Szacunek – coś, na co warto MĄDRZE zapracować

Długo zastanawiałam się jak ugryźć zagadnienia, które przewiną się w tym wpisie. Jeszcze dziś rano myślałam intensywnie o tym, o czym pragnę napisać, co powinnam dopisać do tego, co już gdzieś tam stworzyłam. Doszłam do wniosku, że totalnie zmienię tytuł dzisiejszego wpisu, skupiając się głównie na jednej rzeczy, o której zapowiadałam, że napiszę gdzieś „między wierszami” – na szacunku.

W życiu często oczekujemy go od innych, ale czy sami dajemy go od siebie? Oczekujemy go m.in. od własnych dzieci, ale czy sami wychowujemy je w przekonaniu, że my do nich mamy szacunek? Ta sprawa nie jest wcale tak oczywista, jak może się wydawać. Może niektórych oburzę swoim podejściem, ale uważam, że to wcale nie jest tak, iż rodzimy dziecko już z szacunkiem do rodziców gdzieś w pakiecie i ono ma szanować tych swoich rodziców i koniec, bo tak trzeba, bo nawet przykazanie mówi: czcij ojca swego i matkę swoją. Przykazanie oczywiście jest słuszne w swoim przesłaniu, ale nie może być tak, iż ktoś oczekuje czci od swoich dzieci, do nich samych nie przejawiając szacunku. No po prostu na to nigdy się nie zgodzę.

Nie zgodzę się również z tym, że dziecko powinno szanować wszystkich dorosłych jak leci, bo jest mniejsze, mniej doświadczone, młodsze etc. Jasne, starszych ludzi powinno darzyć się szacunkiem, ale to nie może być tak, że oni ten szacunek dostają w pakiecie z wiekiem, a niestety często spotkałam się ze zwyczajnym chamstwem ludzi starszych w stosunku do młodych osób (w tym i mnie), bo przecież one już tyle przeżyły i je szanować trzeba…

Ale po kolei…

NIGDY NIE POWINNIŚMY O SZACUNEK WALCZYĆ KRZYKIEM I PRZEMOCĄ

Co nadal niestety często jest spotykane, zwłaszcza w relacjach dziecko – dorosły, ale nie tylko. Bo czy naprawdę chcemy, by druga osoba, niezależnie od jej wieku, szanowała nas, zachowywała się tak, jak my oczekujemy, tylko dlatego, że się nas boi? Krzyk i przemoc budzą strach, nie ma się co oszukiwać w tej kwestii. Budzą także jeszcze więcej krzyku i przemocy, gdy ta druga osoba zacznie stosować analogiczne mechanizmy obronne. Oczywiście, nie twierdzę, iż w życiu nie zdarzają się sytuacje, kiedy krzyknąć trzeba (np. żeby natychmiastowo i odpowiednio dobitnie ostrzec przed sytuacją potencjalnie niebezpieczną, nikt nie będzie bawić się w spokojne tłumaczenie danego zagrożenia, gdy ono realnie i szybko się zbliża), jednak nie może być tak, że krzykiem załatwiamy absolutnie wszystko względem określonej osoby, a niestety miałam wątpliwą przyjemność obcować krócej lub dłużej z rodzinami, w których notorycznie wiele spraw załatwia się krzykiem. Co gorsza, naprawdę wielu dorosłym się wydaje, iż tak wypracują u dzieci odpowiednią dozę szacunku… A co jeszcze gorsze, wraz z krzykiem stosowana jest przemoc fizyczna.

Jak dla mnie przemoc fizyczna nie jest niczym innym jak wyrazem ogromnej słabości psychicznej tego, kto tę przemoc stosuje. Nie ma różnicy czy chodzi o drobne klapsy dla tzw. „ukazania, kto tu rządzi” czy chodzi o regularne powodowanie większych szkód cielesnych. W obu przypadkach jest to przemoc, której dopuszczać się nie powinniśmy, chyba, że kogoś kręci to w łóżku, a jego partner daje na to wyraźne przyzwolenie i także czerpie z tego przyjemność – to zupełnie inna bajka 😉 Natomiast przemocy, zarówno fizycznej, jak i psychicznej względem dzieci mówię absolutne, niepodaważalne w żaden sposób „NIE”! I dziwi mnie, że jeszcze w tych czasach zdarzają się rodzice uważający, że klaps nauczy dziecko szacunku do starszych. Tak naprawdę nie nauczy, a jedynie wzbudzi strach przed tym, że może zostać skrzywdzone za zachowanie nieodpowiednie do stawianych wobec niego oczekiwań, pobudzi je do oszukiwania, gdy stanie się coś złego, bo jak zatai jakiś swój nie do końca odpowiedni występek, to być może nikt się jednak nie dowie, a będzie spokój, nauczy tego, że jest samo, jeśli nie radzi sobie z emocjami, których zwłaszcza ci najmłodsi nie zawsze rozumieją, jeszcze ucząc się świata… Nie ma w tym absolutnie nic pozytywnego.

Dzieci zdecydowanie uczą cierpliwości, jeśli tylko dorośli chcą się tej cierpliwości nauczyć, a nie tylko dają się ponieść emocjom. Testują, sprawdzają granice, bywają nieznośne, ale i mądrzejsze niż wielu się wydaje. Naprawdę wiele da się im wytłumaczyć w cywilizowany i spokojny sposób. Nie trzeba stosować przemocy, przemoc to pójście na łatwiznę, to nie nauka, a jedynie chwilowe i pozorne zażegnanie problemu, a często i jego jeszcze zaognienie.

Miałam już z córką kilka sytuacji, kiedy wpadła w ogromną histerię, bo zwyczajnie się przestraszyła, nie potrafiła sobie poradzić z jakimiś uczuciami, które w niej wezbrały, a osoby trzecie, niestety również i nam bliskie, ze swoimi „przewspaniałymi i niezastąpionymi radami” uznawały, że to przejaw jakiegoś braku szacunku, fanaberia, że trzeba ją z tą histerią zostawić i działać dalej, bo nie można sobie pozwolić wejść na głowę, a w ogóle najlepiej to w tyłek dać, żeby pokazać i nauczyć… CZEGO? no tak całkiem serio, czego? Naprawdę nie rozumiem. I zażegnałam już niejedną histerię przytulaniem, uspokajaniem, tłumaczeniem, odwracaniem uwagi od tego, co wywołało negatywne emocje… To działa! Naprawdę… Podczas, gdy niebotyczne wrzaski jeszcze pogarszały sprawę, we mnie wzbudzając tyle negatywnych emocji, że miałam ochotę rozszarpać tego, kto wrzaski względem mojego dziecka zaczął. A skoro ja czułam, że wybuchnę i wybuchałam w obronie, to co dopiero musiało czuć moje dziecko, które emocji dopiero się uczy?

Bardzo chcę, by moja córka mnie szanowała i miała szacunek do innych, oczywiście jeśli ci nie wykażą kompletnego braku szacunku wobec niej, ale nie chcę tego osiągać zastraszeniem. Nie powiem, czasami i mi nerwy puszczają, też jestem tylko człowiekiem, ale człowiekiem, który pragnie nad sobą panować, a nie dawać się porwać jakimś niepohamowanym instynktom, które nie pozwalają myśleć racjonalnie. Gdy czuję, że jestem na granicy, biorę parę głębokich wdechów i walczę dalej z problemami… W sposób cywilizowany, a nie barbarzyński. Kocham – nie chcę krzywdzić. To dla mnie oczywiste!

