nikt się jednak nie dowie, a będzie spokój, nauczy tego, że jest samo, jeśli nie radzi sobie z emocjami, których zwłaszcza ci najmłodsi nie zawsze rozumieją, jeszcze ucząc się świata… Nie ma w tym absolutnie nic pozytywnego.

Dzieci zdecydowanie uczą cierpliwości, jeśli tylko dorośli chcą się tej cierpliwości nauczyć, a nie tylko dają się ponieść emocjom. Testują, sprawdzają granice, bywają nieznośne, ale i mądrzejsze niż wielu się wydaje. Naprawdę wiele da się im wytłumaczyć w cywilizowany i spokojny sposób. Nie trzeba stosować przemocy, przemoc to pójście na łatwiznę, to nie nauka, a jedynie chwilowe i pozorne zażegnanie problemu, a często i jego jeszcze zaognienie.

Miałam już z córką kilka sytuacji, kiedy wpadła w ogromną histerię, bo zwyczajnie się przestraszyła, nie potrafiła sobie poradzić z jakimiś uczuciami, które w niej wezbrały, a osoby trzecie, niestety również i nam bliskie, ze swoimi „przewspaniałymi i niezastąpionymi radami” uznawały, że to przejaw jakiegoś braku szacunku, fanaberia, że trzeba ją z tą histerią zostawić i działać dalej, bo nie można sobie pozwolić wejść na głowę, a w ogóle najlepiej to w tyłek dać, żeby pokazać i nauczyć… CZEGO? no tak całkiem serio, czego? Naprawdę nie rozumiem. I zażegnałam już niejedną histerię przytulaniem, uspokajaniem, tłumaczeniem, odwracaniem uwagi od tego, co wywołało negatywne emocje… To działa! Naprawdę… Podczas, gdy niebotyczne wrzaski jeszcze pogarszały sprawę, we mnie wzbudzając tyle negatywnych emocji, że miałam ochotę rozszarpać tego, kto wrzaski względem mojego dziecka zaczął. A skoro ja czułam, że wybuchnę i wybuchałam w obronie, to co dopiero musiało czuć moje dziecko, które emocji dopiero się uczy?

Bardzo chcę, by moja córka mnie szanowała i miała szacunek do innych, oczywiście jeśli ci nie wykażą kompletnego braku szacunku wobec niej, ale nie chcę tego osiągać zastraszeniem. Nie powiem, czasami i mi nerwy puszczają, też jestem tylko człowiekiem, ale człowiekiem, który pragnie nad sobą panować, a nie dawać się porwać jakimś niepohamowanym instynktom, które nie pozwalają myśleć racjonalnie. Gdy czuję, że jestem na granicy, biorę parę głębokich wdechów i walczę dalej z problemami… W sposób cywilizowany, a nie barbarzyński. Kocham – nie chcę krzywdzić. To dla mnie oczywiste!

SZACUNKU NIE MOŻNA OCZEKIWAĆ Z AUTOMATU

Trzeba na niego zapracować. Tymczasem ze zgrozą stwierdzam, iż ogromna ilość osób oczekuje go wyłącznie na podstawie jakiegoś błahego powodu, jak np. tego, że jest od kogoś starsza, że jest czyimś szefem itp. Tymczasem można się szefa zwyczajnie bać, postępować zgodnie z jego oczekiwaniami (tak jak i to biedne dziecko, wobec którego stosuje się przemoc), ale nie mieć do niego szacunku. Jeśli natomiast jakaś starsza osoba zachowuje się jak zwyczajny cham, to dlaczego ja mam ją szanować? Dlatego, że chodzi już tyle po tym ziemskim padole i nawet kulturalnie zachować się nie umie? Spotkałam się „na żywo” z argumentem typu: młodziku, Ty mnie szanuj, ja mam 80 lat! Jakby to było jakieś wybitne osiągnięcie w dziedzinie kultury osobistej… Owy pan zarzucił mi w tramwaju, że nie umiem czytać, wskazując na tabliczkę „Ustąp miejsca starszym”, i za grosz mam kultury, a mój jeszcze wtedy narzeczony, a dziś mąż ośmielił się stanąć w mojej obronie (kiedy mnie totalnie zatkało)… Żeby nie było: pan świetnie trzymał się na nogach, 3/4 tramwaju było puste, a on kłócił się, że ja młodsza, więc ustąpić mam i się przesiąść mogę i co z tego, że niepełnosprawna, no przecież młodsza (!) po czym wysiadł na kolejnym przystanku, życząc, aby mój małżonek nie zdał matury (już dawno maturę mieliśmy zdaną)… I naprawdę – ustępuje miejsca tym, którzy bardziej potrzebują go ode mnie, a akurat żadnego wolnego nie ma…

I niestety w znacznej części przypadków to staruszkowie, którzy tak bardzo oczekują od innych szacunku, zwykle mają problem, że zajmuje miejsce siedzące gdzieś w komunikacji miejskiej, jeśli jest dostępne, nie okazując mi ani krzty szacunku… Osoby „młodszej daty” często wręcz mi ustępują i jeszcze ciepło się uśmiechną, co jest bardzo, ale to bardzo miłe.

Osoby, które szanują mnie i moje życie, zawsze mogą liczyć na szacunek z mojej strony, niezależnie od wieku, płci, narodowości itp. Nie muszą się ze mną zgadzać – wystarczy, że uszanują fakt, iż mam zdanie, jakie mam, nie muszą mnie kochać i wielbić – wystarczy jakieś minimum empatii, bo najważniejsze w tym wszystkim jest to, by pozostać sobą i jednocześnie dać innym być sobą, bez krzywdzenia innych.

Reklamy

Te gorsze dni, które zdarzają się w najmniej odpowiednim czasie i chwile zwątpienia z nimi związane…

Jak wiecie w życiu bywa bardzo różnie, a kiedy już mieszka się z dzieckiem pod jednym dachem to chyba niczego nie da się przewidzieć. Każdy, absolutnie KAŻDY człowiek, bez względu na wiek ma prawo do gorszych dni, do tych „cięższych” emocji, tak trudnych do zniesienia nie tylko dla niego, ale i dla jego otoczenia. W chwilach kryzysu i dorośli bywają bardzo zagubieni, a co dopiero dzieci, które muszą się jeszcze nauczyć, jak z pewnymi emocjami żyć i jak sobie z nimi w jakiś racjonalny sposób radzić.

Jeszcze nie tak dawno praktycznie każdego dnia zmagaliśmy się wraz z mężem z trudnymi emocjami naszej córki, która w ciągu kilku sekund potrafiła przejść z super humoru do płaczu, wrzasków rodem z czeluści piekielnych, rzucania się po podłodze. Wiele osób określa takie zachowanie „buntem dwulatka” – jakoś tak potocznie się przyjęło, choć jak dla mnie nie jest to jakieś specjalnie trafne określenie tegoż zjawiska. Mam jednak świadomość, że to pewien normalny etap w rozwoju (choć znam i przypadki dzieci, które nigdy, przenigdy nie urządzały scen dantejskich) no i jak już się pojawi trzeba go przetrwać. Bardzo ciężki czas to dla rodzica – czas ogromnej próby, której przejściu nie sprzyjają bynajmniej komentarze czy „dobre rady” otoczenia, no chyba, że faktycznie są DOBRE, bo i takie wyjątkowo się zdarzają 😉 Ale o tym jeszcze będzie osobny wpis, do którego muszę jeszcze trochę dojrzeć i zebrać myśli…

Niemniej okres ten tak jak gwałtownie się pojawił, tak nagle zniknął. No przynajmniej w takim stopniu, że nie mamy z nim do czynienia absolutnie codziennie, ale już bardzo, bardzo, BARDZO rzadko i pech chciał, że to „bardzo rzadko” przypadło na cały miniony weekend, na który zaplanowane były różne uroczystości rodzinne, a przed którym jeszcze przedwcześnie cieszyłam się, że to, co najgorsze w tym akurat temacie mamy za sobą… Nie będę pisać szczegółowo, co się działo, bo i nie widzę głębszego sensu takiego obnażania prywatności, chciałam natomiast zwrócić uwagę na kilka rzeczy, z którymi zapewne niejeden rodzic się zmaga w swojej codzienności. Zresztą kwestie tu poruszane w dużej mierze będą kręcić się wokół rodzicielstwa, ale dotyczą każdego człowieka, który choć raz w obliczu gorszego dnia, z „dobrymi radami” i ocenianiem musiał się zmagać…

Kryzysy często zdarzają się w najmniej odpowiednim momencie…

No nie ma się co czarować, NIGDY nie ma dobrego czasu na kryzys. „Dobry czas” i „kryzys” to zdecydowanie słowa, które się wzajemnie wykluczają, ale jak to jest, że akurat, kiedy najbardziej nam zależy na tym, żeby coś dobrze wypadło, często wychodzi z tego jakiś koszmar? Cały miniony weekend mieliśmy do czynienia ze scenami wpisującymi się w zjawisko określane jako ten okrutny i ciężki do przeżycia „bunt dwulatka”, akurat kiedy zależało nam, żeby nasza rodzina zobaczyła jaka z nas fajna, rodzinna drużyna… Co za los… Ile razy Wy chcieliście dobrze wypaść np. przed rodziną właśnie, a wyszło zupełnie inaczej?

