Paczkomaty – za co je uwielbiam, za co ich nie lubię?

Paczkomaty– bardzo fajny twór na rynku dostarczania przesyłek, który już od dłuższego czasu zdominował inne rodzaje dostawy dostępne w moim sklepie Elzonik.pl.

Od razu na wstępie uprzedzam, że nie jest to żaden wpis sponsorowany, a jedynie moje luźne refleksje, bazujące na moich doświadczeniach w korzystaniu z tej usługi, w większości pozytywnych, czego niestety nie mogę powiedzieć o innych rodzajach wysyłek oferowanych przez InPost. Na temat tych innych rodzajów zresztą zrobię osobny wpis 😉

Zdecydowanie ten rodzaj odbioru przesyłek ma wiele plusów. Zgodzą się z tym wszyscy moi klienci, którzy najchętniej wybierają właśnie paczkomaty jako sposób dostawy swoich zamówień z Elzonikowego sklepu. Ten wybór zwykle cieszy też mnie, bo – mimo że dość sporo można znaleźć w internecie narzekań na paczkomaty – moje doświadczenia z tym sposobem dostawy są niemal w całości pozytywne. Niemal – dlatego że drobne incydenty się zdarzały, ale było ich naprawdę niewiele w porównaniu do przebojów, jakie przeszłam z kurierami dostarczającymi do domów (w tym także kurierami InPostu, którzy nieźle zaleźli mi za skórę) czy naszą jakże „ukochaną” Pocztą Polską.

Na początek czas na plusy, czyli…

ZA CO BARDZO CENIĘ PACZKOMATY?

Po pierwsze… Można z nich odbierać lub nadawać do nich paczki o dowolnej porze dnia i nocy – bez konieczności oczekiwania na kuriera lub dogrywania z nim godziny dostawy / odbioru paczki, co często bywa kwestią dość problematyczną. Generalnie nadawać i odbierać paczki można spokojnie gdzieś w trasie, pomiędzy załatwianiem różnych spraw na mieście. Ponadto paczki zamówione i opłacone nawet w godzinach wieczornych mogę wysłać tego samego dnia, jeśli akurat „po drodze” mi z paczkomatem 😉 Wiele razy już bywało tak, że nadawaliśmy paczki późnym wieczorem, kiedy byliśmy z mężem w trasie lub on sam je nadawał „przy okazji”, jadąc do pracy na nocną zmianę.

Po drugie… Zazwyczaj odbieranie i nadawanie paczek nie wiąże się z kolejkami. Wprawdzie kilka razy musieliśmy poczekać aż ktoś przede nami wrzuci lub odbierze paczkę, ale zdarzało się to bardzo rzadko i też chodziło tu o pojedyncze osoby, a nie kilometrowe kolejki, jakie można spotkać w drodze do okienka pocztowego.

Po trzecie… Jest to dość tania opcja wysyłki, jeżeli porównać ją z cennikami innych przewoźników, zwłaszcza jeśli za przykład weźmie się tu moją „ulubioną”, legendarną już Pocztę Polską (oj, będzie osobny wpis o perypetiach rodem z Poczty :D), w której podwyżki cen zupełnie nie idą w parze z poprawą jakości usług.

Po czwarte… Cały proces nadania, jak i odbioru paczki zwykle przebiega szybko, łatwo i przyjemnie, o ile akurat określony paczkomat nie ma jakiejś awarii, bo trzeba też pamiętać, że to tylko maszyna, a te czasami szwankują, chociaż nie zdarza się to często.

Po piąte… ten rodzaj nadawania i odbioru przesyłek jest dla mnie dość innowacyjny na tle wszystkich ofert przesyłek w Polsce, a innowacyjność zazwyczaj bardzo cenię 😉

 

Jak każdy sposób dostawy, paczkomaty posiadają także kilka minusów, które mogą być i niejednokrotnie są dość irytujące…

CO WIĘC UWAŻAM ZA UCIĄŻLIWE W FUNKCJONOWANIU PACZKOMATÓW?

Po pierwsze… Nie zawsze, kiedy jedziemy nadać paczkę, udaje nam się to zrobić.

Takie sytuacje mają miejsce dość rzadko, ale jednak mają, co jest pewną rysą na punkcie pierwszym wymienionych tu pozytywów, mówiącym o tym, że można paczki nadawać o każdej porze dnia i nocy. Owszem można, ale czasami zdarza się sytuacja, że wybrany przez nas paczkomat nadawczy nie ma wolnej ani jednej skrytki, która mogłaby zmieścić naszą przesyłkę i wtedy… musimy wrócić później, po tym, gdy już ktoś skrytki opróżni z zawartości. Niestety nie dostajemy żadnej informacji na ten temat, więc do paczkomatu jedziemy po raz drugi „na czuja” i z nadzieją na ramieniu, że uda się paczkę nadać. Na nasze szczęście nie zdarzyło się jeszcze byśmy musieli wybierać się z tą samą przesyłką po raz trzeci 😉

Przy czym wydaje mi się, iż kiedyś było tak, że generując etykietę do danego paczkomatu rezerwowało się jakąś konkretną skrytkę w tymże automacie na kilkadziesiąt godzin. Oczywiście mogę się tutaj mylić, ale wydaje mi się, iż w czasach, kiedy nie zdarzało mi się jeszcze odjeżdżać z kwitkiem od punktu, w którym stał paczkomat, etykiety były ważne krócej niż obecnie. Ciężko mi się do tego odnieść, ale jedno jest pewne – paczkomaty zyskały i wciąż zyskują sporo na popularności i zapewne stąd teraz mamy do czynienia niekiedy z zapchaniem skrytek, uniemożliwiającym nadanie w danym momencie.

Po drugie… Paczkomaty mają jedną bardzo poważną dla mnie wadę… Żeby nadać coś za ich pomocą, trzeba zadbać, by miało to określone wymiary, bo jak wiadomo skrytki z gumy nie są i nie rozciągają się w miarę potrzeb, a tak to już jest, że ja często wysyłam paczki o dużych gabarytach, może nie tyle zawierających jakiś ogrom rzeczy (choć i takie się zdarzają), co kilka rzeczy o dużej objętości (jak np. paczki niesprasowanego siana). Niestety niejednokrotnie musiałam klienta, który zamówił kilka sztuk siana, informować, iż jego zamówienie niestety do jednej paczkomatowej skrytki się nie zmieści i albo będę musiała je rozbić na więcej paczek, albo nadać kurierem, na którego jak wiadomo nie zawsze ludzie mają kiedy oczekiwać. No i nawet jeśli coś się zmieści do paczkomatu, trzeba czasami nieźle się nagimnastykować, aby dobrać karton odpowiedni wymiarowo… Nie zliczę ile razy przeklinałam, gdy jakiś karton mi podpasował, a przy mierzeniu okazywał się nieco za duży, by móc wysłać w nim towary za pośrednictwem paczkomatu…

Na to znalazłam jednak radę… 

Każdy karton, który wymiarowo odpowiada paczkomatowym skrytkom oznaczam albo jakimś pisakiem, albo naklejką, by już nie wylewać tyle frustracji przy dobieraniu. Wiadomo mierzenie całej dostawy kartonów (no może nie całej, bo w przypadku tych mniejszych raczej widać, że się zmieszczą) potrafi zabrać sporo czasu, ale finalnie potem usprawnia proces przekazania zamówienia klientowi, bo niekiedy naprawdę znacznie skraca czas poświęcony przygotowywaniu zamówienia do wysyłki.