SZACUNKU NIE MOŻNA OCZEKIWAĆ Z AUTOMATU

Trzeba na niego zapracować. Tymczasem ze zgrozą stwierdzam, iż ogromna ilość osób oczekuje go wyłącznie na podstawie jakiegoś błahego powodu, jak np. tego, że jest od kogoś starsza, że jest czyimś szefem itp. Tymczasem można się szefa zwyczajnie bać, postępować zgodnie z jego oczekiwaniami (tak jak i to biedne dziecko, wobec którego stosuje się przemoc), ale nie mieć do niego szacunku. Jeśli natomiast jakaś starsza osoba zachowuje się jak zwyczajny cham, to dlaczego ja mam ją szanować? Dlatego, że chodzi już tyle po tym ziemskim padole i nawet kulturalnie zachować się nie umie? Spotkałam się „na żywo” z argumentem typu: młodziku, Ty mnie szanuj, ja mam 80 lat! Jakby to było jakieś wybitne osiągnięcie w dziedzinie kultury osobistej… Owy pan zarzucił mi w tramwaju, że nie umiem czytać, wskazując na tabliczkę „Ustąp miejsca starszym”, i za grosz mam kultury, a mój jeszcze wtedy narzeczony, a dziś mąż ośmielił się stanąć w mojej obronie (kiedy mnie totalnie zatkało)… Żeby nie było: pan świetnie trzymał się na nogach, 3/4 tramwaju było puste, a on kłócił się, że ja młodsza, więc ustąpić mam i się przesiąść mogę i co z tego, że niepełnosprawna, no przecież młodsza (!) po czym wysiadł na kolejnym przystanku, życząc, aby mój małżonek nie zdał matury (już dawno maturę mieliśmy zdaną)… I naprawdę – ustępuje miejsca tym, którzy bardziej potrzebują go ode mnie, a akurat żadnego wolnego nie ma…

I niestety w znacznej części przypadków to staruszkowie, którzy tak bardzo oczekują od innych szacunku, zwykle mają problem, że zajmuje miejsce siedzące gdzieś w komunikacji miejskiej, jeśli jest dostępne, nie okazując mi ani krzty szacunku… Osoby „młodszej daty” często wręcz mi ustępują i jeszcze ciepło się uśmiechną, co jest bardzo, ale to bardzo miłe.

Osoby, które szanują mnie i moje życie, zawsze mogą liczyć na szacunek z mojej strony, niezależnie od wieku, płci, narodowości itp. Nie muszą się ze mną zgadzać – wystarczy, że uszanują fakt, iż mam zdanie, jakie mam, nie muszą mnie kochać i wielbić – wystarczy jakieś minimum empatii, bo najważniejsze w tym wszystkim jest to, by pozostać sobą i jednocześnie dać innym być sobą, bez krzywdzenia innych.

Reklamy

Te gorsze dni, które zdarzają się w najmniej odpowiednim czasie i chwile zwątpienia z nimi związane…

Jak wiecie w życiu bywa bardzo różnie, a kiedy już mieszka się z dzieckiem pod jednym dachem to chyba niczego nie da się przewidzieć. Każdy, absolutnie KAŻDY człowiek, bez względu na wiek ma prawo do gorszych dni, do tych „cięższych” emocji, tak trudnych do zniesienia nie tylko dla niego, ale i dla jego otoczenia. W chwilach kryzysu i dorośli bywają bardzo zagubieni, a co dopiero dzieci, które muszą się jeszcze nauczyć, jak z pewnymi emocjami żyć i jak sobie z nimi w jakiś racjonalny sposób radzić.

Jeszcze nie tak dawno praktycznie każdego dnia zmagaliśmy się wraz z mężem z trudnymi emocjami naszej córki, która w ciągu kilku sekund potrafiła przejść z super humoru do płaczu, wrzasków rodem z czeluści piekielnych, rzucania się po podłodze. Wiele osób określa takie zachowanie „buntem dwulatka” – jakoś tak potocznie się przyjęło, choć jak dla mnie nie jest to jakieś specjalnie trafne określenie tegoż zjawiska. Mam jednak świadomość, że to pewien normalny etap w rozwoju (choć znam i przypadki dzieci, które nigdy, przenigdy nie urządzały scen dantejskich) no i jak już się pojawi trzeba go przetrwać. Bardzo ciężki czas to dla rodzica – czas ogromnej próby, której przejściu nie sprzyjają bynajmniej komentarze czy „dobre rady” otoczenia, no chyba, że faktycznie są DOBRE, bo i takie wyjątkowo się zdarzają 😉 Ale o tym jeszcze będzie osobny wpis, do którego muszę jeszcze trochę dojrzeć i zebrać myśli…

Niemniej okres ten tak jak gwałtownie się pojawił, tak nagle zniknął. No przynajmniej w takim stopniu, że nie mamy z nim do czynienia absolutnie codziennie, ale już bardzo, bardzo, BARDZO rzadko i pech chciał, że to „bardzo rzadko” przypadło na cały miniony weekend, na który zaplanowane były różne uroczystości rodzinne, a przed którym jeszcze przedwcześnie cieszyłam się, że to, co najgorsze w tym akurat temacie mamy za sobą… Nie będę pisać szczegółowo, co się działo, bo i nie widzę głębszego sensu takiego obnażania prywatności, chciałam natomiast zwrócić uwagę na kilka rzeczy, z którymi zapewne niejeden rodzic się zmaga w swojej codzienności. Zresztą kwestie tu poruszane w dużej mierze będą kręcić się wokół rodzicielstwa, ale dotyczą każdego człowieka, który choć raz w obliczu gorszego dnia, z „dobrymi radami” i ocenianiem musiał się zmagać…

Kryzysy często zdarzają się w najmniej odpowiednim momencie…

No nie ma się co czarować, NIGDY nie ma dobrego czasu na kryzys. „Dobry czas” i „kryzys” to zdecydowanie słowa, które się wzajemnie wykluczają, ale jak to jest, że akurat, kiedy najbardziej nam zależy na tym, żeby coś dobrze wypadło, często wychodzi z tego jakiś koszmar? Cały miniony weekend mieliśmy do czynienia ze scenami wpisującymi się w zjawisko określane jako ten okrutny i ciężki do przeżycia „bunt dwulatka”, akurat kiedy zależało nam, żeby nasza rodzina zobaczyła jaka z nas fajna, rodzinna drużyna… Co za los… Ile razy Wy chcieliście dobrze wypaść np. przed rodziną właśnie, a wyszło zupełnie inaczej?

Ludzie kochają oceniać powierzchownie i na tej podstawie dawać „dobre rady”

Niestety… W miniony weekend dobitnie się o tym przekonałam. I zapewne wraz z mężem nie jesteśmy jedynymi rodzicami, których dzieci zostały dość dosadnie ocenione na podstwie tego, że akurat w danym momencie miały ten gorszy okres, do którego KAŻDY ma prawo. W końcu krewni czy znajomi, którzy z Wami nie mieszkają na co dzień nie widzą, że ogólnie Wasze dziecko zwykle zachowuje się znacznie lepiej, promienieje uśmiechem i radością, potrafi być otwarte na innych… Skoro w danym momencie płacze, pokazuje nie do końca fajne humory, to w mniemaniu wielu, którzy akurat to widzą, na pewno jest takie na co dzień… I teraz, z jeszcze większym sentymentem i zrozumieniem, wspominam moje pierwsze wizyty u koleżanek po tym jak już zostały matkami, a ich dzieci akurat w dzień tej mojej nieszczęsnej wizyty zamieniały się w małe marudy z piekła rodem… Wtedy nie rozumiałam dlaczego tak gęsto się z tego tłumaczą tekstami typu: „no nie wiem, co mu teraz odbiło, zwykle taki nie jest”, bo już wtedy miałam świadomość, że za humorami dziecka czasami ciężko nadążyć i nie zawsze jest cukierkowo. Teraz już rozumiem.. Odkąd sama jestem mamą TAK BARDZO ROZUMIEM i współczuję… Nie tyle tych gorszych dni, co reakcji otoczenia, które zrozumieniem się nie wykazuje, wydając często pochopne osądy…