Ludzie kochają oceniać powierzchownie i na tej podstawie dawać „dobre rady”

Niestety… W miniony weekend dobitnie się o tym przekonałam. I zapewne wraz z mężem nie jesteśmy jedynymi rodzicami, których dzieci zostały dość dosadnie ocenione na podstwie tego, że akurat w danym momencie miały ten gorszy okres, do którego KAŻDY ma prawo. W końcu krewni czy znajomi, którzy z Wami nie mieszkają na co dzień nie widzą, że ogólnie Wasze dziecko zwykle zachowuje się znacznie lepiej, promienieje uśmiechem i radością, potrafi być otwarte na innych… Skoro w danym momencie płacze, pokazuje nie do końca fajne humory, to w mniemaniu wielu, którzy akurat to widzą, na pewno jest takie na co dzień… I teraz, z jeszcze większym sentymentem i zrozumieniem, wspominam moje pierwsze wizyty u koleżanek po tym jak już zostały matkami, a ich dzieci akurat w dzień tej mojej nieszczęsnej wizyty zamieniały się w małe marudy z piekła rodem… Wtedy nie rozumiałam dlaczego tak gęsto się z tego tłumaczą tekstami typu: „no nie wiem, co mu teraz odbiło, zwykle taki nie jest”, bo już wtedy miałam świadomość, że za humorami dziecka czasami ciężko nadążyć i nie zawsze jest cukierkowo. Teraz już rozumiem.. Odkąd sama jestem mamą TAK BARDZO ROZUMIEM i współczuję… Nie tyle tych gorszych dni, co reakcji otoczenia, które zrozumieniem się nie wykazuje, wydając często pochopne osądy…

I tym bardziej doceniam tych moich przyjaciół, którzy rozumieją, którzy dają nam do zrozumienia, że nie musimy się tłumaczyć z tych gorszych dni, że od nich nie usłyszymy, że pędem musimy biegać po lekarzach, bo gorsze dni nie są normalne, że skoro nasze dziecko z rezerwą podchodzi nieraz to dorosłych, to na pewno jest dzikusem, dlatego, że nie puszczamy go do dzieci (taki dziwny zarzut padł nieraz, podczas gdy nasze dziecię często jest onieśmielone przez dorosłych, a w sklepie potrafi zaczepić dziecko, żeby się z nim przywitać i do niego uśmiechnąć…) itp. Zresztą tym owym „dzikusem” może być po mnie, bo mnie w dzieciństwie bardzo onieśmielali dorośli, nawet ci z rodziny i tylko z nielicznymi miałam super kontakt… Moja córa też ma super kontakt z nielicznymi dorosłymi. Są znajomi, do których nawet nie podejdzie, a jest i „przyszywana” ciocia, przy której potrafi zasnąć, nawet szybciej niż przy mnie… I jak dla mnie to jest ok. Sama nie rzucam się w ramiona każdego człowieka, jakiego napotkam, jednych darzę większą sympatią, innych mniejszą. Nie widzę powodu, żeby do każdego moje dziecko było tak samo otwarte – taka postawa jest wręcz niebezpieczna, a już wmawianie mi, że „jest dzikusem” w stosunku do dorosłych, dlatego, że nie ma kontaktu z dziećmi jest jakimś kuriozum. Pomijając już fakt, że nie trzymamy jej w klatce z zerowym dostępem do dzieci i już całkiem sporo, jak na to swoje krótkie życie, dzieci poznała 😉

Rodzice najlepiej znają swoje dzieci

I fajnie by było, gdyby otoczenie o tym pamiętało, a nie „dokładało do pieca” uwagami, które kompletnie się nie sprawdzą w danym momencie. Często od najbliższego otoczenia słyszę, że gdybyśmy zrobili tak, a nie inaczej, to czegoś byśmy uniknęli – łatwo jest mówić, gdy jest się biernym obserwatorem „od czasu do czasu”. Rodzicielstwo nauczyło mnie, że pewnych rzeczy nie do końca dla nas przyjemnych uniknąć się nie da (chyba, że da się całkiem dziecku wejść na głowę, ale to urodzi o wiele poważniejsze konsekwencje w przyszłości) – trzeba się z nimi zmierzyć. Kilka razy przeżyje się piekło, tak jak my przeżywaliśmy np. w sklepie, gdy dziecko chciało biegać wszędzie samopas i ściągać rzeczy z półek, ale za którymś razem w końcu nie trzeba będzie się „szarpać”, bo dziecko zrozumie, że i tak nic nie ugra. Idąc w taktykę unikania, kompletnie bym musiała zrezygnować z zakupów z dzieckiem, a rzadko mam okazję, by móc wyjść do sklepu bez niego. Śmierć głodowa murowana 😉 No wiem, że są też rodzice, którzy w nosie mają swoje pociechy, robiąc zakupy, a te wyczyniają wśród półek, co tylko zechcą (co w sumie też można podciągnąć pod taktykę unikania), ale to już ich sprawa, że hodują, a nie wychowują… Rodzic najlepiej zna swoje dziecko i jeśli przy tym jest mądry, to zrobi, co w jego mocy, żeby jak najlepiej wyjść z danej sytuacji. To, co ktoś uważa za „złotą radę” niekoniecznie musi się sprawdzić w danym przypadku, dlatego dobrze by było, gdyby otoczenie czasami potrafiło ugryźć się w język zamiast takie rady dawać… A jeśli już dawać, to mądrze słowami typu: „może warto byłoby…” zamiast „gdybyś to zrobił tak, byłoby inaczej…”

Ileż ja kłótni z szanownym małżonkiem przeżyłam przez czasami wykluczające się „złote rady”, jeszcze zanim wypracowaliśmy absolutnie wspólny front, który na co dzień naprawdę dobrze się sprawdza. Obwinialiśmy siebie nawzajem bardzo, głównie za to, że nasza córka nie spełnia CUDZYCH oczekiwań, tak właśnie… CUDZYCH… Bo np. ktoś posiał wątpliwość, że jeszcze nie za wiele mówi, mąż się niezdrowo przejął i gotowa kłótnia, że córka nie umie sklecić zdań podrzędnie złożonych… a ja wiem, że ma czas i widzę, że z dnia na dzień kombinuje z mową coraz bardziej, poza naszymi zmartwieniami, swoim tokiem… Jak faktycznie pojawią się problemy, to zmierzymy się z nimi w obecności specjalisty, tymczasem niestety…

Ludzie często lubią szukać problemów tam, gdzie ich nie ma…

Nasza córa fajnie się rozwija, jest na ogół pogodnym dzieckiem, poza pewnymi gorszymi dniami, z przeszkodami architektonicznymi radzi sobie nieraz lepiej niż ja z tą moją niepełnosprawnością, a wielu zamiast naprawdę się cieszyć tym razem z nami szuka dziury w całym. W sumie ja do niedawna też szukałam, bo to przecież takie niewiarygodne mieć na moim miejscu takie fajne, zdrowe dziecko i do tego kochające bezwarunkowo taką nieidealną, niepełnosprawną mamę. Jakaś skaza na tym szczęściu być musi… No musi! I to o wiele większa niż te gorsze dni, w których zwyczajnie trzeba być wsparciem i przetrwać…