No i po trzecie (co poniekąd wiąże się z punktem drugim…) niektóre skrytki paczkomatowe ulokowane są dość wysoko, a dla osób, które – podobnie jak ja – mają przeszło 150 cm wzrostu albo jeszcze mniej, jest to nawet bardzo wysoko, co utrudnia nadawanie i odbieranie paczek, nieco przybliżając tę czynność do jakiegoś sportu ekstremalnego… Najbardziej kłopotliwe są w tym przypadku skrytki na paczki o największych gabarytach. Nie dość, że wysoko, to jeszcze wymiary przesyłki duże, a niejednokrotnie też towar w nich spoczywający ciężki… W mojej sytuacji odbiór czy nadanie takiej paczki wymaga wsparcia osób trzecich – wyższych i silniejszych ode mnie, bo w takim wypadku nie ma nawet mowy o samodzielnym wyjęciu paczki przez moją skromną, drobną osobę…

Oczywiście można jeszcze wśród minusów wymienić fakt, że w przypadku ciężkich czy dużych paczek kłopotliwe może być samodzielne przetransportowanie paczki z paczkomatu na adres docelowy (dla mnie osoby zamawiające 20 kg drewnianego żwirku do paczkomatu mają w sobie coś z masochisty, jeśli sami odbierają takie pakunki, lub sadysty, jeżeli wysyłają osoby trzecie po odbiór takich paczek – cóż, wolny wybór 😀), ale przecież w przypadku takich paczek (ani w ogóle żadnych paczek) nikt nie jest zobligowany do wybierania tej opcji odbioru. Osobiście, gdybym nie miała czynników sprzyjających odbiorowi dużych, cięższych przesyłek (sprawny mąż, dysponujący samochodem :P), z całą sympatią do paczkomatów, wybrałabym inną opcję dostawy moich zakupów internetowych.

W końcu raczej, zamawiając coś jesteśmy w stanie określić, chociaż w przybliżeniu, jakie będzie to miało wymiary i wagę oraz „zmierzyć siły na zamiary” i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w danym przypadku paczkomat jest dobrym rozwiązaniem, jeśli oczywiście w ogóle możliwym…

Z obserwacji i własnych doświadczeń wiem też, iż wiele jest narzekań na obsługę infolinii paczkomatów lub wręcz brak kontaktu z jakimkolwiek konsultantem / długi czas oczekiwania na to aż ktoś się w końcu zgłosi, ale tutaj wszystko zależy od naprawdę wielu czynników i wspomniane kwestie są bolączką raczej każdej infolinii. Zdarzało nam się mieć problemy z paczkomatami, jak już wspomniałam na początku mojego wywodu, ale raz były one rozwiązane błyskawicznie i wzorowo, a innym razem dłuższy brak kontaktu z obsługą uwolnił w moim organizmie pokłady hormonów stresu… Jak to w życiu, różnie bywa…

O jedno tylko mam żal… Kilkukrotnie zgłaszaliśmy na infolinii problem techniczny z jednym z paczkomatów i zawsze po jakimś czasie od takiego zgłoszenia  jechaliśmy z paczką właśnie do niego, przy okazji sprawdzając jak się sprawy mają, i z naszych doświadczeń wynikło, iż raczej nie zrobiono nic w kierunku poprawy. W końcu przestaliśmy w ogóle nadawać paczki za pośrednictwem tejże maszyny i też nie zamawiamy akurat do niej swoich zakupów, więc finalnie nie wiem, czy coś zadziałano w tej kwestii, czy też nie – przestało mnie to obchodzić… Niejeden paczkomat w okolicy, więc na szczęście nie jesteśmy skazani na łaskę i niełaskę jednej z maszyn i serwisu technicznego 😉

No i warto wspomnieć też, że wiele paczkomatów wyposażonych jest w czytnik kart płatniczych, co umożliwia wybór opcji „za pobraniem”, ale niestety nie wszystkie maszyny posiadają taką dodatkową funkcję. Jej obecność jest niekwestionowanym plusem, zaś fakt, iż nie wszyscy użytkownicy mają możliwość korzystania z tej opcji jest sporą rysą na tym plusie.

Zmierzając już ku podsumowaniu wszystkich zamieszczonych tu punktów, widzę więcej plusów niż minusów wynikających z korzystania z paczkomatów. Darzę je sympatią, co jednocześnie nie oznacza, że korzystanie z nich zawsze jest czynnością przyjemną. Tak to już w życiu bywa. Ogólnie polecam, choć rozumiem, gdy ktoś całkowicie odwraca się od danej opcji dostawy, jeśli się na niej mocno rozczarował. Mój biznes funkcjonuje m.in. dzięki paczkomatom, a i jako klient zamawiający całkiem sporo rzeczy w internetowej sieci lubię korzystać z ich dobrodziejstw.

 

Reklamy

Robaczywy interes?

Wpis miał być wprawdzie trochę wcześniej, ale wyrobiłam się z nim w ciągu tygodnia, a przy takim nawale pracy, jakiego miałam okazję uświadczyć ostatnio (i nadal uświadczam), to nie lada wyczyn. Z nieocenionym wręcz wsparciem męża wprowadzam teraz na swój internetowy sklep zoologiczny Elzonik.pl nową linię produktów, która sprawi, że sklep przestanie być tylko zoologiczny, ale nadal będzie służył temu, co w życiu najważniejsze – zdrowiu 🙂 Moim zdaniem to naprawdę super, ale wymaga sporo czasu, skupienia i w moim przypadku też częściowej rezygnacji ze snu, bo jak wiadomo najbardziej efektywnie pracuje się jednak, gdy dziecko śpi, więc staram się wykorzystać taki czas na maksa. Zresztą jak wygląda praca zawodowa w domu, przy aktywnym dziecku mogliście zobaczyć na zdjęciu zamieszczonym przeze mnie ostatnio na moim facebookowym fanpage’u (jeśli jeszcze, go nie lubicie, polubcie koniecznie ;)). Nie o tym, jednak dzisiaj (zainteresowanych tematyką pracy zawodowej przy jednoczesnej opiece nad potomstwem odsyłam do wpisu Praca zawodowa z dzieckiem u boku, obiecując jednocześnie nowe wpisy celem aktualizacji tematu). Dziś pragnę zmierzyć się z chyba największą bolączką sklepów i innych punktów, w których można nabyć artykuły żywnościowe, nieważne czy to dla zwierząt, czy też dla ludzi, choć ja ze względu na specyfikę własnej działalności skupię się na tej pierwszej grupie konsumentów, zawężając swoje spostrzeżenia do zwierząt mi branżowo najbliższych – królików i gryzoni. Co jest największą bolączką tego typu działalności? Moim zdaniem zdecydowanie są to nieproszeni goście, których obecność możemy zlokalizować w różnego rodzaju produktach przeznaczonych do spożycia.

Owady wszelakiej maści są wszędzie. Jedne całkiem pożyteczne, inne żyjące tylko po to, żeby się rozmnażać i działać na szkodę człowiekowi. Kiedyś wielu z nich bałam się wręcz panicznie, dziś nie robią na mnie jakiegoś większego wrażenia, choć przed niektórymi nadal mam ochotę uciec z krzykiem, gdzie pieprz rośnie. Rzeczywistość zweryfikowała moje lęki. Gdyby nadal były one tak duże jak kiedyś, już dawno musiałabym zrezygnować z branży, w której siedzę i którą z różnych (nierobaczywych!) względów bardzo lubię. TAK WŁAŚNIE! Prowadząc sklep zoologiczny, nie da się uniknąć kontaktów z owadami, i to tymi najbardziej upierdliwymi i w ogóle niepożytecznymi. Prędzej czy później, na mniejszą lub większą skalę, trzeba się z nimi zmierzyć. Ja osobiście wolę tę mniejszą i przyświeca mi myśl, że lepiej zapobiegać niż leczyć, a w tym przypadku np. latać z morderczym spojrzeniem i kapciem w ręku po mieszkaniu, zabijając różne osobniki, osiadające na powierzchniach płaskich.

Największą gnidą, z jaką mam do czynienia w swojej działalności, jest omacnica spichrzanka, zwana potocznie molem spożywczym. Ktokolwiek kiedyś miał problemy z molami, wie jak wielkie szkody mogą one poczynić wszędzie tam, gdzie przechowuje się żywność. Ich larwy, żerując na tym, na czym się tylko da, zanieczyszczają żywność, sprawiając, że musi ona niezwłocznie wylądować w koszu i to najlepiej tym zewnętrznym, co by jakieś cholerstwo przypadkiem z naszego domowego kosza nie wypełzo / wyfrunęło, czyniąc dalsze szkody… W zasadzie nie musiałam mieć sklepu zoologicznego, żeby z tymi gnidami się borykać, bo swoje pierwsze w życiu larwy mola przyniosłam do domu z hipermarketu, w fabrycznie zamkniętej paczce kaszy… Jak to w życiu bywa, nawet przy największej uwadze i ostrożności mole w różnych produktach mogą się zdarzyć, wszak jajeczek nie dostrzeżemy nawet najbardziej wprawnym okiem… I niestety nawet dbanie o czystość na bardzo dobrym poziomie nie gwarantuje, że gdzieś mol się nie przypałęta – był czas, że do mnie do domu wlatywały one z kratki wentylacyjnej. Poza tym ja swojego magazynu mogę być pewna (i jestem, bo wciąż go kontroluje), a mole mogę dostać w gratisie wraz z dostawą z hurtowni czy od producenta, co już nieraz miało miejsce.