I tym bardziej doceniam tych moich przyjaciół, którzy rozumieją, którzy dają nam do zrozumienia, że nie musimy się tłumaczyć z tych gorszych dni, że od nich nie usłyszymy, że pędem musimy biegać po lekarzach, bo gorsze dni nie są normalne, że skoro nasze dziecko z rezerwą podchodzi nieraz to dorosłych, to na pewno jest dzikusem, dlatego, że nie puszczamy go do dzieci (taki dziwny zarzut padł nieraz, podczas gdy nasze dziecię często jest onieśmielone przez dorosłych, a w sklepie potrafi zaczepić dziecko, żeby się z nim przywitać i do niego uśmiechnąć…) itp. Zresztą tym owym „dzikusem” może być po mnie, bo mnie w dzieciństwie bardzo onieśmielali dorośli, nawet ci z rodziny i tylko z nielicznymi miałam super kontakt… Moja córa też ma super kontakt z nielicznymi dorosłymi. Są znajomi, do których nawet nie podejdzie, a jest i „przyszywana” ciocia, przy której potrafi zasnąć, nawet szybciej niż przy mnie… I jak dla mnie to jest ok. Sama nie rzucam się w ramiona każdego człowieka, jakiego napotkam, jednych darzę większą sympatią, innych mniejszą. Nie widzę powodu, żeby do każdego moje dziecko było tak samo otwarte – taka postawa jest wręcz niebezpieczna, a już wmawianie mi, że „jest dzikusem” w stosunku do dorosłych, dlatego, że nie ma kontaktu z dziećmi jest jakimś kuriozum. Pomijając już fakt, że nie trzymamy jej w klatce z zerowym dostępem do dzieci i już całkiem sporo, jak na to swoje krótkie życie, dzieci poznała 😉

Rodzice najlepiej znają swoje dzieci

I fajnie by było, gdyby otoczenie o tym pamiętało, a nie „dokładało do pieca” uwagami, które kompletnie się nie sprawdzą w danym momencie. Często od najbliższego otoczenia słyszę, że gdybyśmy zrobili tak, a nie inaczej, to czegoś byśmy uniknęli – łatwo jest mówić, gdy jest się biernym obserwatorem „od czasu do czasu”. Rodzicielstwo nauczyło mnie, że pewnych rzeczy nie do końca dla nas przyjemnych uniknąć się nie da (chyba, że da się całkiem dziecku wejść na głowę, ale to urodzi o wiele poważniejsze konsekwencje w przyszłości) – trzeba się z nimi zmierzyć. Kilka razy przeżyje się piekło, tak jak my przeżywaliśmy np. w sklepie, gdy dziecko chciało biegać wszędzie samopas i ściągać rzeczy z półek, ale za którymś razem w końcu nie trzeba będzie się „szarpać”, bo dziecko zrozumie, że i tak nic nie ugra. Idąc w taktykę unikania, kompletnie bym musiała zrezygnować z zakupów z dzieckiem, a rzadko mam okazję, by móc wyjść do sklepu bez niego. Śmierć głodowa murowana 😉 No wiem, że są też rodzice, którzy w nosie mają swoje pociechy, robiąc zakupy, a te wyczyniają wśród półek, co tylko zechcą (co w sumie też można podciągnąć pod taktykę unikania), ale to już ich sprawa, że hodują, a nie wychowują… Rodzic najlepiej zna swoje dziecko i jeśli przy tym jest mądry, to zrobi, co w jego mocy, żeby jak najlepiej wyjść z danej sytuacji. To, co ktoś uważa za „złotą radę” niekoniecznie musi się sprawdzić w danym przypadku, dlatego dobrze by było, gdyby otoczenie czasami potrafiło ugryźć się w język zamiast takie rady dawać… A jeśli już dawać, to mądrze słowami typu: „może warto byłoby…” zamiast „gdybyś to zrobił tak, byłoby inaczej…”

Ileż ja kłótni z szanownym małżonkiem przeżyłam przez czasami wykluczające się „złote rady”, jeszcze zanim wypracowaliśmy absolutnie wspólny front, który na co dzień naprawdę dobrze się sprawdza. Obwinialiśmy siebie nawzajem bardzo, głównie za to, że nasza córka nie spełnia CUDZYCH oczekiwań, tak właśnie… CUDZYCH… Bo np. ktoś posiał wątpliwość, że jeszcze nie za wiele mówi, mąż się niezdrowo przejął i gotowa kłótnia, że córka nie umie sklecić zdań podrzędnie złożonych… a ja wiem, że ma czas i widzę, że z dnia na dzień kombinuje z mową coraz bardziej, poza naszymi zmartwieniami, swoim tokiem… Jak faktycznie pojawią się problemy, to zmierzymy się z nimi w obecności specjalisty, tymczasem niestety…

Ludzie często lubią szukać problemów tam, gdzie ich nie ma…

Nasza córa fajnie się rozwija, jest na ogół pogodnym dzieckiem, poza pewnymi gorszymi dniami, z przeszkodami architektonicznymi radzi sobie nieraz lepiej niż ja z tą moją niepełnosprawnością, a wielu zamiast naprawdę się cieszyć tym razem z nami szuka dziury w całym. W sumie ja do niedawna też szukałam, bo to przecież takie niewiarygodne mieć na moim miejscu takie fajne, zdrowe dziecko i do tego kochające bezwarunkowo taką nieidealną, niepełnosprawną mamę. Jakaś skaza na tym szczęściu być musi… No musi! I to o wiele większa niż te gorsze dni, w których zwyczajnie trzeba być wsparciem i przetrwać…

Brak wiary – problem wielu rodziców, ale nie tylko 

Tak wielu młodych, naprawdę fantastycznych rodziców boryka się z brakiem wiary. Sami nie wierzą w siebie, rodzina w nich nie wierzy, znajomi nie wierzą… Ciężko, bardzo ciężko wierzyć w siebie, gdy inni nie wierzą, poddają w wątpliwość nasze kompetencję, intuicję, sami wiedzą lepiej… To jest po prostu masakra, jak bardzo można podłamać fantastycznego człowieka brakiem wiary. Ja pierwszy raz ze sporym jej brakiem ze strony wielu osób zetknęłam się, zakładając mój sklep Elzonik.pl. Wielu próbowało mnie zniechęcić do jego uruchomienia i wbijało mi tym samym nóż w serce, bo nic tak nie napędza fajnych działań jak świadomość, że ktoś w nas wierzy, kibicuje, popiera to, co robimy. Fajnie od kogoś usłyszeć: „dobra robota!”, „świetnie ci idzie!”, „jesteś zajefajną mamą!” zamiast „to się nie uda!”, „znowu popełniasz błąd!”, „jak możesz postępować w ten sposób – to nie zadziała!”. Ale kurczę tak jakoś lubimy się skupiać na tym, co złe zamiast chwalić za to, co dobre, bo zazwyczaj jak coś robimy dobrze, to inni uznają to normę, standard, niegodny jakiejś specjalnej pochwały, a jak coś zrobimy źle, to potrafi wypominać się to sporo razy i przy tym już nie dostrzegać pozytywów. Komu nigdy w życiu nie powinęła się noga, niech pierwszy rzuci kamieniem, a kto chciałby czasem od kogoś usłyszeć: „jestem z ciebie naprawdę dumny” niech podniesie rękę. Dlatego też ja może zbyt często mówię Oliwii, że jestem z niej dumna, ale założyłam sobie, że będę się starać skupiać na tych dobrych rzeczach i je pielęgnować, a złe wrzucać w niepamięć zamiast rozpamiętywać w nieskończoność, jak to bywa, gdy ktoś zobaczy, jak powinie nam się noga. Wiele małżeństw przez to się rozpada – przez wzajemne obwinianie się i wypominanie w nieskończoność… Czasami w życiu trzeba wcisnąć reset i „uruchomić system ponownie”, z wykasowaniem wszelkich błędów z dysku.