Brak wiary – problem wielu rodziców, ale nie tylko 

Tak wielu młodych, naprawdę fantastycznych rodziców boryka się z brakiem wiary. Sami nie wierzą w siebie, rodzina w nich nie wierzy, znajomi nie wierzą… Ciężko, bardzo ciężko wierzyć w siebie, gdy inni nie wierzą, poddają w wątpliwość nasze kompetencję, intuicję, sami wiedzą lepiej… To jest po prostu masakra, jak bardzo można podłamać fantastycznego człowieka brakiem wiary. Ja pierwszy raz ze sporym jej brakiem ze strony wielu osób zetknęłam się, zakładając mój sklep Elzonik.pl. Wielu próbowało mnie zniechęcić do jego uruchomienia i wbijało mi tym samym nóż w serce, bo nic tak nie napędza fajnych działań jak świadomość, że ktoś w nas wierzy, kibicuje, popiera to, co robimy. Fajnie od kogoś usłyszeć: „dobra robota!”, „świetnie ci idzie!”, „jesteś zajefajną mamą!” zamiast „to się nie uda!”, „znowu popełniasz błąd!”, „jak możesz postępować w ten sposób – to nie zadziała!”. Ale kurczę tak jakoś lubimy się skupiać na tym, co złe zamiast chwalić za to, co dobre, bo zazwyczaj jak coś robimy dobrze, to inni uznają to normę, standard, niegodny jakiejś specjalnej pochwały, a jak coś zrobimy źle, to potrafi wypominać się to sporo razy i przy tym już nie dostrzegać pozytywów. Komu nigdy w życiu nie powinęła się noga, niech pierwszy rzuci kamieniem, a kto chciałby czasem od kogoś usłyszeć: „jestem z ciebie naprawdę dumny” niech podniesie rękę. Dlatego też ja może zbyt często mówię Oliwii, że jestem z niej dumna, ale założyłam sobie, że będę się starać skupiać na tych dobrych rzeczach i je pielęgnować, a złe wrzucać w niepamięć zamiast rozpamiętywać w nieskończoność, jak to bywa, gdy ktoś zobaczy, jak powinie nam się noga. Wiele małżeństw przez to się rozpada – przez wzajemne obwinianie się i wypominanie w nieskończoność… Czasami w życiu trzeba wcisnąć reset i „uruchomić system ponownie”, z wykasowaniem wszelkich błędów z dysku.

PAMIĘTAJWielu ludzi będzie wiedziało najlepiej, co zrobić, ale to Ty najlepiej weźmiesz swoje życie we własne ręce.

Jasna kanapa przy małym dziecku? Naprawdę możesz ją mieć ;)

W każdym razie ja takową mam – jasnoszarą 😉 I przyznam szczerze, że przy wyborze kompletnie nie brałam pod uwagę tego, jak będę przeklinać, kiedy trzeba będzie z niej sprać jakiekolwiek plamy… Brałam pod uwagę wygodę jej użytkowania, bo tak się składa, że nasz salon jest także naszą sypialnią, no i cenę, bo wykończenie mieszkania  wykończyło też nasz budżet – dokumentnie.

Właściwie to od dziecka spałam na tapczanach i kanapach, więc i niespecjalnie przeszkadza mi brak osobnej sypialni z wielkim łożem małżeńskim. Niemniej staram się dbać również o komfort snu, więc kanapa musiała w moim przypadku spełniać pewne standardy wygody, o które wbrew pozorom nie tak prosto, a że jeszcze lubimy podejmować gości i mieć dla nich wygodne miejsce do siedzenia, to wybór padł na średniej wielkości narożnik o – jak mi się później wydawało – iście przeklętym kolorze.

W poprzednim mieszkaniu w salonie mieliśmy czarną kanapę i była ona bardzo funkcjonalna pod względem różnorodnych plam, bo prawie żadnych nie było widać… A nawet jeśli, to wystarczyło trochę wody z mydłem czy nawet chusteczka nawilżana, lekkie szorowanie i po kłopocie. Zresztą nadal ową kanapę mamy – po przeprowadzce odświeżyliśmy ją, wstawiliśmy do przestronnego pokoju naszej córy i teraz pełni funkcję dodatkowego miejsca do spania, kiedy mamy gości i trzeba ich gdzieś położyć, a na co dzień jest meblem, na którym układa się różne układanki czy ogląda książeczki.

Idąc tropem, że ciemne meble dość fajnie się sprawdzają przy małych dzieciach, na początku miałam nawet na oku narożnik w kolorze ciemnego granatu, niestety brakowało mu tej wygody, jaką mam obecnie przy moim jasnoszarym wyborze ostatecznym. Wyborze, na którym od początku roku toczy się większość życia i za dnia nie ma momentu, żeby nie natknąć się tam na żadną z zabawek naszej córki lub jakąkolwiek rzecz, którą na daną chwilę uważa za zabawkę (no dobra, zdarzają się takie momenty, kiedy śpi za dnia, ale już nie zawsze ma popołudniową drzemkę). Wyborze, na którym często ląduje nie do końca szczelny bidon (a czy w ogóle istnieją jakieś naprawdę superszczelne?) z sokiem rozrabianym z wodą, często takim zawierającym w składzie malinę lub truskawkę. Wyborze, który nie przetrwał nawet tygodnia nowego roku, a musiał być już gruntownie prany z plam, które na nim powstały i które były koszmarnie mocno widoczne na tapicerce.

Przeklinałam ten wybór strasznie właśnie ze względu na te wszystkie plamy. A już najbardziej przeklinałam w dzień, w którym szorowałam go bite 3 godziny „od A do Z”, a 5 minut po zakończeniu szorowania córka znowu rozlała na niego trochę soku. Serio, miałam ochotę wtedy wyć do księżyca, mimo że był właśnie sam środek dnia, i mój mąż doskonale wie, co mówię, bo potem on jeszcze kilka razy spierał różne plamy. I niby Vanish Gold do dywanów, ten wiecie co się sypie, wciera i odkurza, dawał w miarę radę, ale niestety nie było tak różowo jak na reklamie, gdzie sprzątanie wymaga zero wysiłku, a trzeba było się porządnie naszorować, a i tak uważam, że kiedyś tam, na pewno po odpieluchowaniu dziecka, wynajmę albo ekipę, albo sam odkurzacz piorący, żeby wszystko poodświeżać, bo efektu takiego na 100%, jakie bym chciała nie ma, choć jest bardzo zadowalający i niewprawne oko nie jest w stanie wychwycić jakiś naprawdę drobnych niedoskonałości, które jednak ja, wiedząc, że były tam wielkie plamy, dostrzegam od razu. No i nie same plamy są problemem, ale też to, że wszelkie zmoczenia niszczą kanapę i od środka, a przecież jest ona też moim łóżkiem na co dzień.

Na początku, w poszukiwaniu idealnej ochrony dla tapicerki, bardzo błądziłam. Wiedziałam od początku, że będę chciała na nią kupić koce w chociaż bardzo zbliżonym kolorze, jeśli nie identycznym, bo wtedy jednak kanapa mniej się niszczy, jest mniej narażona na działanie czynników zewnętrznych. Kupiłam więc ostatecznie 2 komplety po 2 koce, żeby objęły cały narożnik swoją ochroną – jeden w ciemno i jasnoszare paski rodem z Ikei (mogliście go zobaczyć na zdjęciu na mojej Facebookowej stronie we wpisie zapowiadającym ten wpis) i drugi – zaprezentowany na zdjęciu poniżej – o jednolitym szarym kolorze, nieco ciemniejszym niż sama kanapa, ale i dzięki temu nie widać na nim za bardzo plam.

Kanapa – jak już wspomniałam – przy dziecięcej aktywności – pusta być nie może, stąd widoczny bidon i kilkanaście silikonowych foremek do muffinków (swoją drogą bardzo polecam, jeśli lubicie piec muffinki!), które aktualnie są świetną zabawką do tworzenia różnorakich budowli rodem z dziecięcej wyobraźni 😉 Koc już swoje przeżył w ciągu tygodnia, ale absolutnie nic na nim nie widać, chyba żeby się naprawdę wnikliwie przyjrzeć, ale zwykle, żeby był czysty wystarczy na bieżąco przetrzeć nawilżaną chusteczką, natomiast swojego czasu, gdy był jeszcze jedyną ochroną narożnikowej tapicerki, to na nim mogło nie być praktycznie żadnych śladów (na tym z Ikei jednak widać bardziej, nad czym ubolewam), a pod spodem dział się armagedon i to taki, że chciało mi się płakać… I wtedy, w absolutnym poczuciu rozpaczy, wpadłam na genialny pomysł… Przecież istnieją podkłady nieprzemakalne na materac! Że też ja wcześniej na to nie wpadłam! Przecież używamy takich w łóżeczku dziecięcym i to od samego początku, dlaczego by ich nie dać na kanapę, pod koc?!