Ogółem wydaje mi się, że mole częściej zdarzają się właśnie w produktach zoologicznych, aniżeli spożywczych, gdzie przynajmniej na logikę powinno się wprowadzać naprawdę rygorystyczne procedury przy obrocie żywnością na wszystkich jej etapach. A może tak właśnie tylko mi się wydaje, bo siedzę na co dzień w zoologicznej branży. Nie zliczę już produktów, w których mole znajdowałam, i to już na etapie rozpakowywania paczek z dostawą. Szczytem wszystkiego było, gdy cała partia sianek czy innych smakołyków zawierała w sobie całkowicie dorosłe już osobniki, przechadzające się swobodnie wewnątrz w pełni przezroczystej paczki… Bo jak właściwie można nie zauważyć czegoś takiego na etapie wysyłania towaru do sklepu, do dalszej dystrybucji?

Ja to już mam takie swoje zboczenie zawodowe, wynikające z doświadczenia zresztą, iż staram się przejrzeć każdy produkt przed wysyłką i skontrolować czy aby w środku nie zawiera on niespodzianki. Wiadomo, że nie wszystko jest się w stanie dostrzec, zwłaszcza przy zamkniętym opakowaniu, nie wspominając już o tych opakowaniach, które nie są ani trochę przezroczyste, ale dzięki takiemu podejściu wyłapałam już kilka zagrożeń i nie dopuściłam do tego, aby zanieczyszczony towar trafił do klienta. I nie chodzi tu tylko o mole spożywcze, bo kiedyś w siankach pewnego producenta dostrzegłam tyle robactwa wszelakiej maści, że chyba nawet Krystyna Czubówna nie ogarnęłaby wszystkich gatunków, przedstawiając je na filmie przyrodniczym. Niemniej nawet takiemu producentowi dałam szansę, drugą i zarazem ostatnią, bo po raz kolejny cała partia (przez lokatorów ją zamieszkujących) musiała pójść w śmietnik i dziękuję losowi, że dostrzegłam to odpowiednio wcześnie, nie pozwalając, by to wszystko się rozpełzło. Od czasu do czasu takie incydenty mogą się zdarzyć i się zdarzają, ale żeby tak pod rząd i w takiej skali? Jestem tolerancyjna i wiele rzeczy rozumiem naprawdę, ale i ja mam swoje granice. Poza tym, dbając o jakość, nie mogę klientom oferować czegoś, co jest po prostu jakościowo fatalne.

Produkty naturalne bywają naturalne do bólu.

I ja o tym wiem, choć jak wspomniałam wszystko ma swoje granice i jeśli ktoś na etapie dystrybucji nie potrafi wyłapać, że wraz ze swoimi produktami wysyła komuś całą plagę hasających owadów, to chyba się z kimś nie do końca mądrym na rozumy pozamieniał. Ważne, żeby także inni ludzie zdawali sobie sprawę z tego zjawiska, zwłaszcza ci, którzy troskliwie opiekują się królikami i gryzoniami wszelkiej maści, bo to właśnie oni są adresatami mojego sklepu i tymi, którzy dają swoim pupilom wysokiej jakości dary natury. Dary natury, w których czasami owady składają swoje jajeczka, tak bardzo niedostrzegalne dla ludzkiego oka, dary natury, które ludzie mogą zebrać razem np. z małym ślimakiem z łąki, nie zauważając osobnika. I ktoś mógłby powiedzieć, że solidna firma zawsze zauważy, wyłapie nieprawidłowości, ale wierzcie mi naprawdę nie jest to możliwe, a pierwsze naprawdę bardzo malutkie robaczki w mojej karierze zoologicznej dostrzegłam w towarach jednego z najwyżej cenionych za jakość producentów. Robaczki nieszkodliwe, znane producentowi, ale jednak niepożądane przez klientów i wielu z nich mogłoby nie uwierzyć, że można je było znaleźć akurat w tych super produktach.

Powtórzę to jeszcze raz: różni lokatorzy mogą znaleźć się w produktach przeznaczonych do żywienia zwierząt, zwłaszcza królików i gryzoni, które jedzą siano z różnego rodzaju łąk zamieszkiwanych przez wielorakie gatunki, które w swojej diecie mają zioła rosnące niegdyś przecież pod błękitnym niebem i mającym swoje korzenie w glebie, gdzie spotkać można wiele żyjątek, a zdziwić by się można było jak niektóre owady są odporne na działanie czynników zewnętrznych. Gdybym miała obrażać się na każdego producenta, w którego produktach, choć raz trafiłam na jakiegoś lokatora, to właściwie mogłabym zwinąć interes, bo prawie nic nie oferowałabym w swoim sklepie. Faktycznie w pewnych przypadkach się obraziłam, ale były one po prostu bardzo, ale to bardzo rażące, takie, że właściwie w każdej dostawie było coś nie tak, jak zresztą wspominałam wcześniej, ale gdy coś zdarza się okazjonalnie – obrażać się nie ma co, bo cudów nie ma i naprawdę nie na wszystko ma się wpływ, jak chociażby na to, gdzie dany owad złoży swoje jajeczka jeszcze przed zbiorem danej rośliny. Poza tym trzeba też zrozumieć, że czasami wystarczy jeden maleńki owad wpuszczony gdzieś niepostrzeżenie do hurtowni czy innego miejsca, aby uruchomić lawinę niefortunnych zdarzeń. Jeden maleńki owad… Czy z jego powodu warto od razu przekreślać całą markę? Oczywiście mówię tu o firmach, które przejmują się takimi sprawami i działają, a nie olewają, bo oni wiedzą, że mają np. mole i przecież z tym nie da się nic zrobić… Takie postawy również widziałam… Dla mnie takie firmy są skreślone…

Przezorny zawsze ubezpieczony.

Tak się zwykło mówić i ja w to jak najbardziej wierzę, dlatego też uważam, że absolutnie każdy sklep zoologiczny powinien zawczasu zainwestować w odpowiednie pułapki na owady. Nie kosztują one majątku, a spokój ducha jest bezcenny. Ja takie pułapki na swoim magazynie posiadam, wymieniam regularnie i jestem spokojniejsza. Najczęściej takie pułapki są zupełnie czyste, ale czasami coś się złapie, bo np. wleci niepostrzeżenie z korytarza. Nie zapomnę jak kiedyś właśnie z klatki schodowej wleciał do nas mol i poleciał prosto do pułapki na mole… Wtedy właśnie przekonałam się, że pułapka ta jest bardzo skuteczna i zwabia zainteresowanych jak należy.  Ponadto niedawno zakupiliśmy też lampę na owady, którą włączamy regularnie wieczorami, gdy zauważymy jakiegoś intruza w domu. Działa i to bardzo dobrze. Oczywiście gdy zgasi się inne źródła światła.

Przyznam, że kiedyś, jako tylko i aż opiekun szynszyli, jak i na samym początku mojej działalności zoologicznej, bardzo emocjonalnie podchodziłam do kwestii różnych znalezisk w produktach żywnościowych dla zwierząt. Dziś wiem, że to część codzienności w tej branży, bo właśnie choćby się nader często biegało ze szmatą w ręku i sprzątało, to nigdy nie ma pewności, czy nie dostanie się już towaru z niespodzianką, która mogła się w nim znaleźć na naprawdę różnych etapach podróży. Dziś naprawdę wiele rozumiem i cenię sobie te firmy, które bardzo przejmują się takimi incydentami i podejmują działania dla poprawy sytuacji, a nie tylko machają ręką na zasadzie, że przecież to norma. Robaki nie dzielą firm na lepsze i gorsze, lokują się w miejscach, które akurat im pasują, często zupełnie niepostrzeżenie. Warto o tym pamiętać zanim skreśli się jakiegoś producenta z powodu jakiś pojedynczych incydentów. Nawet najwspanialsi, najbardziej dokładni i profesjonalni w tym co robią ludzie pozostają tylko ludźmi, którzy mogą czegoś nie zauważyć, coś przeoczyć, a w przypadku naprawdę niewielkich żyjątek współistniejących z nami na tej planecie o to bardzo łatwo.