PAMIĘTAJWielu ludzi będzie wiedziało najlepiej, co zrobić, ale to Ty najlepiej weźmiesz swoje życie we własne ręce.

Jak to właściwie jest z tym portfelem, domem i sercem? Mój punkt widzenia

„Bez moich dzieci,

mój dom pewnie byłby czysty,

a portfel pełny,

ale serce byłoby puste”

Takie oto hasło pojawiło się swojego czasu w co najmniej kilku miejscach w sieci i krąży sobie gdzieś na internetowej autostradzie, od czasu do czasu przewijając się gdzieś w mediach społecznościowych, niejednokrotnie wraz z dziarskim zapytaniem: „zgadzacie się mamusie?” Otóż może Was zadziwię, ale ja się nie zgadzam 😉 No przynajmniej nie w pełni… Dlaczego? Już wyjaśniam.

Właściwie to owe stwierdzenie w swojej części z portfelem nawet całkiem nieźle mnie wkurzyło, w jakimś stopniu rozbawiło – no wzbudziło wiele uczuć, jak widać dość skrajnych. Ja rozumiem wraz z dzieckiem, już i na etapie samej ciąży, pojawiają się wydatki, raz mniejsze, raz większe, od czasu do czasu nawet i ogromne, ale nie można z dzieci robić jakiejś nadludzkiej wręcz siły siejącej spustoszenie w portfelu, który być może opływał by w miliardy, gdyby nie ta mała, a jakże kosztowna w utrzymaniu istotka… A opływał w miliardy przed jej pojawieniem się, by następnie obrosnąć w kurz na samą wieść o jej istnieniu? No raczej nie 😉

Magia pieniędzy jest niebywała

Przynajmniej w moim przypadku, bo i przed pojawieniem się dziecka i zwierzaków (które często także utożsamiane są z tym powiedzeniem przez ich troskliwych opiekunów na zasadzie: zamiast słowa „dziecko” wstaw zwierzątko, jakie chcesz) mój portfel za pełny to nigdy nie był 😉 Jakoś tak często w życiu jest, że ile by się nie zarabiało, pretekst do wydawania zawsze się znajdzie, a odłożyć coś jest ciężko, a już jak ja coś odłożę, to często los każe mi coś skubnąć z odłożonej kasy, bo np. auto zaniemogło i trzeba odwiedzić mechanika… Jakby się tak głębiej zastanowić, to z wieloma wypadkami życiowymi zmuszającymi do wydania pieniędzy, dzieci nie mają za dużo wspólnego, jeśli w ogóle w jakiś sposób są z czymś powiązane… A jeżeli komuś już uda się coś więcej odłożyć, to często nie wynika to z faktu nieposiadania dzieci. Znam rodziców, którym los pozwolił całkiem sporo przyoszczędzić, a i znam bezdzietnych,  bez istot wszelakich na utrzymaniu, żyjących na oparach od wypłaty do wypłaty.

Ale właściwie nie o oszczędzaniu chciałam tutaj mówić, a właściwie ogólnie o tym, że portfele ludzi nieposiadających małych istot na utrzymaniu często wcale nie są pełniejsze. Przynajmniej mój wcale nie był pełniejszy zanim zdecydowałam się na powiększenie rodziny i to nie jest tak, że wraz z dzieckiem przyszedł wielki huragan, porywający praktycznie cały pieniężny dobytek. Wydaje tyle środków, na ile akurat budżet mi pozwala, po prostu przed założeniem rodziny wydatki były inne. Kiedyś częściej chodziło się na imprezy, spotykało ze znajomymi na mieście, wydawało na mniej lub bardziej przydatne pierdoły. Dzieci po prostu weryfikują priorytety i zmieniają myślenie o budżecie. Już nagle osiemnasta para butów nie jest tak ważna jak zapas pieluch np. i odpuszczamy sobie wydatki, które nie są na dany moment niezbędne.

Czy mój portfel, gdyby nie było mojej córki, byłby pełniejszy? No może łatwiej byłoby mi coś przyoszczędzić, ale wielkiej rewolucji w finansach by nie było na pewno. Wydatki zawsze się znajdą. Jeżeli nie na życiowe konieczności, to na przyjemności chociażby, a zawsze znajdzie się coś, co przy pewnym nakładzie finansowym przyjemność nam sprawi.

Kiedyś prawdziwą przyjemność sprawiało mi wydawanie kasy na torebki, do tej pory mam ich sporo, dziś przechodzę koło torebek i zastanawiam się, jak ja mogłam aż tak jarać się takimi rzeczami 😀 Serio. Dziś największą przyjemność sprawia mi radość mojej córki, jej zniewalający , szeroki, najszczerszy uśmiech na świecie… No i te moje urocze szynszylaki też dają mi sporo radości, dlatego potrzeby tych wszystkich małych istot są dla mnie niezwykle ważne. Jak dostaję jakąś extra kasę od rodziny, to już zastanawiam się co będę mogła kupić córce – no tak już mam i w najgłębszym sekrecie powiem, że wielu rodziców też tak ma i może dlatego wydaje się, że dzieci tak bardzo rujnują budżet 😉 Kiedyś to co dziś wydaje na córkę, wydałabym na nową, niekoniecznie naprawdę potrzebną torebkę czy inną pierdołę. To priorytety i źródła radości się u mnie zmieniły, a nie zasobność portfela. To tak samo jak palaczom wypomina się, że za to co już w życiu wypalili kupiliby sobie Porsche, a tak, spoglądając prawdzie w oczy, warto zadać sobie pytanie, ilu niepalących posiada taką extra brykę? Po prostu ktoś wydaje fortunę na zrujnowanie własnego zdrowia, a ktoś inny np. na książki, jeśli to je akurat uwielbia i są jego, zdecydowanie zdrowszym, nałogiem 😉

Z CZYSTOŚCIĄ KAŻDY JEST CZASEM NA BAKIER

Bez względu na to, czy akurat posiada dzieci lub słynne z brudzenia zwierzaki, czy też nie… Były w moim życiu takie momenty, że mieszkanie zarastało brudem z różnych powodów, niespowodowanych obecnością małych istot na utrzymaniu i przyznaję, że teraz strasznie mi za takie momenty wstyd, bo mam świadomość, ile teraz potrafię w domu ogarnąć, kiedy akurat córka idzie z tatą na spacer, a ja mogę sam na sam zostać ze ścierką do kurzu. Wtedy czasami górowało lenistwo (a czasami ciężka praca nad czymś innym, ale za wynikły z tego bałagan wstyd mi nie jest ;)), teraz na lenistwo nie mam czasu 😉 I śmiem nawet stwierdzić, że czasami właśnie dzięki dziecku mam czyściej, bo ogarniam bardziej na bieżąco niż kiedyś – inaczej totalnie zginęłabym w chaosie 😉 Fakt faktem, że teraz przypomina to prawdziwe syzyfowe prace i efekt sprzątania jest krótszy, ale jednak znowu w pewnym stopniu zmieniło się podejście 😉 I to podejście jest tu kluczem, no bo teraz faktycznie, gdyby nagle córa zniknęła z mieszkania na dłuższy czas, miałabym czyściej, bo wykorzystałabym na pewno część tego czasu na efektywne, niczym niezakłócone sprzątanie. Byłoby na pewno czyściej, ale czy tak w pełni czysto? Przy wysokich standardach sprzątania przekazanych mi przez moją mamę, to absolutnie nigdy w życiu nie mogę powiedzieć, że wysprzątane jest na tip top, bo zawsze coś tam się znajdzie, do czego przyczepić się można 😉 No i tak szczerze powiedziawszy trochę szkoda życia na wieczne latanie na szmacie za każdym najmniejszym brudkiem 😉 W życiu jest tyle ciekawych i konstruktywnych zajęć – warto mieć ogarnięte i jakoś jednak ogarniać, ale zażynać się w imię czystości na 1000000000% na pewno nie 😉