No i Eureka… Pełna nadziei postanowiłam w niedługim czasie zamówić 2 podkłady, po jednym na każdą część narożnika, żeby w ogóle sprawdzić, czy one się sprawdzą, ale jeszcze zanim zdecydowałam wpakować się w koszty (na aktualnym etapie życia, po rujnującym fundusze remoncie, liczy się każdy grosz), wpadłam na nieco mniej genialny pomysł, by pod szare koce dać 2 znacznie grubsze i tym samym zwiększyć barierę ochronną. To rozwiązanie coś tam dało, ale i tak trzeba było plamy spierać, fakt faktem mniejsze niż wcześniej, ale jednak… Ostatecznie więc wymierzyłam narożnik i zamówiłam podkłady odpowiadające wielkością jego częściom, w moim przypadku był to wymiar 80 x 160 cm. Wprawdzie gumki podtrzymujące, przez konstrukcję narożnika, mogłam zastosować tylko na jednej części i tylko w połowie, ale nie są one konieczne, jeśli mamy choć trochę zapasu, żeby wsunąć część materiału, albo jeśli odpowiednio dobrze nałożymy na podkłady koc, niwelując ryzyko jego przesuwania się. Warto kupić większe podkłady niż wymiar kanapy, na pewno nie warto kupować mniejszych, bo nie będą stanowić odpowiedniej ochrony.

Podkład ochronny to strzał w dziesiątkę!

I dla mnie oznaczał koniec koszmaru z wiecznym jechaniem na szczocie po tapicerce. Nagle okazało się, że mogę mieć ten wymarzony narożnik, o tym wymarzonym kolorze i nie muszę się martwić różnorakimi wpadkami. Nic nie przepuszcza! A mamy już za sobą sporo rozlanych soków, kakao i innych cieczy, niekiedy w ilości naprawdę sporej. Pewną drobną niedogodnością jest fakt, że część nieprzepuszczająca cieczy nieco szeleści jak ktoś na kanapie się poruszy i z natury jest śliska przez co nieco częściej trzeba poprawiać powstałe na kocach od siedzenia wygniecenia, ale uważam to za niewielką cenę za święty spokój, a po pewnym czasie nie zauważa się tego jako niedogodność. Zresztą zobaczcie sami jak wygląda podkład, a jak tapicerka pod nim po okresie intensywnego użytkowania. Dla mnie to czysta magia… A w każdym razie czysty narożnik i spokój w najczystszej postaci 😉

Okazało się, że najfajniejsze w tym przypadku rozwiązanie było już przeze mnie stosowane, właśnie we wcześniej wspomnianym łóżeczku. Tym bardziej jestem zła na siebie, że tak późno wprowadziłam je na salonowy narożnik, który, tak prawdę mówiąc, jest znacznie bardziej narażony na wszelkie zalania niż łóżeczko dziecięce, bo to na nim toczy się życie, o każdej porze dnia. Zapewne nie odkryłam Ameryki, zapewne część z rodziców wcześniej wpadło na to  rozwiązanie, ale jeśli ktoś potrzebował oświecenia w tym zakresie, a ja poddałam mu tym wpisem jakieś małe światełko – to naprawdę fajnie! 🙂

Mojemu narożnikowi już niestraszne dziecko, przeciekający momentami bidon, wylane wino czy inne takie 😉 I coś mi się wydaje, że dzięki temu posłuży nam dłużej 😉 A to dobrze, bo ta mała księżniczka na zdjęciu go uwielbia (nie tylko dewastować ;)).

I jeszcze taka porada na koniec… Jeśli już wybieracie tę wymarzoną kanapę, dobrze jest, jeśli poduszki mają ściągane pokrowce (z tego co zauważyłam to niestety rzadkość, przynajmniej w tej niższej półce cenowej) lub jeśli ich nie mają, to można je przerobić tak, by jednak miały. Ich pranie to też nic najprzyjemniejszego, a czasami i one są narażone na pobrudzenie, i to znaczne (jedna z naszych poduch została zrzucona przez córkę prosto na kałużę rozlanego soku). W naszych poduchach jeszcze zdejmowanych pokrowców nie ma (chociaż o dziwo jedna jedyna poducha będąca przedłużeniem oparcia ma pokrowiec na zamek), ale planuje coś pokombinować w tym zakresie. Zawsze fajniej wrzucić pokrowiec po prostu do pralki niż szorować całą poduszkę, bo musicie wiedzieć, że rzeczywistość prania takich rzeczy często nie jest tak różowa, jak pokazują to reklamy.

 

Współczesne zdobycze techniki a dziecko, czyli nie taki diabeł straszny, jak go niektórzy malują ;)

We współczesnym świecie różnego rodzaju technologie i ich zdobycze idą do przodu, niekiedy wręcz w zastraszającym tempie. To, co kiedyś wydawało się nieosiągalne, dziś rozwija się błyskawicznie, dając ludziom wiele możliwości. Osobiście uważam, że z tych możliwości warto korzystać na co dzień, w wychowywaniu dzieci także, jeśli tylko te wykazują zainteresowanie tematem. Moja córka zdecydowanie je wykazuje, a smartfon czy komputer i to, co można pokazać za ich pośrednictwem, nieraz pomagają nam na co dzień.

Dla mnie izolowanie dzieci od zdobyczy techniki jest zwyczajnie bez sensu, zwłaszcza w czasach, w których przyszło nam żyć. Ktoś powiedziałby, że kiedyś żyło się bez telewizora, komputerów, internetu, smartfonów, dzieci miały inne zajęcia, było super i da się bez tego i teraz żyć. Ja osobiście nie widzę możliwości życia bez komputera, internetu czy smartfona przy moim charakterze działalności, kiedy sprzedaję i oferuje usługi przez internet właśnie, a przy tym muszę mieć stały kontakt z klientami z różnych części kraju i jako że pracuję w domu, to i moja córka ma styczność z używanymi przeze mnie sprzętami. Zresztą ludzie, którzy piszą, że kiedyś dało się żyć bez komputerów robią to bardzo często za pośrednictwem internetu, więc już tutaj widzę pewną niezgodność 😉 Badania naukowe przekonujące o szkodliwości mediów względem dzieci też zresztą czerpią z sieci czy z programów telewizyjnych (o ironio!) Jeśli natomiast sami komputerów i telewizorów używają, a swoje dzieci bronią przed nimi tak zaciekle jak diabeł chroni się przed święconą wodą, to jest dla mnie hipokryzja…

Oczywiście moja córka jest jeszcze bardzo mała i ktoś mógłby powiedzieć, że telewizor, komputer i smartfon są ok, ale nie w tym wieku. Widziałam kiedyś nawet jakiś artykuł na temat tego, że telewizja działa na małe dzieci jak zło wcielone i je ogłupia. No fakt, jak puścić niektóre obrady polityczne, to każdy może poczuć się ogłupiony… Bez względu na wiek 😉 Ale już tak całkiem serio, ja jakoś nie czuję się ogłupiona z tego tytułu, że i w moim dzieciństwie od początku gościł telewizor i to często włączony, a pewne anomalia w moim mózgu wynikające z MPD nie są skutkiem wgapiania się w ekran, po prostu je mam – od zawsze 😉

W dzieciństwie przechodziłam okres fascynacji reklamami (wielką sympatią swojego czasu darzyłam misia z reklamy Coccolino), a nawet brazylijskimi telenowelami, czego do dzisiaj nie mogę zrozumieć 😀 Nie wyżarło mi to części mózgu i nie zabiło we mnie niczego, co cenne. Nie pozbawiło też chęci do inicjowania dziecięcych zabaw i jakimś cudem, mimo oglądania telewizji, odkąd pamiętam ceniłam książki. Zresztą z opowiadań mojej mamy wiem, że na roczek wybrałam książeczkę z gąszczu innych przedmiotów mi przedstawianych i dziwnym trafem moja córka na swoim roczku dokonała identycznego wyboru.

Telewizja (dawkowana w granicach zdrowego rozsądku) naprawdę nie zabijaYouTube może być źródłem ciekawych odkryća dziecięce piosenki puszczane dzięki Smart TV mogą być źródłem świetnej zabawy ruchowej.

I przykładem tego jest właśnie moja córka.