Nie od razu Elzonika powołano, czyli jak to właściwie z nazwą sklepu było…

Ci, którzy od początku śledzą moje losy i poczynania w branży zoologicznej dobrze wiedzą, że nie zawsze sklep internetowy Elzonik.pl był Elzonikiem, a kiedyś można było go znaleźć pod adresem Elzoo.pl i właśnie nazwa „Elzoo” była jego pierwszą nazwą…

… i w tym miejscu właściwie powinien znaleźć się wpis o tym, dlaczego zmiana nazwy nastąpiła i z czym związane są obie nazwy, które wciąż funkcjonują. „Elzoo” jako ogólna nazwa mojej firmy, która nie samym sklepem żyje, i „Elzonik” jako nazwa najbliższego memu sercu, bo mojego internetowego sklepu z artykułami dla królików i gryzoni, ale…

No właśnie, ALE…

Postanowiłam nie opisywać tej kwestii teraz, a oficjalnie ogłosić konkurs piśmienniczy, w którym to właśnie osoby zainteresowane działalnością mojego sklepu będą mogły wygrać nagrody dla swoich pupili, jeśli tylko popiszą się odpowiednim zacięciem pisarskim i wyobraźnią 😉

To oni bowiem wymyślą swoją wersję historii przekształcenia nazwy „Elzoo” w nazwę „Elzonik” 🙂

REGULAMIN KONKURSU

„Elzonik – fantastyczna historia równie fantastycznej nazwy”:

1. Organizatorem konkursu jest moja skromna osoba, czyli Pani z zoologa, Katarzyna Zaborska – właścicielka internetowego sklepu zoologicznego Elzonik.pl 😉

2.  Adresatami konkursu są konsumenci będący pełnoletnimi obywatelami Polski.

3. Konkurs zostaje ogłoszony 26 czerwca 2017 roku – i od tej daty do 28 lipca 2017 roku przyjmowane będą zgłoszenia konkursowe. 31 lipca 2017 poznamy konkursowych zdobywców pierwszego i drugiego miejsca.

4. Każdy uczestnik konkursu może zgłosić wyłącznie jedną pracę pisemną o objętości minimum 500 znaków (wliczając w to spacje i wszelkie znaki interpunkcyjne). Pracę należy podpisać imieniem i nazwiskiem.

5. Prace konkursowe należy kierować drogą elektroniczną, na osobisty adres e-mail Pani z zoologa, tj. elkasia2@gmail.com. Prace powinny być nadsyłane z prywatnych adresów uczestników konkursu, gdyż to właśnie za pośrednictwem tych adresów wymieniana będzie konkursowa korespondencja. Aby ułatwić weryfikację zgłoszeń, w miejscu podawania tematu wiadomości należy wpisać: Elzonik – konkurs literacki.

6. W konkursie przewidziane zostały 3 pakiety nagród rzeczowych, po jednym dla zdobywcy pierwszego i drugiego miejsca, jak również jeden dla zdobywcy nagrody pocieszenia od publiczności. Niniejszym nagrody prezentują się tak:

– pierwsze miejsce: materiałowy domek kostka 23 x 23 cm, o otworze średnicy 10 cm, który można wykorzystać zarówno, jako przytulne legowisko, jak i jako materiałowy paśnik na sianko 😉 (widoczny na zdjęciu poniżej) + Sianko z kwiatami i warzywami Lili Farm + Liść maliny TIVO +rabat 15% na zakup towarów w sklepie Elzonik.pl;

– drugie miejsce: materiałowy hamak 38 x 38 cm (widoczny na zdjęciu poniżej) + Chrupiąca łączka Herbal Pets +  rabat 13% na zakup towarów w sklepie Elzonik.pl;

– nagroda publiczności: Upominkowy MIX bezzbożowy Lili Farm + rabat 11% na zakup towarów w sklepie Elzonik.pl.

Do wygranych mebelków dołączone zostaną karabińczyki umożliwiające ich proste umiejscowienie w klatce / wolierze 😉

7. O przyznaniu pierwszego i drugiego miejsca zadecyduje jury złożone z Elzonikowej ekipy. Po wyłonieniu dwóch zwycięzców przez jury, jeszcze w ten sam dzień, wszystkie prace zostaną opublikowane na Elzonikowym Facebooku, gdzie będzie można zapoznać się z ich treścią oraz zagłosować na nienagrodzone prace celem przyznania nagrody publiczności, której laureat zostanie wyłoniony 5 sierpnia 2017 (głosować będzie można do końca dnia 4 sierpnia 2017). W przypadku remisu, który nie pozwoli na jednoznaczne wskazanie zwycięzcy, przewidziana jest dogrywka (głosowanie powtórne na uczestników, których remis dotyczy)

8. Wszystkie nagrody wyruszą w drogę do laureatów zaraz po ustaleniu z nimi korespondencją e-mailową szczegółów wysyłki. Koszt wysyłki / transportu oczywiście pokrywa organizator 😉

9. Wszystkim uczestnikom konkursu przyznane zostaną kupony rabatowe na zakupy w sklepie Elzonik.pl. W przypadku laureatów będą to kupony o wartości wykazanej na liście nagród. W przypadku osób pozostałych będzie to rabat w wysokości 8% na zakupione produkty (rabaty nie obejmują kosztów wysyłki).

10. W momencie przesłania pracy uczestnik zgadza się na jej opublikowanie na łamach tego bloga oraz Facebookowego profilu sklepu Elzonik.pl (link w punkcie 7), jak również zapewnia, że posiada pełnię praw autorskich do swojej pracy. Organizator nie ponosi odpowiedzialności w przypadku, gdy zapewnienia te okażą się nieprawdziwe, jednocześnie zastrzegając sobie prawo do odebrania praw do nagrody, jeśli taka sytuacja będzie miała miejsce.

11. W konkursie liczy się przede wszystkim inwencja twórcza, co nie oznacza, że należy zapominać o poprawności językowej. Uczestnicy, którzy prześlą prace ze sporą ilością błędów językowych zostaną poproszeni o weryfikację swojego tekstu pod tym względem, a jeśli błędy przez nich poczynione nie zostaną poprawione, prace mogą zostać zdyskwalifikowane ze względu na rażącą niepoprawność językową.

12. Każdy uczestnik przesyłający swoją pracę otrzyma od organizatora odpowiedź zwrotną o jej wpłynięciu. Jeśli nie zostanie ona wysłana po upływie 24 godzin od wystosowania wiadomości konkursowej, znaczy, że coś poszło nie tak i należy ponowić zgłoszenie.