A tak szczerze powiedziawszy, to teraz moja córa już od pewnego czasu jest na takim etapie, że lubi pomagać w pracach domowych i to ona często sprawia, że np. nie czekam z rozładunkiem zmywarki, a rozładowuje ją razem z nią, często znacznie sprawniej i szybciej niż gdybym miała to zrobić sama. No i nigdzie nie zostawiam zalegających brudnych naczyń, bo zaraz ta moja pierworodna mi je przynosi i pokazuje, że mam odłożyć do zlewu lub zmywarki. To, gdy mamy z mężem wieczory bez córki, a kilka razy już zdarzyły się takowe, śmiejemy się, że teraz bezkarnie możemy zostawić brudne szklanki po kawie czy kieliszki po winie na szafce pod telewizorem i nikt nam uwagi nie zwróci 😀 Także może i córka robi wokół siebie bałagan, gdy się bawi, ale też jednocześnie stoi na straży, abyśmy to my byli porządni 😀

A CO Z TYM SERCEM?

No i w końcu doszłam do fragmentu o pustce serca i z nią również zarówno się zgadzam, jak i nie. Nie uważam bowiem, że moje serce zanim zdecydowałam się na dziecko było puste. Kochamy przecież w życiu różnych ludzi. Mamy przyjaciół, rodzinę, których darzymy uczuciem jeszcze zanim w naszym życiu pojawią się nasze własne dzieci. No a co jak ludzie bezdzietni są z wyboru? Ich serce przez ten wybór jest puste? No nie 😉 W swoim życiu nierzadko mają oni kogoś, kogo darzą bezgraniczną, szaleńczą miłością, często mają swoich własnych rodziców, dziadków, których szczerze kochają – ich serce jest pełne miłości, choć nie akurat do dzieci… Oczwiście, nie rozpatrując stwierdzenia o pustym sercu dosłownie, a w kontekście: „mam dziecko, ale nagle je tracę”, czułabym przeogromną pustkę, bardzo bolesną przy tym i myślę, że żadna inna miłość nie byłaby w stanie jej zapełnić… Jednak serce ludzi darzących miłością, nigdy w pełni puste nie jest, a i jak ktoś, kogo bardzo kochamy odchodzi, miłość w sercu pozostaje i nie pozwala nam o nim zapomnieć… To bez miłości, serce jest puste, a dzieci niewątpliwie są źródłem ogromnej, wręcz niepojętej miłości – takiej, której żadna inna miłość nie zastąpi… Ale jednak nie są przy tym źródłem jedynym.

Każdy wiek jest dobry, by zadbać o zdrowie i samopoczucie ;)

Jako mama, zresztą przed okresem macierzyństwa także, często słyszę bądź czytam o tym, jak to należy odpowiednio zadbać o zdrowie i samopoczucie dziecka, jak ważna jest jego odpowiednio zbilansowana dieta itp.

Jako pozytywnie zakręcona pani z zoologa, założycielka internetowego sklepu Elzonik.pl uczestniczka zwierzakowych forów i grup dyskusyjnych, jak również szynszylowa mama, niewątpliwie kochająca także swoje szynszylowe dzieci, równie często napotykam w internecie mniej lub bardziej żartobliwe stwierdzenia, jak to zwierzakom wybiera się w sklepie największe smakołyki wydając na nie niemałą kasę, a samemu niemal wgryza zęby w ścianę, zadowalając się byle czym…

PYTAM WIĘC…

Dlaczego tak często, dbając o tych, których kochamy, rozumiejąc ich potrzeby na drodze do dobrego zdrowia i jeszcze lepszego samopoczucia zapominamy o samym sobie?

 

Dla mnie to przerażające, że tak wiele matek bardzo troszczy się o swoje dzieci, jednocześnie nie troszcząc się o siebie… Tak wielu troskliwych, wspaniałych opiekunów zwierząt staje na głowie, by życie ich pupili osiągnęło odpowiednio wysoką jakość, a nie dba o to, by przy tym nie zapominać o własnych potrzebach… Oczywiście zdaje sobie sprawę, że w życiu bywają sytuacje, kiedy należy zepchnąć siebie jakby na gorszy tor… Na przykład walcząc o zdrowie swoich bliskich, ciężko myśleć o własnym, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z ciężkimi chorobami, którym nierzadko trzeba podporządkować życie i codzienne funkcjonowanie, ale także wtedy nie można o sobie zapomnieć tak całkowicie.

Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta:

„ponieważ mamy dla kogo żyć i nasze podupadnięcie na zdrowiu i samopoczuciu na pewno nie będzie służyć dobru tych, których kochamy całym sercem”.

W różnych miejscach zrzeszających rodziców w internecie można przeczytać wiele wskazówek dotyczących prawidłowego wychowania i wyrabiania odpowiednich nawyków żywieniowych u dzieci. Na grupach dyskusyjnych na porządku dziennym są debaty dotyczące rozszerzania diety u maluchów, dbania o odpowiednio zbilansowane posiłki itp. Wiadomo najmłodsze brzuszki wymagają troski szczególnej i to nie podlega dyskusji. Dyskusji podlega natomiast podejście i ton rodziców wypowiadających się na forum publicznym w kwestiach dbania o dzieci. Bardzo często z takich wypowiedzi da się wyczytać to, co niewątpliwie ważne, że maluchom byle czego podawać się nie powinno, jak i to, co moim skromnym zdaniem jest skrajnie głupie, że my jako dorośli już byle co wcinać możemy, bo przecież nie umrzemy (choć jak wiadomo prędzej czy później umrze każdy ;)).

Niejednokrotnie miałam styczność z historiami, kiedy to dorośli na rzecz swoich dzieci jedli byle co, byle ich pociechy miały absolutnie to co najlepsze, najlepiej wszystko ekologiczne, takie i owakie… i wcale nie były to historie rodem z marginesu społecznego, gdzie ludzie muszą sobie odmawiać kromki chleba, by ich potomstwo nie chodziło głodne… Bywały historie o wydawaniu bajońskich sum na najlepsze witaminy i marcheweczki rodem z eko ryneczku dla dzieci, by samemu zadowalać się najgorszym odpadem z hipermarketu, bo przecież z drowie dzieci najważniejsze, a dorosły żołądek strawi, co trzeba. Zdrowie dzieci dla rodziców jest najważniejsze – sama wiem o tym dobrze, dla córki jestem skłonna do poświęceń, do takiego dzielenia się różnymi dobrami, aby jak najbardziej na tym skorzystała, ale właśnie…