Jej miłość do świnki Peppy (całkiem przypadkiem odkryliśmy, że bardzo lubi tę bajkę), której poszczególne odcinki trwają oszałamiające 5 minut, a chyba nawet i nie, nie zabiła w niej miłości do zabawy czy odkrywania świata poprzez oglądanie obrazków z książeczek, których z racji mojej miłości do słowa pisanego już teraz ma mnóstwo. Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego miałabym jej zabronić oglądania czegoś, co przeznaczone jest dla dzieci i sprawia jej trochę radochy, a mnie pozwala chociażby załadować zmywarkę w spokoju i bez obawy, że dziecko zaraz sobie zrobi krzywdę jakimś widelcem albo nożem? Wiem, wiem, ludzie się czepiają, że świnka Peppa ogłupia i inne takie, zupełnie tak samo jak potrafią czepiać się Teletubisia, że jest homoseksualistą (akurat Teletubisie od zawsze uważam trochę za pranie mózgu dla dzieci, więc córce nie puszczam, ale to moje zupełnie subiektywne zdanie ;)) czy Kubusia Puchatka o to, że chodzi bez gaci, mimo że to świetna bajka od wielu, wielu lat, a misiowi nie widać żadnych narządów intymnych – wszak jest przecież maskotką, a czy pluszowe misie kupowane w sklepie mają majtki? Niektóre może tak, różne ubranka zabawki przyodziewają, ale nie popadajmy w jakieś niezdrowe paranoje… Zresztą jak człowiek czegoś chce się uczepić, ZAWSZE znajdzie jakiś pretekst, choćby chodziło o Matkę Teresę z Kalkuty, którą notabene z ciekawości wpisałam w wyszukiwarkę Google i oto, co mi wyskoczyło:

Moja córeczka, oprócz wspomnianej tu miłości do Peppy (przejściowej i dziecięcej, ja też miałam ulubionego bohatera dzieciństwa, cyklicznie zmienianego wraz z wiekiem), kocha książeczki – na razie oglądać, potem mam nadzieję, że czytać i że to będzie taka miłość na długo, a nawet na wieczność. Obie jesteśmy przykładem, że media wcale nie muszą zabijać innych zainteresowań, a oglądanie ruchomych obrazów na ekranie nie zabija chęci poznawania tych wydrukowanych i historii, które im towarzyszą (bo Oliwka jeszcze czytać nie umie, ale ja jej czytam i głęboko wierzę, że rozumie, a przynajmniej bardzo się cieszy, gdy to robię).

Ponadto moja córka kocha utwory operowe w wykonaniu Emmy Shaplin – bije do nich brawo, cieszy się, ogląda w takim skupieniu, że aż trudno uwierzyć, a gdy jest zmęczona, spokojnie zasypia przy ich akompaniamencie. Skąd jej się akurat to wzięło, nie wiem, bo ani ja, ani mąż nie pałamy jakąś super miłością do opery, choć bezdyskusyjnie utwory operowe są piękne… Jak więc odkryliśmy tę miłość? Też całkiem przypadkowo, bo mąż miał nagrany jakiś remix z wplecionym utworem Spente Le Stelle w wykonaniu Emmy i zauważyliśmy, że Oliwia reaguje na niego bardzo entuzjastycznie. Dzięki portalowi YouTube dotarliśmy do oryginału, który wzbudził już naprawdę wielki zachwyt, podobnie jak inne utwory tej artystki. Dzięki YouTube zresztą odkryliśmy też, że córka kocha również muzykę, jak i teledysk ukryty pod nazwą Wintergatan – Marble Machine (zachęcam do odsłuchania, bo maszyna, na której chłopak gra, jego konstrukcji zresztą, jest naprawdę niesamowita i naprawdę przyjemnie się ogląda). Te wszystkie kuleczki i mechanizmy pokazane na filmiku z tym utworem działają na nią hipnotyzująco i wzbudzają chęć do tańczenia. Gdyby nie internet i urządzenia, dzięki którym mogę odtwarzać internetowe materiały, prawdopodobnie, nigdy nie odkryłabym tych fascynacji mojej córki, która swoją drogą nie wykazuje praktycznie żadnego zainteresowania, gdy słyszy i widzi teledyski disco polo, uwielbiane przecież przez wiele dzieci…

Poza przedstawionymi przykładami utworów, Oliwia lubi też piosenki dziecięce, które puszczane u nas na telewizorze za pośrednictwem aplikacji w Smart TV zachęcają ją do aktywności ruchowej, odwracają uwagę od nieprzyjemnych zdarzeń (ukojeniem były jeszcze za czasów niemowlęcych problemów brzuszkowych) i wprowadzają do domu ogólną wysołość i mnie przenosząc częściowo do krainy dzieciństwa. Jak mogę uważać za coś złego, przepięknie nagrane piosenki dla dzieci, wzbogacone prześlicznymi, kolorowymi obrazami? A nie mogłabym korzystać z ich dobrodziejstw bez posiadania komputera, telewizora czy smartfona, moje dziecko nie poznałoby ich, gdybym zamknęła je na zdobycze techniki jak to robią niektórzy rodzice.

Nie zliczę, ile razy zmieniłam dziecku pieluchę bez zbędnej szarpaniny i płaczu, dając mu smartfona, na którym wyświetlała się jakaś ciekawa animacja, czasami odcinek świnki Peppy zwyczajnie ratuje mnie przed przedwczesnym padnięciem na twarz, bo sprawia, że córka skupia się na bajce, a nie na nielimitowanym szaleńczym biegu po całym domu (nie mówię, że to złe, dzięki bieganiu za córką chudnę xD, ale mnie baterie wyczerpują się jednak często wcześniej niż jej) czy chęci dostania się do kuchni, gdzie akurat jest gorący piekarnik, bo szykuje się jakieś jedzenie…

Oczywiście we wszystkim należy zachować granice zdrowego rozsądku. Przesadzanie z dostępem dziecka do mediów poprzez nieograniczanie czasu korzystania z poszczególnych sprzętów nie jest dobre, podobnie jak nie jest dobra całkowita izolacja. Taki już po prostu jest świat, trudno już go sobie wyobrazić bez nowoczesnych technologii i innowacyjnych urządzeń, a trzeba pamiętać, że wciąż będzie parł do przodu w tym zakresie. Całkowita izolacja dzieci od zdobyczy techniki jest bez sensu i w dłuższej perspektywie może wręcz działać na szkodę, bo prędzej czy później dziecko będzie musiało zmierzyć się z nowoczesnością i może się okazać, że jest daleko w tyle względem swoich rówieśników, którzy np. poprzez dobre (i też zdroworozsądkowe oczywiście!) zaznajomienie z tematem lepiej poradzą sobie w przyszłości na rynku pracy.

Nawet współczesne zabawki dla dzieci to często dostosowane do ich wieku sprzęty typu laptop, smartfon, tablet, mające określony walor edukacyjny. Nawet producenci zabawek rozumieją, że świat idzie do przodu, że nie warto odcinać się od tego procesu. Moja córka przy całym bogactwie książeczek ma swój zabawkowy laptop i smartfon (przeznaczone dla dzieci od 6 miesiąca życia!), tablet też (ten akurat rekomendowany od 12 miesiąca, choć kupiliśmy go wcześniej) i uwielbia te i inne zabawki interaktywne, kochając jednocześnie te bardzo tradycyjne zabawki typu piramidka do układania, klocki czy kultowy wręcz bączek do puszczania (który swoją drogą ma różne wcielenia, te bardziej współczesne też, ale córka ma taki, który i ja pamiętam ze swojego dzieciństwa).

Współczesność i jej owoce nie muszą zabijać tego, co bardziej tradycyjne – te dwie rzeczy mogą ze sobą współistnieć i się uzupełniać na drodze wychowania dziecka na dobrego człowieka, o odpowiednich wartościach. Bajki oglądane za pośrednictwem telewizji  mogą być prawie równie cenne jak te książkowe, nieść radość i określone wartości (nawet ze świnki Peppy, uważanej w niektórych kręgach za ogłupiającą, można wyciągnąć coś cennego – to kwestia odpowiedniej interpretacji) gry komputerowe dostosowane do wieku mogą być źródłem cennej wiedzy, wykształcać cenione umiejętności… I tak dalej… Przykłady można mnożyć… Ważne, żeby dzieci miały dobrych przewodników w swoich rodzicach czy opiekunach i ja takim przewodnikiem chcę być, a nie strażnikiem blokującym dostęp do czegoś, co prędzej czy później dziecko na swojej drodze spotka, a wtedy dopiero może poczuć się prawdziwie zagubione.

Dziecko i szynszyle pod jednym dachem – czy to może się udać?

Może 😉 W końcu na tym blogu macie na to przykład 😉 Ale uważam, że warto sprawę postawić jasno – takie rozwiązanie nie jest dla każdego i jeśli tylko jest się bezdzietnym, i przy tym chce się przygarnąć szynszyle, ale ma się świadomość, iż w przyszłości dzieci się pojawią, warto przemyśleć kilka razy swój pomysł przygarnięcia zwierzęcia (każdego, nie tylko szynszyli), chociażby pod kątem jego późniejszych relacji z dzieckiem. Pozwala to uniknąć wręcz nagminnych sytuacji, kiedy słyszy się o tym, że ktoś dziecka się spodziewa i już wtedy, lub niedługo po jego urodzeniu, zaczyna szukać nowego domu dla swojego dotychczasowego pupila bądź (o zgrozo!) wyrzuca go na bruk.