 

Bardzo jestem ciekawa nadsyłanych prac i Waszej wizji przekształcenia nazwy sklepu 🙂 Niedługo po rozstrzygnięciu konkursu, opiszę jak to było naprawdę 😉

 

(Nie tylko) Elzonikowe potyczki kurierskie – część I

We współczesnym świecie, w którym handel internetowy kwitnie, z kurierami ma się do czynienia bardzo często, zwłaszcza jeżeli, tak jak ja, jest się właścicielem sklepu on-line – na co dzień wysyła się paczki, odbiera dostawy z różnych zakątków Polski, no i prywatnie też robi się zakupy w sieci, jeśli tylko ma się akurat taką fantazję 😉 Dobrze pamiętam moje początki, gdy byłam dopiero na etapie poszukiwania firmy kurierskiej, która mogłaby obsługiwać moją firmę, a wbrew pozorom początki te nie były łatwe. Niby firm kurierskich sporo, niby powinno się przebierać i wybierać prawie w nieskończoność, a w przypadku małych firm niestety nie jest tak do końca, co później potwierdziły mi też inne niewielkie przedsiębiorstwa, z którymi współpracuję na polu dostarczania produktów…

Niemiłe dobrego początki

Pełna nadziei, optymizmu i w sumie wszystkiego, co najlepsze, z mężem u boku rozpoczęłam poszukiwania kurierskiej firmy idealnej. Niestety już pierwszy telefon skonfrontował mnie z niezbyt przyjemną rzeczywistością. Nie będę rzucać tu nazwami firm, bo nie to jest najważniejsze, musicie jednak wiedzieć, że nie wszyscy są przychylni dla małych biznesów, głównie dlatego, że nie chcą rozmawiać z kimś, kto nie przewiduje na daną chwilę ogromnej liczby paczek wysyłanych w skali miesiąca i kiedy słyszą szacowaną liczbę mniejszą niż oczekiwana, zwyczajowo co najmniej trzycyfrowa, to nawet nie chcą kontynuować rozmowy…

Jedna z takich firm dość wymijająco i od niechcenia obiecała przedstawić jakąś ofertę i… totalnie olała sprawę… A przecież te wszystkie istniejące dziś sieciowe giganty nie zawsze były gigantami i jeśli ja kiedykolwiek gigantem zostanę, to na pewno nie skorzystam z usług kogoś, kto olał mnie, gdy zaczynałam jako mikrofirma… Oczywiście mam tu na myśli tych, którzy zbyli mnie naprawdę po chamsku, a nie tych, którzy wyrazili swoje ubolewanie i przy tym otwarcie powiedzieli, że poniżej pewnego pułapu nie schodzą, ale jednocześnie dali do zrozumienia, że można się z nimi skontaktować, jeśli działalność odpowiednio się rozwinie i nabierze bardzo dużego rozpędu. Wzajemny szacunek jest czymś, co bardzo cenię i trzeba mieć go nawet dla tych „malutkich”, bo nigdy nie wiadomo, czy nie staną się kiedyś olbrzymami.

Jak się później okazało „mali” producenci też w pewnej części przyznali mi się do tego, że są skazani na kurierów określonej firmy, bo zostali zbyci przez wiele innych przedsiębiorstw… Klientom często wydaje się, że każda firma kurierska stoi otworem dla działalności gospodarczych i dziwią się, że te uparcie tkwią przy jednej, która np. im, jako klientom określonej działalności, nie odpowiada, a nie przechodzą do innej, w ich mniemaniu cudownej. Często jest to po prostu niemożliwe z kilku względów:

  1. niekoniecznie firma kurierska będzie chciała rozmawiać z kimś kto wysyła określone typy / ilości paczek,
  2. przedsiębiorcy często są związani czasową umową z firmą kurierską, co jest konieczne, jeśli chce się mieć abonament na określonych warunkach,
  3. jeśli przedsiębiorcy nie są już związani umową czasową, bo ta po danym okresie przeszła na czas nieokreślony i można ją rozwiązać w każdym momencie, to cenią sobie to, że nie muszą choćby martwić się o to, czy ich działalność przetrwa nieprzerwanie ileś lat, bo niestety, ale nawet najwspanialsza idea może nie przetrwać z wielorakich względów lub może być zmuszona czasowo zniknąć z rynku – różne sytuacje w życiu się zdarzają i wtedy niezwiązanie umową czasową może być wybawieniem.

Do przedstawionych powyżej czynników dochodzi jeszcze przywiązanie do ludzi tworzących daną jednostkę kurierską i obserwacja jak na przestrzeni czasu dana firma się sprawdzała. Oczywiście tutaj w grę wchodzą prywatne odczucia danego przedsiębiorcy, więc nie są one czymś co wiąże w sposób kategoryczny.

Jeśli nawala jednostka, to jednostkę trzeba rozliczyć ze złego postępowania

Pomijając kwestię tego, że czasami klienci oczekują od kurierów tego, czego oni wcale nie mają w zakresie swoich obowiązków, istnieją tacy kurierzy, którzy raczej powinni pomyśleć o innej pracy, bo w określonej w ogóle się nie sprawdzają. Nie dostarczają paczek, mimo że odbiorca jest w domu, zostawiają paczki gdzieś w okolicy, nawet nie informując gdzie i każą ludziom szukać wiatru w polu… Nie jest to jednak wina ogółu firmy zatrudniającej mnóstwo kurierów w swojej flocie, a określonej jednostki pracującej dla danego przedsiębiorstwa. Warto zdać sobie z tego sprawę i zgłaszać takie incydenty zamiast – jak to wielu ludzi ma w zwyczaju – od razu piętnować całą firmę kurierską i rezygnować z usług tych przedsiębiorców, którzy z tej firmy korzystają. Taka rezygnacja nic nie zmieni w zachowaniu danych kurierów, bo skoro nie ma skarg to przecież czym się przejmować, a jedynie zamknie klientowi drzwi do korzystania z określonych usług. Jeśli chcemy, by świat był lepszy, a jakość usług coraz wyższa, powinniśmy zgłaszać zachowania niewłaściwe, zwykle niedotyczące całej floty bardzo dużego przedsiębiorstwa, a określonych jednostek, które być może po prostu na dłuższą metę nie nadają się do danej pracy… Z doświadczenia wiem, że jeśli nieprawidłowości się zgłasza i jest się przy tym stanowczym, jakość usług ulega poprawie, więc warto.

O swoje prawa zawsze warto walczyć!

I jest to kwestia bezdyskusyjna chyba w każdej dziedzinie życia, a przynajmniej w większości z nich. Mam za sobą już kilka poważnych reklamacji, więc wiem, co jest ważne, jak wiele można zdziałać, kiedy firma kurierska zwyczajnie nawali. Nie warto w takich sytuacjach odwracać głowy, udawać, że nic się nie stało czy pod wpływem impulsu z danej firmy rezygnować. Reklamacje nie są niczym przyjemnym, wiążą się ze stresem, ale finalnie służą poprawie sytuacji. Dzięki przykrym incydentom też wiele się nauczyłam m.in. w zakresie pakowania paczek, zbierania dokumentów, podejścia do ludzi i danej sprawy… Jest to temat tak rozległy, że poruszę go w drugiej części potyczek kurierskich, która niebawem się stworzy 😉 Choć przyznaję, że tej nauki i tak nie było bardzo wiele jak na tyle wysyłek przeze mnie poczynionych. A może po prostu to ja tak szybko się uczę 😉

W każdej firmie kurierskiej można trafić na kurierów z powołania i na idiotów…

… a tych drugich często spotyka się właśnie dlatego, że odbiorcy zamiast zgłosić niefajne zachowania woleli np. napisać parę przykrych słów gdzieś na forum i / lub zagrozić danemu przedsiębiorstwu, które było nadawcą paczki, że dopóki korzysta ono z usług takiego kuriera to ich obecności nie uświadczy już więcej. Finalnie cierpią na tym bardzo często uczciwe firmy korzystające z usług kurierskich, a nie ci, którzy nawalili naprawdę, źle podchodząc do procesu dostarczenia przesyłki. A jako że w toku swojej działalności, jak i swoich prywatnych zakupów, miałam do czynienia z kurierami naprawdę wszelkiej maści, z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że nie ma takiej firmy kurierskiej, w której by się spotkało wyłącznie świetnych kurierów. Absolutnie w przypadku każdej miałam jakieś niemiłe perypetie i gdybym miała przez to rezygnować z usług całego przedsiębiorstwa to już w ogóle musiałabym zrezygnować z tej formy doręczenia, co raczej we współczesnym świecie jest niemożliwe, nawet jeśli nie prowadzi się działalności gospodarczej o charakterze wysyłkowym.