Słowem kluczem jest tu DZIELENIE SIĘ (!)  Nie całkowite zapominanie o sobie, jak to robi niestety naprawdę spora część rodziców. Nawet jeśli faktycznie głównie z myślą o dziecku kupuje przepiękne, bogate w wiele cennych witamin borówki, bo moje dziecko je uwielbia – sama także je jem w trosce o zdrowie własne. Nie gotuje dziecku super zdrowego obiadu, sobie serwując byle co – jem razem z nim, bo jak gotować zdrowo to dla całej rodziny, a jednocześnie nie popadam też w paranoje, że zawsze musi być super zdrowo i od czasu do czasu całą rodziną jemy coś, co za zdrowe raczej nie uchodzi – we wszystkim najważniejszy jest umiar i rozsądek. Jeśli kupuje warzywa na eko bazarku, wszyscy jemy warzywa z eko bazarku, jeśli kupuje w hipermarkecie, wszyscy jemy te z hipermarketu – bez rodzielania, że te eko to dla dziecka, a te marketowe to dla dorosłych – po prostu… a bez względu na to, gdzie kupuje dane produkty zawsze zwracam uwagę na ich jakość i wybieram to, co na daną chwilę i w danym miejscu wydaje mi się najlepsze. Swoją drogą nie mam też złudzeń, że prędzej czy później moje dziecko nie zetknie się gdzieś z niekoniecznie najzdrowszym, najbardziej ekologicznym „naj-jedzeniem” i wolałabym, żeby – kiedy już do tego dojdzie – nie miało z tego tytułu rewolucji żołądkowych, z którymi by się raczej zetknęło w momencie, gdy jego żołądek byłby przyzwyczajony tylko do super, hiper zdrowych produktów…

Jeśli kupuje witaminy dla dziecka, to kupuje je też dla siebie, bo wiem, że moje zdrowie także jest ważne. Od pewnego czasu w naszej kuchni na stale zagościł chlorofil w płynie, jako naturalny preparat doskonale oczyszczający krew z tego, co złe i odżywiający ją w to, co dobre, i korzysta z niego cała rodzina, a nie tylko dziecko. Oczywiście w przypadku zwierzaków nie do końca to tak działa, bo ich pożywienie jest raczej specyficzne (choć niektóre ziółka czy przysmaki szynszylom podkradam, bo to takie same produkty, jakich mogą używać ludzie), ale w ich przypadku też nie powinno być tak, że dbamy o ich prawidłowe żywienie, a sami kupujemy dla siebie najtańsze konserwy z marketu 😉 Tymczasem na stoiskach mięsnych często można spotkać starsze panie wybierające najlepsze, najdroższe mięsko dla… kotka i te znacznie mniejszej jakości dla siebie.

Nigdy nie zapominaj o sobie w całym tym rodzicielstwie czy opiece nad ukochanym pupilem, który niewątpliwie zasługuje na to, co najlepsze, bo Ty również na to zasługujesz!

I to nie tylko w kwestii żywienia, ale także innych życiowych kwestiach, które będę jeszcze przybliżać w tym moim maleńkim kawałku sieci 😉

A jeśli gdzieś tam w duchu myślicie sobie, że racji nie mam i jestem okropna i zła, bo nieskłonna do wyrzeczeń i myśląca w tym wszystkim o sobie, podczas gdy powinnam myśleć wyłącznie o tych, których kocham, to odpowiem Wam, że myśląc o sobie, myślę też o tych, których kocham… Bo tak całkiem szczerze:

Czy Wasze dzieci będą szczęśliwe, widząc rodziców podupadających na zdrowiu?

 

W ich pierwszym etapie życia jesteście dla nich całym światem, a i w późniejszych nadal pozostajecie kimś bardzo ważnym… I na pewno chciałaby byście uczestniczyli w ich życiu jak najdłużej, wspierali, spędzali czas, dzielili najważniejsze momenty, smutki i radości. Kto Was zastąpi, jeśli przez lekceważenie swojego zdrowia odejdziecie zbyt wcześnie? Czy z uśmiechem na ustach będą patrzeć jak poświęcacie się za bardzo i podupadacie na samopoczuciu? Czy raczej będą najszczęśliwsze na świecie, widząc Was w dobrym zdrowiu i kondycji jak najdłużej?

 

Odpowiedzcie sobie sami…

 

To samo dotyczy się zwierząt. I w przypadku dzieci, i naszych czworonożnych przyjaciół musimy mieć siłę, aby się nimi odpowiednio zaopiekować, towarzyszyć w życiowej wędrówce. Siłę, której może zabraknąć, jeśli w trosce o wszystkich wokoło zapomnimy o samych sobie.

O przyjaźni prawdziwej…

Dziś będzie dość krótko (przynajmniej jak na mnie ;)) i treściwie o przyjaźni – tej prawdziwej, tej której każdemu człowiekowi życzyłabym z całego serca – tej, którą tak trudno znaleźć… Nie od dziś bowiem wiadomo, że słowo przyjaciel jest zdecydowanie zbyt często nadużywane w naszym życiu i często zbyt łatwo przychodzi na myśl, gdy myślimy o znajomych.

Od jakiegoś czasu znajduję się na takim etapie życia, który zweryfikował wiele moich relacji międzyludzkich, a kamieniem milowym w tym względzie było spore rozczarowanie względem kogoś, kogo kiedyś wzniosłam na piedestał, powierzając mu niezwykle ważną rolę w niezwykle ważnym dla mnie przedsięwzięciu… Kogoś, kogo uważałam za przyjaciela, dla kogo myślałam, że jestem ważna, a jednak okazało się inaczej… Nie będę zresztą ukrywać, że to nie był jedyny taki przypadek, którym mocno się rozczarowałam, bo użyłam względem niego słowa przyjaciel zbyt pochopnie.

Bo jaki właściwie przyjaciel powinien być, aby przyjacielem można było go nazwać?

Dla mnie przyjaciel to taki ktoś, kto chce uczestniczyć w naszym życiu, a jednocześnie pozwala nam na uczestnictwo w swoim, pozwala nam cieszyć się ze swojego szczęścia i potrafi dzielić z nami smutki, gdy zajdzie taka potrzeba… Wesprze na tyle, ile może i będzie kibicować w realizacji marzeń. Po prostu będzie w pogotowiu, gdy zwykła rozmowa będzie nam potrzebna… Bo należy pamiętać (a swojego czasu niestety ja o tym dość mocno zapominałam), że w przyjaźni obie strony powinny być dla siebie wsparciem i nie może być tak, że tylko ty dajesz coś od siebie, a nie otrzymujesz nic albo prawie nic w zamian. Nie może być tak, że ty przewracasz cały swój grafik do góry nogami, by kogoś wesprzeć, a potem ten ktoś będzie zbywał cię ciągle brakiem czasu, gdy nie będziesz mu potrzebny. Zwłaszcza w obecnych czasach, kiedy w dobie internetu odległość przestaje mieć znaczenie, bo zawsze można chociaż napisać parę słów do drugiej osoby, by ta wiedziała, że tam gdzieś jest ktoś, kto o niej myśli.

Choć przyznaje również, że czasami bywa też tak, iż faktycznie na dłuższy okres kontakt z różnych względów się urywa, ale potem ulega w końcu odnowieniu i czujesz, że to jest to… Przyjaźń, która czasowo zamilkła, jakby się wygasiła w mniejszym lub większym stopniu, a potem – gdy już w końcu przemówiła – było tak, jakby nigdy nie było rozłąki… Przeżyłam to całkiem niedawno i to naprawdę niezwykłe uczucie.

Przyjaźń często mierzy się latami, bo i właśnie długoletnie znajomości zwykle zmieniają się w niezwykłą relację przyjacielską, ale bywa też tak, że kogoś znasz stosunkowo krótko, a czujesz jakby to było całe życie. Czujesz, że możesz z tą osobą przegadać wiele godzin i nie będziesz mieć dość lub odwrotnie – że możesz z nią godzinami pomilczeć, a i tak będzie fajnie, bo przyjaźń nie polega tylko na słowach. W moim życiu było tak, że rozczarowałam się kilkuletnią znajomością, podczas gdy na dużo świeższych relacjach naprawdę wiele zyskałam, poczułam się dla kogoś ważna, uczestniczyłam w ważnych życiowych wydarzeniach, na moich oczach spełniały się marzenia i to było magiczne.