Dla mnie zwierzaki zawsze były, są i będą członkami rodziny, a członków rodziny, niezależnie od gatunku, się nie pozbywa, ot tak po prostu, jakby stanowili jakieś dobro materialne. To ciekawe, że tyle się słyszy o oddawaniu zwierzaków z racji powiększenia rodziny, a jeszcze nie zdarzyło mi się słyszeć, żeby ktoś postanowił oddać swoje dziecko do adopcji, bo nagle zamarzył o tym, by przygarnąć psa, kota, szynszylę itp.

Ja, przygarniając szynszyle pod dach swojego domu, wiedziałam, że w przyszłości w domu tym pojawi się także przynajmniej jedno dziecko i trzeba będzie to pogodzić. Właściwie to uważam, że dobrze jest wychowywać dzieci ze zwierzakami u boku – to uczy empatii, odpowiedzialności, wrażliwości… no i dom jest przy tym pełniejszy, weselszy… Nie do pomyślenia jest dla mnie, żeby pozbywać się szynszyli tylko dlatego, że moja córka pojawiła się na świecie. Oczywiście mam też świadomość, iż życie pisze naprawdę przeróżne scenariusze i pewnych wydarzeń naprawdę nie można przewidzieć, jak np. bardzo ciężkiej reakcji alergicznej dziecka na dane zwierzę, która faktycznie może zmusić do oddania pupila w inne ręce. Niestety mam też świadomość, że takie bardzo uzasadnione przypadki, nierzadko łamiące serce, są jedynie pewnym odsetkiem w gąszczu wszystkich przypadków, gdy zwierzaki opuszczają łono rodziny, do której tak naprawdę powinny należeć do końca swych dni.

Zwierzę to ŻYWA ISTOTA, która CZUJE i za którą BIERZEMY ODPOWIEDZIALNOŚĆ, a nie rzecz, której można się pozbyć, gdy się znudzi, gdy zacznie stwarzać problemy, być zbędnym balastem w świetle pewnych wydarzeń życiowych… Warto zwierzaki darzyć miłością i dać im szansę na wspaniałe relacje z ludźmi, których kochamy, którzy tworzą z nami wspólny dom – one też powinny być częścią takiego kochającego domu – nieodłączną, wspaniałą, niosącą cenną naukę życiową i doświadczenie. Jeśli nie potrafi się docenić domowych pupili za to, czym mogą wzbogacić relacje międzyludzkie, a traktuje się ich tylko jako dodatek do życia, z którego można zrezygnować w każdym momencie, nie powinno ich się w ogóle przyjmować pod swój dach. Wtedy lepiej kupić sobie jakąś przesłodką maskotkę, której faktycznie będzie można się pozbyć, gdy się znudzi 😉

Wiecie, że jednym z najczęściej padających  w rozmowie pytań, gdy rozmówcy wiedzieli, że jestem w ciąży było: „a co teraz z szynszylami?” Niektórzy pytali z ciekawości, po prostu w kontekście tego, jak zamierzam teraz to wszystko ogarnąć, dla innych wręcz nie do pomyślenia było fakt, że można pogodzić opiekę nad dzieckiem z samym faktem obecności szynszyli pod jednym dachem. Ta druga grupa pytających nigdy nie powinna mieć w swoim domu zwierząt, przynajmniej moim zdaniem. Tej pierwszej grupie nakreślałam swój światopogląd, który nakreślam i tutaj.

W moim mniemaniu naprawdę fajnie mieć za członka rodziny jakiegoś zwierzaka, ale trzeba mieć też świadomość, że obok tych fajnych momentów zdarzają się też te mniej pożądane, z którymi nie każdy jest gotowy się zmierzyć. Ja akurat za towarzyszy życiowych wybrałam szynszyle, które w swojej naturze są zarówno cudowne, jak i dość kłopotliwe i zdecydowanie nie są zwierzakami doskonale wpisującymi się w każdą rodzinę, nawet jeśli jej członkowie uważają się za zwierzolubów. Warto zdać sobie sprawę, że szynszyle nie są osobnikami znajdującymi się w gronie zwierząt polecanych dla dzieci, a jeśli ktoś uważa, iż powinny się tam znaleźć, to raczej nie jest realistą… Choć to nie oznacza, że szynszyle i dzieci nie mogą tworzyć zgranej paczki. Oczywiście, że mogą, ale na określonych warunkach, które wielu osobom mogą nie odpowiadać, bo po prostu oczekują czegoś innego od relacji: zwierzak – dziecko.

Dlaczego generalnie nie polecam szynszyli jako zwierząt dla dzieci?

Z prostej przyczyny – po prostu z natury nie są to zwierzęta skore do przytulania, miętoszenia, do tego, by być partnerem zabaw dla dziecka, a raczej stworzone do tego, by je obserwować. Oczywiście zdarzają się wyjątki – znam też szynszyle bardzo miziaste, które uwielbiają się tulić, niektóre zaczynają kochać tulenie wraz z wiekiem, choć też nie na człowieczych, a swoich warunkach – ale jak wiadomo wyjątki jedynie potwierdzają regułę, a przyszłość jest nieznana, więc  nie decydowałabym się na przygarnięcie szynszyli na zasadzie „może będziemy mieli szczęście i trafi nam się bardziej mizialski egzemplarz” lub „wychowamy go tak, aby z czasem stał się taki, jaki chcemy”. Szynszyli raczej wychować po swojemu się nie da – można je czegoś nauczyć – to jasne. W internecie nawet gdzieś krążą – a przynajmniej kiedyś krążyły – filmiki, na których szynszyla wykonuje wyuczone sztuczki, ale co innego nauczyć jakiegoś triku, określonej reakcji na coś, traktując to jako zabawę i zachowując przy tym stosowny szacunek wobec zwierzęcia w myśl zasady „nic na siłę”, a co innego całkiem próbować zmienić naturę zwierzęcia, przymuszać je do czegoś w imię zaspokojenia swoich ambicji. Jeśli będziesz próbować na siłę zmienić osobowość szynszyli, próbować ją dopasować do swoich oczekiwań, niezgodnych z jej naturą, będziesz miał jedynie zastraszoną szynszylę, a nie pupila rodem ze swoich snów.

Dlaczego uważam, że nie każdy dorosły, a zwłaszcza rodzic, może mieć cierpliwość do szynszyli?

Bo dorośli też mogą oczekiwać od swoich pupili tego, czego zazwyczaj oczekują dzieci – wzajemnego tulenia, oddanego towarzystwa, nie takiego na zasadzie chodzenia własnymi ścieżkami (to akurat szynszyle opanowały nader świetnie), a takiego na zasadzie podążania za opiekunem, wspólnych zabaw itp.

Ponadto jest jeszcze kilka kwestii, z którymi trzeba się zmierzyć, mieszkając z szynszylami pod jednym dachem, a które mogą stanowić powody do wiecznej frustracji:

1. Konieczność wypuszczania szynszyli na wybiegi (poza klatkę) – nie każdy ma siłę i czas – zwłaszcza zabiegany, ogarniający milion spraw rodzic, z dziećmi i ich potrzebami na głowie – na organizację wybiegów szynszyli. W tym przypadku nie wystarczy jedynie otworzyć klatki i „hulaj dusza, piekła nie ma”. Szynszyle na wybiegu trzeba nadzorować, bo czasami wpadają na takie pomysły, że aż dziwne, że mieszczą je wszystkie w tak małej głowie… No i do tego lubią niszczyć sprzęty domowe – kable, meble itp. – cały teren przeznaczony na ich wybieg należy stosownie zabezpieczyć, aby jak najbardziej zminimalizować ryzyko wystąpienia jakichkolwiek szkód, czy to względem naszych sprzętów, czy względem zdrowia samego zwierzaka. U nas to cały rytuał, wprawdzie obecnie już dość krótki, bo mamy wprawę, ale jednak nie można powiedzieć, że niekłopotliwy. No i żadne zastosowane zabezpieczenie nie daje stu procent gwarancji na to, że nic niepożądanego się nie stanie.

2. Konieczność częstego sprzątania – nieodłączny element posiadania szynszyli. Szynszyle brudzą i w swojej klatce, i poza nią. Bobki zostawiają dosłownie wszędzie, gdzie tylko się dostaną i nie ma możliwości, aby było inaczej, ponieważ po prostu same nie umieją tego kontrolować. Ja to się często śmieje, że z tego mieszkania kiedyś tam się wyprowadzimy, ale zostawimy w nim na pamiątkę bobki naszych szynszyli, bo po prostu nie ma opcji, żeby chociaż jeden nie umknął naszej uwadze, zwłaszcza, że pod meblami przestrzeń ciężko dostępna do sprzątania. Karma i siano poza klatką to też raczej standard, zawsze coś tam wokół klatki się naśmieci, a przy małym dziecku to dość kłopotliwe. Kiedy córa zaczęła już przemieszczać się po domu, odkrywać swoje otoczenie, przechodziła okres fascynacji szynszylowymi śmieciami wokół klatki (z którego na szczęście już wyrosła) i sprzątać trzeba było wręcz na okrągło… No i szynszylowe kąpiele piaskowe też nie przyczyniają się do porządku, a trzeba pamiętać o nich regularnie dla zachowania ładnego futra szynszyli.