Złej jakości usług zawsze trzeba się przeciwstawiać, ale z głową – w taki sposób, aby faktycznie coś zmienić na lepsze, traktując z szacunkiem tych którzy reprezentują wysoką jakość usług. O  firmie, za pośrednictwem której wysyłam swoje przesyłki sklepowe, można przeczytać wiele negatywnych opinii, myślę, że też dlatego, iż ludzie na forum publicznym wolą wylewać żale niż kogoś pochwalić za dobrą pracę, bo przecież dobra praca to obowiązek i standard… Ale też od wielu klientów słyszałam pochwały pod adresem konkretnych kurierów obsługujących ich rewir – pochwały, które nie zostały puszczone w eter publiczny, a jedynie gdzieś wspomniane mimochodem w mojej prywatnej korespondencji z klientami. Ja sama jestem bardzo zadowolona z kuriera, który ode mnie odbiera przesyłki i jak dla mnie jest on wzorem bardzo dobrego pracownika. Jak jest potrzeba to stara się dostosować, jest miły, profesjonalny, naprawdę można się z nim dogadać, a ja nie mogę narzekać. Zawsze w dyskusjach publicznych na temat firmy kurierskiej mnie obsługującej przywołuję takie miłe przykłady, bo uważam, że warto publicznie też się czasem pozachwycać, a nie tylko narzekać 😉 Każdą firmę tworzą ludzie, naprawdę różni ludzie i jeszcze się nie spotkałam z taką dużą czy nawet średnią firmą, w której pracowałyby tylko super jednostki, zawsze znajdzie się tam taki ktoś, kto budzi mieszane uczucia. Im więcej ludzi w danej firmie, tym większe prawdopodobieństwo, że na jakiegoś lesera się trafi, a firmy kurierskie zatrudniają naprawdę masę ludzi, wydawałoby się, że fajnych (w końcu raczej na rozmowie kwalifikacyjnej nikt nie mówi, że się do pracy nie nadaje, a przedstawia swój pozytywny obraz), a to czas weryfikuje, czy naprawdę się nadają… Albo i nie weryfikuje, jeśli ludzie nie zgłaszają przykrych incydentów tam, gdzie naprawdę powinni…

Praca zawodowa w domu, z dzieckiem u boku…

… czasami zdecydowanie przypomina jazdę bez trzymanki, zwłaszcza kiedy trzeba sporo popracować przed laptopem, a dziecko wykazuje spore zainteresowanie różnego rodzaju zdobyczami techniki… Dlatego też często pozostaje mi w tym względzie albo siedzenie późnymi wieczorami / nocami, albo poleganie na pomocy męża, który czasem nie do końca ogarnia sytuację, ale się stara mniej lub bardziej… Co często wybieram? Zależy od poziomu zmęczenia, ale gdyby to nie wchodziło w grę, to raczej zawsze siedziałabym po nocach, kiedy mam spokój i ciszę. Codzienność domowa zawsze – bez względu na wszystko – jest tym, co rozprasza i zawsze ktoś czegoś ode mnie oczekuje w sprawach domowych, gdzieś pomiędzy odpisywaniem na e-maile i wprowadzaniem nowych produktów, które zajmuje sporo czasu, jeśli wymyśla się własne opisy, a nie działa na zasadzie Kopiuj – Wklej, czy trzeba zrobić własne zdjęcia produktu, bo dany producent ich nie udostępnia (a uwierzcie mi, od czasu pewnej afery ze zdjęciami nauczyłam się, że w tym względzie trzeba przykładać się od A do Z i nadzorować kontrolę nad wszelkimi działaniami)…

Mimo wszystko więc, bardzo cenię pracę w godzinach późnych, gdy już reszta domowników śpi (choć nie do końca, bo szynszyle nocami często harcują ;)). Klienci mojego sklepu mogą się o tym przekonać, patrząc choćby na godzinę wysłania przeze mnie do nich wiadomości elektronicznej lub wystawienia paragonu (tak, paczki też zdarza mi się pakować „po nocach”, a nawet gdy odkładam to na rano – bo w końcu kuriera na dany dzień mogę zamówić do godz. 12:00 tego dnia – to często w nocy drukuje paragony, żeby rano tylko pakować już wedle przygotowanych wydruków z kasy). Nawet ten wpis tworzę o nieludzkiej dla wielu porze, po tym jak przespałam się gdzieś między 23 a 00:30… Szczęście, że zwykle nie potrzebuję pełnych ośmiu godzin, żeby się wyspać, bo często ich wygospodarowanie przy natłoku zajęć jest niemożliwe…

Wiecie, z jednej strony zazdroszczę mojemu mężowi, że ma etat i wychodzi na 8 godzin do pracy (lub więcej, gdy akurat zostaje na nadgodzinach) i może skupić się TYLKO na sprawach firmy, która go zatrudnia i niczym więcej – ja już nie pamiętam jak to jest pracować ciągiem 8 godzin, a w ogóle nie wiem jak to jest zająć się przez te bite 8 godzin wyłącznie pracą, bo jeszcze zanim miałam swoją firmę, również pracowałam zdalnie, przy szeroko pojętym redagowaniu tekstów i też czasem jakiś domownik mi przerywał na chwilkę, bo np. chciał drobnej pomocy (a w moich początkach pracy zawodowej miał mi kto przerywać, bo mieszkałam z mężem – który wtedy był jeszcze narzeczonym -moją mamą i babcią). W rezultacie i wtedy, mimo braku potomstwa i faktu, iż o dom w dużej mierze dbały mama i babcia, mi pozostawiając ogarnianie własnego pokoju, moja praca była aktem przerywanym, przez co nigdy nie mogłam przewidzieć, kiedy ją skończę w danym dniu, bo jednak lojalnie poświęcałam na nią tyle czasu, ile miałam wykazane w umowie…

Później, gdy pracę straciłam właściwie z dnia na dzień i po pewnym czasie zdecydowałam się na otwarcie własnej działalności gospodarczej, też nie mogłam sobie pozwolić na poświęcanie jej czasu, bez przerywania jej na rzecz obowiązków domowych, choć to głównie dlatego, że, zwłaszcza w swoich początkach, sklep wymagał naprawdę sporo nakładów pracy i gdybym skupiła się wyłącznie na nim, dom mógłby mocno na tym ucierpieć, a ja jednak jestem z tych bardziej porządkolubnych. Ponadto przez długi czas mąż także nie do końca rozumiał, że akurat w danym momencie mogę nie mieć czasu na buziaka, bo chcę pracy się poświęcić. Do znudzenia powtarzałam argument, że przecież ja do jego firmy nie jeżdżę i buziaków w trakcie jego pracy się nie domagam… Z czasem sytuacja uległa poprawie, a i ja złapałam swojego rodzaju równowagę, choć nie na długo, bo… pojawiło się dziecko 😉 Bardzo planowane i wyczekane, więc liczyłam się z ponowną utratą wypracowanej równowagi.

Sama ciąża nie była dla mnie jakimś bardzo ciężkim okresem. W pierwszym trymestrze trochę mnie muliło, sporo spałam, wiadomo zeszłam trochę z tonu, jeśli chodzi o pracę, dla dobra dziecka i swojego też. Drugi trymestr – bajka! Brzuszek się powiększał, ale jeszcze jakoś mocno nie obciążał organizmu, nudności pierwszego trymestru odeszły w zapomnienie, częstotliwość drzemek się zmniejszyła, czułam się naprawdę świetnie. Trzeci trymestr – no ciężko już było, bo brzuch spory, z łóżka było ciężko wstać, a właściwie się wytoczyć, w wielu zazwyczaj prostych czynnościach potrzebowałam pomocy, przed komputerem ciężko było wysiedzieć na dłuższą metę… Ale to dopiero pojawienie się dziecka na świecie zewnętrznym zmieniło mój porządek pracy w stopniu znacznym…

Jak to właściwie było po pojawieniu się dziecka?