Teraz, gdy moje życie się zmienia, a przede mną otwierają się nowe perspektywy, częściowo zawiodłam się na tych, na których wsparcie liczyłam, ale i okazało się, że istnieją osoby, na które mogę liczyć zawsze i które wspomogą mnie różnym rodzajem pomocy – takim, na które na chwilę obecną mogą sobie pozwolić, a które da mi siłę, by wytrwać. Dzięki takim ludziom coś, co wydawało się wręcz ogromnym problem, nagle przestaje mieć znaczenie… Dzięki takim ludziom moje marzenia potrafią przetrwać największą burzę…

Przyjaźń oczywiście nie oznacza bezwarunkowego, ślepego zapatrzenia w drugą osobę – czasami w przyjaźni trzeba kopnąć kogoś w tyłek, żeby się otrząsnął i zrobił coś dobrego w swoim życiu, a nie tkwił w przekonaniu o tym, że nie da zmienić się nic. W przyjaźni, jak i w każdej relacji, zdarzają się kłótnie, nieporozumienia – ważne, by nad sobą pracować. W emocjach czasami mówimy i robimy różne rzeczy – ja też w tym względzie święta nie jestem 😉

Wszystkim natomiast życzę, by – mimo swoich wad – potrafili okazać przyjaciołom, że są dla nich ważni i nie zapominali o nich w najbardziej kluczowych chwilach swojego życia 🙂

Bądź wytrwały jak szynszyla! (oraz dziecko poznające świat ;))

Bo w szynszyli ukryte są wielkie pokłady determinacji w dążeniu do celu. Choćby sto razy się nie udawało, ona spróbuje sto pierwszy, choćby i tysiąc razy się nie udawało ona spróbuje tysiąc pierwszy, ba! choćby i milion razy się nie udało – ona wciąż będzie próbować, jeśli tylko na czymkolwiek będzie jej zależeć. Nieważne, czy to będzie nielogiczne, denerwujące, banalne, czy zwyczajnie niebezpieczne. Jeśli chodzi o to ostatnie, to często zresztą mam wrażenie, że szynszyle wyznają zasadę: bez ryzyka nie ma zabawy.

A może właśnie, gdyby w życiu częściej ryzykować, mniej się poddawać i bardziej wierzyć w siebie (niczym wspomniana szynszyla), byłoby łatwiej zdobywać szczyty? Właściwie to jestem o tym przekonana, sama będąc osobą, której czasami brakuje determinacji i wiary… Wiary w nic innego, jak w siebie i we własne siły. Gdybym tylko miała jej w sobie tyle, ile takie małe stworzonko, przekonane chyba o swojej bezkarności i nieśmiertelności, mogłabym i góry przenosić 😉 I to wcale nie jest żart.

Często mówimy, że ludzie mogliby od zwierząt się uczyć… Od psów wierności i podejścia do kwestii przyjaźni, od kotów samodzielności, od zwierząt żyjących w większych społecznościach wzajemnej współpracy itp. Dlaczego więc nie dopisać do tych nieco bardziej popularnych przykładów szynszyli z jej wytrwałością w dążeniu do wyznaczonych celów? 😉

Zanim stałam się dumną opiekunką tych wspaniałych stworzeń, nie zdawałam sobie sprawy, że tak mała istota może być aż tak wielka duchem, mieć takie pomysły i tyle determinacji w dążeniu do ich realizacji. Dla wielu, którzy nie mieszkają na co dzień z żadną szynszylą, to po prostu nieco większy gryzoń, a ja podziwiam te zwierzęta, naprawdę podziwiam, choć podkreślić też trzeba, że brak umiaru w takiej determinacji może też wpędzić w kłopoty. No bo, kiedy np. szynszyla w końcu, mimo wszystko, osiągnie swój cel i przegryzie kabel podłączony do prądu, to wielkim szczęściem będzie, jeśli to wydarzenie zakończy się jedynie na osmalonych wąsach, czy jak kto woli (bardziej fachowo rzecz ujmując) – wibrysach. W przypadkach narażania życia i zdrowia raczej nie namawiałabym więc do tego, by być jak to zwierzę. Co innego, gdy do czynienia mamy z działaniem, które finalnie ma korzystnie wpłynąć na nasze życie – wtedy jak najbardziej, uczmy się od szynszyli.

W takich przypadkach, nawet gdy człowiek, w którymś momencie się sparzy, to zazwyczaj po to, by zmodyfikować nieco swoją ścieżkę w dążeniu do życiowego celu, do jakiegoś swojego skrytego marzenia. Do realizacji marzeń zawsze warto dążyć konsekwentnie i wytrwale, choć sama dobrze wiem, jak bardzo czasem jest to trudne… Często sama sobie w myślach niekoniecznie mądrze powtarzam, że czegoś nie da się przeskoczyć… Czasami faktycznie tak jest, ale w wielu przypadkach potrzeba po prostu wiary w to, że można znaleźć rozwiązanie i pokonać bariery. Tak jak uparcie do pokonywania różnych barier dążą szynszyle… i zwykle to ich opiekunowie załamują ręce i wciąż rozmyślają nad tym, jak stworzyć bariery nie do pokonania, które sprawiłyby, że wybiegi ich podopiecznych byłyby w pełni bezpieczne. W tym przypadku też oczywiście potrzebna jest determinacja (!) w wymyślaniu coraz to bardziej innowacyjnych zabezpieczeń 😉

Ludzie zresztą jako małe dzieci też mają w sobie wielkie pokłady determinacji. Mojej córce często można powtarzać wiele razy, że czegoś nie wolno, a i tak będzie próbować coś zrobić np. kiedy nikt nie patrzy 😉 Może jej się nie udawać złączyć ze sobą klocków, a będzie próbować tak długo aż jej się uda, czasem poprosi nas o pomoc, wskazując co mamy wziąć do ręki lub gdzie się mamy udać, by pomóc jej coś osiągnąć… Z jednej strony bywa to uciążliwe, z drugiej – budzi podziw, gdy spojrzeć na to wyłącznie przez pryzmat wytrwałości w dążeniu do celu i świadomości tego, co należy zrobić, by dany cel osiągnąć. Małe dzieci nie mają problemu z tym, by poprosić dorosłych o pomoc, a dorosłym często głupio jest, gdy mają kogoś prosić o wsparcie swoich inicjatyw.

Dlaczego z wiekiem, gdy nabywa się już doświadczenia i swojego rodzaju mądrości życiowej, zatraca się tę cudowną dziecięcą cechę wytrwałego zmierzania do spełnienia jakiegoś nakreślonego planu?

Nagle jakby traci się pewność siebie, wiarę we własne siły, marzenia… Wiem, że rzeczywistość dużo weryfikuje, niejednokrotnie nieprzyjemnie nas doświadcza, a jako dzieci zazwyczaj znajdujemy się pod parasolem ochronnym naszych bliskich. Ale jakże to pięknie byłoby wierzyć w swoje marzenia tak bardzo, jak w tym dziecięcym okresie… Szynszyle i małe dzieci bardzo wierzą w swoje marzenia, w powodzenie swoich misji. Warto brać z nic przykład lub chociaż próbować czerpać z ich działań inspiracje. Gdyby tak połączyć ich determinację z naszą mądrością i doświadczeniem, wiele dziś nierozwiązywalnych z naszego punktu widzenia problemów od razu uległoby rozwiązaniu… I ja to wiem… I w życiu chcę dążyć do tego, by pokazywać ludziom, że tam, gdzie oni mówią, że nic nie da się zrobić, zawsze znajdzie się wyjście z sytuacji.