3. Hałasy nocne i właściwie nie tylko nocne, bo skakanie po półkach w klatce czy też bieganie na gryzoniowej karuzeli (którą warto w lokum szynszyli mieć z racji sporej potrzeby ruchu tych zwierząt) do najcichszych czynności nie należą, bez względu na porę dnia. Nie każdy jest w stanie się do tego przyzwyczaić i zaakceptować, zwłaszcza jeśli nie ma takich możliwości lokalowych, aby szynszyle przebywały w pokoju, w którym nikt nie śpi. My z mężem akurat swoje łóżko, a właściwie kanapę z funkcją spania (jako że niestety nie mamy jako takiej sypialni), mamy akurat w pomieszczeniu, w którym znajdują się też szynszylowe klatki i przyznam, iż zwierzaki czasem nas budzą, zwłaszcza jak o coś się wzajemnie kłócą (co się zdarza jak ma się więcej niż jednego osobnika, a wręcz trzeba mieć więcej niż jednego, bo to zwierzaki stadne) ale da się przeżyć 😉 Natomiast wcale nie dziwi mnie fakt, że właśnie hałasy najbardziej martwiły naszych bliskich w kontekście naszego dziecka. Ja nie martwiłam się aż tak, bo córka ma swój osobny pokój, w którym śpi, aczkolwiek, kiedy już pojawiła się na świecie, okazało się, że  jest istotką, której od pierwszych dni hałasy szynszylowe nie przeszkadzały, a jak już usnęła to mógłby nawet koło niej czołg przejechać… Takiego dziecka życzyłabym każdemu, ale jak wiadomo nie wszystkie dzieci są takie. Niektóre dość łatwo się wybudzają, warto więc przemyśleć swoją chęć posiadania szynszyli pod tym kątem. Na pewno nie zalecałabym ich rodzinie czy ludziom myślącym o powiększeniu rodziny w przyszłości, mieszkającym w kawalerce, w której jest jeden pokój i nie ma możliwości odizolowania hałasu od miejsca odpoczynku dziecka.

4. Konieczność przeznaczenia sporej ilości miejsca na szynszylową klatkę, bo nie oszukujmy się, ale w przypadku tych zwierząt im klatka większa / wyższa, tym lepsza. Warto się zastanowić czy warunki lokalowe pozwalają na wygospodarowanie odpowiedniej ilości miejsca tak, aby wszyscy domownicy czuli się komfortowo i jakoś sensownie to wszystko rozwiązać. Nie od dziś wiadomo, że dzieci, nawet te najmniejsze, wiążą się z ogromną ilością akcesoriów pochłaniających mieszkalną przestrzeń. Mam jedną córkę, a liczba jej rzeczy jest wręcz zatrważająca. Jej obecność widać w każdym pomieszczeniu w mieszkaniu, bo wszędzie znajdują się jakieś dziecięce gadżety. Szynszylowe akcesoria też zajmują niemało miejsca, zwłaszcza kiedy trzeba zrobić zapasy. Już samo siano, które jest podstawą diety szynszyli nierzadko objętościowo wypełnia sporą przestrzeń, a do tego dochodzi jeszcze mnóstwo innych smakołyków i suszonych ziół czy akcesoriów wymagających przechowywania. Jeśli się do tego nie podejdzie odpowiednio logistycznie, a pójdzie się „na żywioł” i po prostu przygarnie zwierzaka, może się okazać, że konieczne dla niego wyposażenie na tyle ograniczy naszą przestrzeń, że my sami zaczniemy się dusić, a dzieci, które już z nami są lub mają się pojawić, nie będą miały wystarczająco dużo miejsca do zabawy i frustracja gotowa. Należy pamiętać, iż każdy domownik ma prawo do swojej strefy komfortu i do satysfakcjonującej przestrzeni życiowej.

5. I co chyba najważniejsze, konieczność akceptacji natury szynszyli, które jako gryzonie mają tendencję do powodowania zniszczeń, przy czym są ogromnymi indywidualistami, często chodzącymi własnymi ścieżkami, wykazują się ogromnym sprytem w łobuzowaniu i mają milion pomysłów na minutę. Radzenie sobie z ich charakterami jest nie lada wyzwaniem – wyzwaniem nie dla ludzi, którzy od zwierzaka oczekują bezgranicznego posłuszeństwa, oddania i spokojnego stylu bycia… i w dodatku wyzwaniem na parę ładnych lat, bo szynszyle cieszące się dobrym zdrowiem mogą przeżyć przeszło 20 lat…

Kwestii wymagających przemyślenia jest naprawdę dużo. Tutaj wymieniłam takie kilka newralgicznych punktów, budzących zwykle wiele obaw i często stanowiących argumenty przeciwko  wspólnemu bytowaniu dzieci i szynszyli – bo przecież szynszyle muszą biegać po mieszkaniu, a nie wiadomo jak dziecko na takie bieganie zareaguje, bo przecież ciągle śmiecą, a małe dzieci mają tendencję do zbierania śmieci, bo hałasują i to na pewno przeszkadza w odpoczynku, bo zajmują przestrzeń, którą można dziecku przeznaczyć do zabawy, bo niszczą i psują, a bo to generalnie nie jest zwierzątko do przytulania [choć jak już wspomniałam zdarzają się wyjątki] I nie mówię, że są to argumenty nietrafne, jakaś logika w tym jest, natomiast miłość często jest zjawiskiem totalnie nielogicznym i dla miłości jesteśmy w stanie zrobić wiele. Ja marzyłam o szynszylach długo zanim w końcu przyszedł czas, w którym faktycznie mogłam je mieć. Odkąd dowiedziałam się o istnieniu tych zwierząt, fascynowały mnie. Chciałam mieć je w swojej rodzinie, z całym tym „balastem”, który dla wielu może stanowić problem. Uwielbiam je całym sercem i wiem, że z takimi zwierzakami po prostu nie można się nudzić 🙂

Dlaczego uważam, że warto wychowywać dzieci z szynszylami i nie warto się szynszyli pozbywać, gdy pojawia się dziecko?

Ano, dlatego że niewiele rzeczy jest tak fajnych jak obserwacja rozkwitu przyjaźni mojej córki i szynszyli. Właściwie to jej pierwsze, nieśmiałe kroczki były skierowane do szynszyli, a gdy jeszcze nie chodziła, ale już przemieszczała się z punktu A do punktu B, to zawsze, co wieczór zajmowała miejsce przy klatce, by oglądać szynszylowe harce. Aktualnie, kiedy tylko widzi w klatce jakieś poruszenie, od razu biegnie zajrzeć, co u szynszyli słychać i ogromnie się cieszy na ich widok, a jej uśmiech jest dla mnie najpiękniejszy na świecie. Próbuje się też z szynszylami dzielić różnymi przedmiotami czy jedzeniem, a mnie serce się kraje, kiedy nie mogę jej pozwolić, by karmiła szynszyle swoimi naleśnikami czy jajecznicą, bo wiem, że dzieli się z tymi, których darzy szczerą sympatią. Wspólnie z nami uczestniczy też w szynszylowych wybiegach, nie narzucając się zwierzakom, a obserwując ich harce i od czasu do czasu nieśmiało dotykając rączką ich futra. Pod naszym okiem uczy się odpowiednich zachowań w stosunku do swoich braci mniejszych, empatii i współistnienia z istotami innego gatunku – I TO JEST NAPRAWDĘ PIĘKNE! Tym piękniejsze, że lubi szynszyle z wzajemnością, bo te zawsze wybiegają jej na spotkanie, kiedy się zbliża, czasami nawet poiskają po paluszkach, co jest wyrazem najgłębszej sympatii, a u córy wzbudza niepohamowaną wręcz radość i magiczne iskierki w oczach. Tak, jest magicznie… Początki były trudne, trzeba było wdrożyć w życie nową sytuację, teraz jest magicznie, radośnie, po prostu szczęśliwie – i nie wyobrażam sobie, żeby kogoś w tej zgranej drużynie mogło zabraknąć.

Fajnie będzie mieć takie zdjęcia w rodzinnym albumie i takie fajne wspomnienia w głowie… 😉

A jeśli ktoś jeszcze nie zapoznał się z gromadką moich zwierzaków to zapraszam TUTAJ 🙂

Chwila beztroski potrzebna od zaraz!