Ciężko, chwilami nawet bardzo – tak, jak jeszcze nigdy wcześniej… mimo nieocenionej pomocy męża, który wziął prawie miesięczny urlop od swojej pracy zawodowej, żeby pomóc mi ogarniać codzienne sprawy… Burza hormonów, rozhulanie laktacji (bardzo mi zależało, żeby córka mogła pić moje mleko, chociaż przez pierwszy okres życia), niełatwy powrót do formy po cesarskim cięciu, zagubienie w nowej sytuacji – nie ułatwiały mi przejścia do porządku dziennego…

Córka przez pierwsze pół roku sporo spała i starałam się wtedy pracować, nierzadko przy okazji dzierżąc laktator w dłoni, choć bywało i tak, że  w życie wcielałam radę, żeby spać, gdy dziecko śpi i regenerować siły… Pewnie, wiele mam teraz powie, że taką radą można sobie tyłek podetrzeć, bo wedle tego schematu wypadałoby spać, kiedy dziecko śpi, a sprzątać, kiedy ono sprząta czy gotować, kiedy ono gotuje, ale mi naprawdę sporo pomogło czasowe olanie wszystkiego na rzecz odpoczynku. Naprawdę nie ma co się spinać w imię tytułu perfekcyjnej pani domu, poza tym, jeśli na miejscu ma się męża / partnera, to on też powinien obowiązki w jakimś stopniu dzielić i tworzyć z żoną drużynę, a nie tylko czekać na podanie wszystkiego pod nos… W końcu on też jest rodzicem i nierzadko dzieli tę samą powierzchnię mieszkalną, więc i w jego interesie jest, aby wszystko jakoś grało… No i warto czasami też skorzystać z pomocy osób trzecich jak chociażby rodzice, którzy przecież często świetnie czują się w roli dziadków i są już doświadczeni w dzieciowych tematach 😉

Jak jest teraz?

Patrząc aktualnie na moje początki przygody łączenia pracy zawodowej z opieką nad dzieckiem, stwierdzam, że jest i łatwiej, i trudniej… Łatwiej, dlatego, że wypracowałam już sobie pewne schematy wypełniania obowiązków, choć wiadomo przy dziecku zawsze różnie może być, a przy tym czuję się dużo pewniej w roli mamy, mając już za sobą wiele testów bojowych, które udało mi się przejść pozytywnie. Trudniej, dlatego, że córka już coraz więcej potrafi, coraz swobodniej śmiga na nóżkach, wszędzie jej pełno, przemieszcza się już między pokojami i często sama się wspina, żeby dostać się do mojego laptopa, jeśli akurat przy niej oddaje się obowiązkom zawodowym… Wiem jednak też, że to „trudniej” w perspektywie czasu także zamieni się w „łatwiej”, bo z czasem córka zrozumie, że gdy mama pracuje, należy się pobawić z dala od laptopa, np. pójść do swojego pokoju i pobuszować w zabawkach, a i mama laptop udostępni na jakiś czas, gdy pracę przed nim zakończy… Już teraz, gdy córka za pół miesiąca skończy roczek, uczę ją tego i czasami pozwalam poklikać na klawiaturze, gdy akurat mam wolną chwilę, a gdy jej nie mam nie obsługuję już laptopa z kanapy, a z krzesełka, na które córa nie wejdzie, żeby mi poprzeszkadzać. Pokazuje jej, że kiedy mogę, to jej udostępniam sprzęty, a kiedy nie mogę powinna bawić się swoimi zabawkami… Nie ulegam też histeriom, które się zdarzają i już powoli widzę, że ta nauka przynosi skutek na jaki liczyłam 🙂 Powoli zaczyna robić się łatwiej…

Dlaczego nie przerwałam pracy zawodowej ze względu na dziecko? Bo własna działalność gospodarcza też jest trochę jak takie moje dziecko, moja marka, w którą włożyłam sporo pracy i nakładów finansowych, a znikając z rynku, nawet na jakiś czas, mogłabym zniweczyć wypracowane już efekty swoich działań. Poza tym zwyczajnie lubię to, co robię, choć czasem mocno dostaje w kość od rzeczywistości, i… może to niektórych zdziwić… potrzebuję pieniędzy 😉

Oczywiście rodzina zawsze będzie dla mnie na pierwszym miejscu i nie pozwolę, by to praca była dla mnie ważniejsza. Rodzina jest bezcennym darem i siłą samą w sobie, jeśli tylko odpowiednio pielęgnuje się więzi.

I mimo że zazdroszczę czasami mężowi etatowej pracy, w określonych godzinach „od… do…”, ze stałą, pewną pensją, bez nerwówki czy wystarczy na opłaty kosztów działalności (które w naszym kraju nie są małe), ogromnie cieszę się, że swoją pracę mogę łączyć z opieką nad dzieckiem, w razie czego nie muszę tłumaczyć się przed szefem, bo sama dla siebie jestem sterem, okrętem i żeglarzem, a dzięki temu, że pozostaję w domu mniej prawdopodobne jest, że ominie mnie jakiś krok milowy w rozwoju córki, który mogłabym przeoczyć, przesiadując gdzieś w biurze czy jakimkolwiek innym miejscu pracy poza domem… No i – mimo tego, że są dni, kiedy jest naprawdę potwornie ciężko wszystko ogarnąć – uśmiechy mojego dziecka posyłane mi w ciągu dnia czy nawet same bystre spojrzenia zawsze są miodem na moje serce, łagodzącym wszelkie złości i utwierdzającym mnie w przekonaniu, że dobrze, że jestem tu, gdzie jestem 😉

Sklep, szynszyle, dziecko, obowiązki domowe, czyli cały ten galimatias

Kiedy na świecie pojawia się dziecko, życie się zmienia, ale nie powiedziałabym, że aż tak diametralnie, jak wielu to przedstawia. Oczywiście od momentu narodzin córka jest moim priorytetem, ale nie zapomniałam też w tym wszystkim o sobie, o swoich zwierzakach, które też traktuje jak swoje dzieci, oraz o firmie, którą powołałam na rynek i która tak po prostu nie może z tego rynku zniknąć… Właściwie to też takie moje dziecko, którego nie mogłabym tak zostawić bez mojej opieki, nawet jeśli trochę zwolniłam w działalności zawodowej… Właściwie całkowicie z działalności zawodowej zrezygnowałam jedynie na czas pobytu w szpitalu, bo po wyjściu, mimo że jeszcze długo po porodzie dochodziłam do siebie, wykonywałam prace niewymagające wysiłku fizycznego z mojej strony.

Generalnie wychodzę z założenia, że odpowiednie podejście pozwala pogodzić wiele rzeczy ze sobą, choć wiadomo zdarzają się i sytuacje, których przewidzieć się nie da. Czasami bywa tak, że po prostu brakuje mi doby od nadmiaru spraw do załatwienia (o czym świadczy m.in. fakt, że do publikacji tego wpisu zbierałam się od 12 września…), ale  nie żałuję, że dokonałam takich, a nie innych życiowych wyborów. A wybory jakich dokonałam skutkują tym, że często pakowanie paczek czy pisanie wiadomości do klientów przerywane jest karmieniami i przewijaniem pieluchy lub po prostu zabawianiem rozwijającej się w błyskawicznym tempie córki 😉 I powiem Wam, że lubię takie życie, choć są dni, kiedy zwyczajnie padam na twarz.

Dziecko na horyzoncie! Szynszyle precz?!

Wiele osób jeszcze w ciąży pytało mnie, jak obecność niemowlęcia w domu chcę pogodzić z szynszylami i to w takim tonie, jakby to był wyczyn godny zdobycia samego szczytu Kilimandżaro. Wiele z nich po prostu wprost sugerowało, że może by tak tego obowiązku się pozbyć… Tylko, że szynszyle są pełnoprawnymi członkami mojej rodziny i nie wyobrażam sobie, bym mogła je oddać, nie dając swojej córce szansy na cudowną przyjaźń międzygatunkową, bo ja akurat jestem z tych, którzy uważają, że dzieci przy zwierzętach wręcz chować się powinny, ucząc się przy nich szacunku do braci mniejszych, troski, miłości i wypełniania obowiązków… Zawsze bardzo smucą mnie historie, kiedy jakiś zwierzak jest zwyczajnie oddawany gdzieś wyłącznie dlatego, że w jego dotychczasowym domu pojawia się niemowlę. Wtedy też zastanawiam się, czy ktokolwiek na świecie oddał swoje dziecko do domu dziecka, bo zapragnął by w jego domu pojawił się pies, kot, chomik czy jeszcze jakieś inne stworzenie…