Dopóki się walczy, jest się zwycięzcą.

Warto więc szukać w sobie determinacji. ZAWSZE.

Nawet gdy sytuacja wydaje się niekorzystna.

I z tą myślą chcę aktualnie dążyć do spełniania własnych marzeń, choć wiem, że łatwo nie będzie… No ale jedno wiem na pewno – zdecydowanie mam od kogo czerpać inspirację 😉

 

Jakże byłoby wesoło i pięknie…

… gdybyśmy uczyli się radości od dzieci… Gdybyśmy zawsze taką radość z życia potrafili czerpać… Cieszyć się z najdrobniejszych, ale jednocześnie jakże wielkich sukcesów… Bo wcale nie trzeba dokonać czegoś spektakularnego, aby być z siebie dumnym i zadowolonym. Zrozumiałam to tak naprawdę dopiero wtedy, jak zostałam mamą i wiele się uczę od mojej córki, mimo że znacznie dłużej od niej żyję na świecie. Jakoś tak na etapie dorastania, w pewnym momencie tracimy gdzieś tą swoją dziecięcą radość i cudownie jest ją po latach odzyskać… I mimo że życie nie jest (i raczej już nigdy nie będzie) wolne od problemów, to z iskierką radości, choćby jakimś małym jej przebłyskiem, jest łatwiej.

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie niemała dyskusja, jaka wywiązała się pod pewnym filmikiem, na którym dziewczyna w zaawansowanej ciąży, ze sporym już ciążowym brzuszkiem podryguje radośnie w rytm muzyki. Filmik bardzo niewinny, poza granicami naszego kraju wywołujący lawinę wesołości i pozytywnych komentarzy, a dziwnym trafem w naszym kraju wywołujący sporo kontrowersji, niemiłych, wręcz chamskich niekiedy głosów krytyki… Oczywiście pozytywne komentarze pod filmikiem też się pojawiały, co mnie osobiście bardzo cieszy, bo oznacza, że jeszcze nie we wszystkich ludziach z polskiej społeczności zaniknęła dziecięca radość życia, ale te negatywne sprawiły, że aż włos mi się na głowie zjeżył…

Dziwna ta mentalność wielu Polaków narzekaczy, że wciąż tylko krytykują. Nawet za to, że ktoś w zaawansowanej ciąży może tańczyć i się dobrze bawić. We mnie osobiście ta dziewczyna wzbudziła swojego rodzaju podziw, bo ja z takim dużym, ciążowym brzuchem ledwo przechodziłam dwie ulice, a na jej filmiku tyle energii i optymizmu… Czasami mam wrażenie, iż innych ludzi naprawdę zalewa jad, gdy widzą, że ktoś zwyczajnie się cieszy, jest na dany moment szczęśliwy… Tak jakby im coś kiedyś w życiu nie wyszło i bolało ich, iż ktoś może ukazywać swoją radość życia zamiast przywdziewać wór pokutny i się samobiczować za sam fakt istnienia, a już broń Boże cieszyć się pod koniec ciąży, kiedy powinno się leżeć niczym orka na plaży i modlić o jak najszybsze rozwiązanie… No i mieć świadomość, że lada chwila będzie się mamą pełną gębą, a matce wiele rzeczy nie wypada… Nie wypada jej się wygłupiać, mieć poczucia humoru, zrobić coś, co sprawi jej radość, a innym może wydawać się bez sensu – w końcu w rodzicielstwie trzeba być statecznym, dorosłym i dojrzałym już aż do bólu, i oczywiście świecić przykładem… Tylko właśnie jakim przykładem? Przykładem na to, że dorosłość to już tylko obowiązki, problemy, syf, kiła i mogiła? Bo ja mam wrażenie, że ci komentujący, którzy nie przebierali w słowach pod wspomnianym radosnym filmikiem, nie przekazują swoim dzieciom radości, a wręcz tłamszą w nich tę radość przedwcześnie… Może się mylę – tak na marginesie, akurat w tym przypadku bardzo bym chciała się mylić. Tylko poniżej przytoczone komentarze nie dają mi zbyt dużej nadziei…

Cytuję… no może nie do końca, bo poprawiłam błędy ortograficzne 😉

„Głupota nie zna granic.”

„Rzygać się chce [że] ta pani ma być matką.”

„Ble, rzygać się chce!”

„Niech zachowa się jak na ciężarną przystało, a nie podskakuje jak w przedszkolu albo jak jej te klimaty pasują to niech na Ibizę jedzie.”

„Trochę ogłady, a nie majta tym brzuchem.”

I to inne matki pisały, że na widok ciążowego brzucha chce im się rzygać… Ciekawe czy z równą odrazą patrzyły na swój własny, bo jeśli tak, to szczerze współczuję, wszak nienarodzone dziecko odczuwa więcej niż mogłoby się wydawać, a przynajmniej ja w to wierzę…

Niestety, wstyd mi, że w Polsce taka fala hejtu, podczas gdy zagraniczne komentarze, jakie można było spotkać na instagramie dziewczyny, która filmik nagrała, miały wydźwięk bardzo pozytywny, bo i nic negatywnego na filmiku nie było. Ot dziewczyna w ciąży tańczy, zażywa ruchu, a przy ciąży przebiegającej prawidłowo ruch jest wręcz wskazany. Dlaczego niektórzy uważają, że wolno z tego tytułu ją obrażać? Ktoś powie, że każdy ma prawo do własnego zdania – ja powiem ŚWIĘTA RACJA! Tylko wypadałoby zachować jakąś kulturę wypowiedzi… Swoje zdanie można wyrazić bez zbędnych przytyków i obrażania, przynajmniej w takim przypadku, gdy naprawdę nikomu nie dzieje się krzywda… Tym bardziej za te komentarze mi wstyd, kiedy wspominam swoje podróże zagraniczne, których w dzieciństwie odbyłam kilka i mam świadomość, jak radosnych ludzi tam spotkałam i jak fajnie było tam uśmiechnąć się do kogoś obcego na ulicy, kiedy ten ktoś bez zastanowienia odwzajemnił uśmiech. W Polsce niektórzy odwzajemnią, a inni popatrzą na ciebie jak na przybysza z kosmosu, co właśnie urwał się z jakiejś kosmicznej choinki i jeszcze do tego zmierzą takim wzrokiem, że największy lodowiec wydaje się cieplejszy.

Nie chcę wychowywać swojego dziecka w duchu takiej polskiej mentalności… Mentalności, z którą ciągle walczę… Ba! Z którą musiałam długo walczyć u własnego kiedyś narzeczonego, a dziś już męża, widzącego niegdyś świat prawie wyłącznie w szarych kolorach. Nie chcę tłamsić we własnym dziecku tej dziecięcej radości, chcę ją pielęgnować i sama chcę ją na nowo odkrywać, co zresztą robię każdego dnia… Odkrywam siłę pozytywnego nastawienia do świata w każdym uśmiechu mojej córki, w iskierkach radości, jakie widzę w jej oczach, gdy nabędzie jakąś nową, nawet bardzo banalną umiejętność, we wspólnych zabawach i odkrywaniu otaczającej rzeczywistości… na nowo… dziecięcymi oczami. To naprawdę piękne!

W życiu jest dość zmartwień na co dzień… Spieszmy się cieszyć z drobnych rzeczy, bo jak zsumuje się je z sobą, to zaczynają tworzyć rzeczy wielkie 🙂