Pranie wisi na suszarce już trzeci dzień, mimo że wyschło w ciągu dwudziestu czterech godzin, w kolejce do prasowania czeka cała sterta ciuchów, a wszędzie wokół widać rzeczy porozrzucane w ciągu dnia przez łobuzerskiego roczniaka, który jakoś nie chciał zasnąć, a kwadrans przed północą zrobił awanturę życia o smartfon, który akurat wydał dźwięk połączenia przychodzącego, bo szanowny mąż pozostający w pracy na nocce stracił poczucie czasu i akurat postanowił sobie beztrosko zadzwonić…

Znacie ten stan? Lub trochę inne jego pochodne… Jeśli jesteście mamami to na pewno takie dni się zdarzają, a jeśli do tego jesteście mamami realizującymi się zawodowo w zaciszu domowym, których obowiązki (nie tylko te domowe) piętrzą się jak szalone, to już w ogóle mogę wyczuć w Was prawdziwie bratnią duszę. Wpis, który zaplanowałam na dziś miał być zupełnie inny i traktować o innych sprawach niż zmęczenie, ale… jestem zbyt zmęczona, aby poruszać bardziej rzeczowe tematy 😉

Po takim dniu jak ten miniony mam ochotę wyjechać gdzieś daleko, nie martwiąc się o nic… Ile ja bym dała za godzinkę leżakowania w słońcu, z chłodnym piciem w ręku i bez żadnych ciemiężących obowiązków… MILIONY! Chociaż aktualnie to nie za bardzo mnie na to stać 😉 Mam wrażenie, że marzę o czymś zupełnie niemożliwym , mając jednocześnie przed oczami ogrom obowiązków, które czekają w kolejce na spełnienie…

Ach, jak ja zazdroszczę tym, którzy aktualnie przebywają na urlopach gdzieś nad morzem… Ostatni raz na taki wyjazd mogłam sobie pozwolić przed ślubem, w 2013 roku, a tak bardzo kocham morze… Mam nadzieję, że w przyszłym roku się uda. Tak bardzo chciałabym pokazać morze córce, bawić się z nią na plaży… I w nosie mam to, że niektórzy twierdzą, że urlop z dzieckiem to nie urlop. Czerpanie radości z zabawy z córką, bez jednoczesnej presji, by dbać jeszcze o milion rzeczy na raz, to dla mnie coś tak wielkiego i wymarzonego jak dla niektórych np. lot na księżyc.

Ach, te moje przyziemne marzenia…

Pani z zoologa też człowiek 😉 I mimo że kocha swoje życie ze wszystkimi jego cieniami też ma potrzebę resetu systemu.

Nigdy nie ukrywałam, że – na tle niektórych dzieci – moja córka jest wręcz hipergrzeczna i aż boję się myśleć, co by było gdyby mniej grzeczny egzemplarz mi się trafił i urządzał galimatias praktycznie codziennie… Ale nawet przy jednym dziecku, raczej z reguły grzecznym można mieć momenty, kiedy chciałoby się wyskoczyć przez okno, zwłaszcza gdy inne obowiązki się nawarstwiają…

I powiem szczerze, że wkurzają mnie nieraz licytacje mam na temat tego, która ma prawo być bardziej zmęczona… a bo przy jednym dziecku to wstyd, a to jak nie pracuje i na głowie ma TYLKO dom i dzieci to czego marudzi, a to jak pracuje i przy tym wychowuje dziecko to jej wybór i tym samym odebrała sobie możliwość publicznego ogłoszenia, że nie wyrabia – ma to, co chciała… Przykre, że tak wiele mam nie jest dla siebie oparciem w takich sytuacjach, a tylko się licytuje, kto ma gorzej, a w tym „wyścigu” nie da się nigdy jednoznacznie wyłonić zwycięzcy… Otóż każdy ma prawo do gorszych dni, do przyznania, że nie wyrabia, że choć przez chwilę chciałby być na tyle samolubny, że bez wahania poleciałby na drugi koniec świata odpocząć od wszystkiego.

Każdy zaangażowany rodzic to bohater, który czasem potrzebuje doładować baterie. I nie chcę tu wyróżniać ani matek, ani ojców jako grupy, bo różnie się życie plecie i różnie te proporcje obowiązków się rozkładają… Zazwyczaj to kobiety dźwigają ponad siły i walczą z codziennością, mając oczy na zapałki, ale nie zawsze… Bez względu na to, kogo dotykają gorsze dni, takie, w których wręcz pada na twarz, zasługuje na wsparcie i to nie takie polegające na poklepaniu po pleckach i mówieniu: będzie dobrze, ale na takie, które faktycznie da mu furtkę do naładowania baterii.

Ja to nie wiem, kiedy naładuje swoje. Mam plan, by wydelegować męża z córką na długi spacer, ale właśnie wtedy będę nadrabiać zaległości, usiądę nad pracą, bo mam świadomość jak wiele trzeba zrobić czy to przy firmie, czy przy domu… No i tyle tematów do zrealizowania tu w kolejce 😉 Tematów, które myślę, że mogą rozjaśnić pewne sprawy 😉 Ale odkąd piszę tutaj w miarę regularnie, to czerpię z tego masę radości i nie traktuje jak przykrego obowiązku.

A marzenia? Wiem, że się spełniają, więc i to o odpoczynku na pełnym luzie się spełni. I bynajmniej nie mam tu na myśli odpoczynku na cmentarzu, kiedy już trzeba będzie pochować mnie do piachu 😉

Tymczasem idę choć trochę ogarnąć armagedon, jaki mam wokół, żeby jutro uczynić to samo 😉 To jak syzyfowa praca, tylko, gdyby jej nie wykonywać, to nie mielibyśmy do czynienia z codziennym armagedonem, ale z totalną apokalipsą, od której nie ma ucieczki…

PS: Dziś moja córka po raz kolejny doglądała z ciekawością szynszyli i nawet próbowała się z nimi podzielić ulubioną zabawką… Serce mi rośnie, gdy widzę taki obrazek…

PS 2: Gdy źle na duszy, a zmęczenie wydaje się górować nad całym naszym jestestwem warto przywoływać takie miłe obrazki – to pomaga, mi lepiej niż kawa, za którą notabene nie przepadam…

PS 3: Gdy teraz przywołałam w myślach ten obrazek, wszelkie zmory straciły na znaczeniu…

Takich obrazków, do których warto wracać, z całego serca Wam życzę! 

Ile razy…

 Nie zliczę, ile razy czułam się niepewnie…

Ile razy z powodu tej niepewności płakałam…

Ile razy martwiłam się i denerwowałam niepotrzebnie…

Ile razy błądziłam w gąszczu dobrych rad…

Ile razy próbowałam wszystko logicznie poskładać,

a za chwilę ustalony ład rozpadał się jak domek z kart…

Chyba każdy miał choć cień wątpliwości, czy da sobie radę w roli rodzica, zostając nim po raz pierwszy… Ja miałam takie momenty, kiedy czułam, że nad moją głową zbiera się pełno gradowych chmur. Bardzo pragnęłam i wyczekiwałam mojego dziecka, ale to nie znaczy, że nie miałam prawa czuć się zagubiona w nowej sytuacji, zwłaszcza kiedy zdawało się, że wszyscy wokoło wiedzą, co jest najlepsze dla mojego dziecka, a ja jestem niczym szara, totalnie niedoświadczona gęś… Może i inni tak nie myśleli, a może myśleli – nieważne, po prostu sama tak się czułam… Na początku swojej drogi. Zresztą nadal czasami błądzę – rzecz ludzka, nieunikniona… Ale…

Nie zliczę też, ile razy zalała mnie fala miłości…

Ile razy uścisk mojego dziecka chwycił mnie za serce…

Ile najszczerszych uśmiechów córeczka mi posłała…

Iloma buziakami mnie obdarowała…

Ile razy smutek w radość obróciła…

Ile razy moją duszę uskrzydliła…

Dla takich właśnie razów naprawdę warto żyć, puszczając w niepamięć te nieco gorsze chwile. To w tych pozytywnych razach tkwi kwintesencja rodzicielstwa. Tak myślę.

8 czerwca 2017 roku moja córeczka skończyła roczek. Rok od jej urodzenia minął w oka mgnieniu. Przez ten rok rozwijała się w bardzo szybkim tempie, zmieniała się z dnia na dzień, zresztą ja też – może nie fizycznie, ale psychicznie na pewno.

Dziękuję Ci, córeczko, że każdego dnia jesteś dla mnie natchnieniem do tego, by być coraz lepszą osobą. Dla Ciebie pokonam jeszcze niejedną burzę…