Przyjmując pod swój dach szynszyle, wiedziałam, że kiedyś pod tym dachem pojawi się także i dziecko i że będę musiała te kwestie pogodzić. Przez myśl nie przemknęło mi nawet, że mogłabym je oddać, bo dla mnie to równoznaczne z wyrwaniem sobie sporego kawałka serca… Ludzie, którzy bez skrupułów zwierzaków się pozbywają dla mnie serca nie mają… Mają jedynie pompkę tłoczącą krew w organizmie i nic więcej – sercem tego nazwać nie można. Oczywiście mówię tu o pozbywaniu się „dla wygody”, bo wiem też, że różne sytuacje się zdarzają i niekiedy trzeba dokonać dramatycznego wręcz wyboru…

Szynszyle są aktywne nocą i nocą też najbardziej hałasują, no i zostawiają tony bobków dziennie, także podczas regularnych wybiegów, podczas których hasają poza klatką, ale wiecie co? To dla mnie, a przede wszystkim dla mojej córki, żaden problem… Bobki zawsze można posprzątać i od zawsze je z mężem sprzątamy – po prostu, gdy córka będzie już bardziej mobilna i sama będzie się przemieszczać po mieszkaniu, trzeba będzie to robić jeszcze dokładniej, a hałasy z klatki akurat mojemu dziecięciu nie przeszkadzają, bo jak uśnie, śpi jak kamień i mam wrażenie, że można by koło niej i czołgiem przejechać… A nawet jeśli by jednak przeszkadzały, to córka ma łóżeczko w drugim pokoju, na drugim końcu mieszkania, gdzie hałasy mało co dochodzą…

A jak szynszyle reagują na Oliwię? Jeśli osoba trzecia zadaje mi to pytanie, to aż przekornie chciałabym odpowiedzieć, że zieją ogniem, oczy im czerwienieją, a z uszu leci para, ale prawda jest taka, że jedynie z uwagą przysłuchują się osobliwym dźwiękom wydawanym przez niemowlaka, jeśli akurat nie śpią, a jak śpią to mają wszystko w głębokim poważaniu 😉 Poznawanie przez kraty i na wybiegu też już przeszliśmy, nikt nie ucierpiał, więc rokowania na wielką przyjaźń międzygatunkową są bardzo dobre 😉 A gdy akurat Oliwia śpi u nas na kanapie, w pokoju gdzie biegają zwierzaki, to po prostu wydzielamy im pół pokoju i tam hasają, i nie wyglądają przy tym na nieszczęśliwe, choć kombinatorstwo, jak dostać się na „strefę zakazaną”, jest na porządku dziennym, ale to akurat normalne i nawet jeśli hasałyby po całym mieszkaniu, oprócz jednej półki, to właśnie na tą półkę chciałyby się za wszelką cenę dostać – takie to już osobliwe charakterki 😀 I m.in. za to je kocham 😉 Na pewno nie są to zwierzaki dla kogoś, kto chciałby by stanowiły osobliwą dekorację mieszkania i żyły pod jego dyktaturę. Uważam zresztą, że takie osoby w ogóle zwierząt mieć nie powinny.

Zabawne jest to, że jeszcze zanim Oliwia pojawiła się w domu, to właśnie szynszyle zapoznawały się z jej „wyposażeniem wyprawkowym”, przeprowadzając m.in. testy bezpieczeństwa leżaczka bujaczka, który dostaliśmy w prezencie od znajomych:

migus-i-bujaczek

No a jak już Oliwia się pojawiła i postanowiliśmy bliżej zapoznać ją z szynszylami, okazało się, że z Elmo jest całkiem dobra szynszylowa niania 🙂 🙂 🙂 Tatuś oczywiście czuwał obok, co na zdjęciu widać, ale nie musiał interweniować, bo nikomu nie działa się krzywda 🙂

oliwia-i-elmo

Zdjęcie zostało zrobione 15 sierpnia 2016. Od tamtego czasu mogę śmiało powiedzieć, że do widocznych tutaj zabawkowych ulubieńców naszej córki (Superzabawki MR, misia szumisia, jak również kontrastowego pokrowca na pieluszki w wesołe pandy od pracowni Szara Gąska) dołączył również żywy przyjaciel, bynajmniej nie do zabawy, ale do wspólnego rozrabiania na pewno 😀 Zobaczymy jak przyjaźń będzie się rozwijać – na pewno postaramy się wychować Oliwię w duchu miłości do zwierząt, przekazując jej to, co najważniejsze, czyli że nie są to zabawki, których można się pozbyć ot tak sobie. Zresztą i za bezdusznym pozbywaniem się zabawek nie jestem, jeśli tylko mogą posłużyć i dać trochę radości jakiemuś innemu dziecku.

Producenci, czyli osoby, z którymi na ogół współpracuje się bardzo fajnie ;)

Nie samymi hurtowniami sklep zoologiczny żyje i dobrze, bo to z producentami współpracuje się na ogół najlepiej, na takiej jakiejś bardziej przyjaznej stopie – przynajmniej ja mam takie odczucia. Poza tym pozyskiwanie produktów bezpośrednio od producentów wpływa na ich koszt – biorąc produkt bezpośrednio od producenta, pomijamy zwykle marżę hurtowni, dzięki czemu produkt może mieć korzystniejszą cenę dla klienta, choć również nie zawsze… Czasami producent nastawiony jest na współpracę  hurtowniami właśnie i to dla nich ma tak korzystną ofertę, że sklepom nie opłaca się brać towaru bezpośrednio od niego, bo wychodzi drożej. Niektórzy producenci nawet nie biorą pod uwagę czegoś takiego jak współpraca bezpośrednia ze sklepami.

Zwykle bardzo wtedy żałuję, bo sama atmosfera przy współpracy z producentem bardziej mi odpowiada – po pewnym czasie jest tak trochę jak w rodzinie, naprawdę z przyjemnością składa się zamówienia. Większość producentów dała mi się poznać z dobrej strony i odbieram ich jako wspaniałych ludzi, którzy mają na celu przede wszystkim dobro zwierzaków, sami są wielkimi zwierzolubami, wspierającymi też szlachetne inicjatywy ze zwierzętami związane.

Za co jeszcze (już od strony czysto związanej z działalnością sklepową) cenię większość producentów?

1. Szybkość wysyłki – zwykle producenci wysyłają swoje produkty bardzo szybko, pod tym względem szczególnie cenię sobie dwóch z nich, o czym wspominałam już kiedyś na profilu Facebookowym sklepu Elzonik. Oczywiście są i w tym względzie pewne niechlubne wyjątki, zdarzyło się, że na towar od producenta czekałam ponad miesiąc, w porywach nawet do dwóch, do niektórych trzeba dzwonić i się przypominać, bo ociągają się z wysyłką z własnego roztargnienia, ale tak poza tym są bardzo sympatyczni 😉

2. Luźna atmosfera w korespondencji e-mailowej – często bywa to moim napędzaczem do działania, nie za bardzo przepadam za intensywnie formalnym tonem komunikacji – wiem, że czasami różne sytuacje tego wymagają, choć niektórzy są tak sztywni, że mam ochotę im wprost powiedzieć, że powinni chyba poluzować gacie… Inni ludzie zawsze mają u mnie punkt, gdy podchodzą do mnie jak do człowieka równego sobie, tak po ludzku, w miłym tonie i przy tym zachowują odpowiednią dozę szacunku. Poza tym pisząc do producenta wiem, że piszę zwykle do tej konkretnej osoby / małżeństwa / pary przyjaciół – zależy kto z kim współpracuje i na jakiej stopie, a nie do jakiegoś wielkiego tworu, w którym ludzie są zupełnie anonimowi.

3. Możliwość podpowiedzenia swojego pomysłu, który ma szansę wejścia w życie – hurtownia zwykle tylko zbiera produkty od producentów, raczej nie podpowiada im, co mogliby wprowadzić i co mogłoby mieć popyt. Pisząc bezpośrednio do producenta, zawsze można jakiś pomysł niezobowiązująco podsunąć, a może akurat zostanie on wprowadzony w życie, w dogodnym dla producenta momencie.

4. Możliwość uzyskania produktu w niższej cenie, o czym wspominałam już wcześniej 😉

I to chyba takie najważniejsze punkty, które sprawiają, że bardziej lubię współpracę z producentami niż hurtowniami, choć – jak już wspominałam – i w tej kwestii nie wszystko jest takie czarne i białe – różne wyjątki można tu odnotować 😉