Szacunek – coś, na co warto MĄDRZE zapracować

Długo zastanawiałam się jak ugryźć zagadnienia, które przewiną się w tym wpisie. Jeszcze dziś rano myślałam intensywnie o tym, o czym pragnę napisać, co powinnam dopisać do tego, co już gdzieś tam stworzyłam. Doszłam do wniosku, że totalnie zmienię tytuł dzisiejszego wpisu, skupiając się głównie na jednej rzeczy, o której zapowiadałam, że napiszę gdzieś „między wierszami” – na szacunku.

W życiu często oczekujemy go od innych, ale czy sami dajemy go od siebie? Oczekujemy go m.in. od własnych dzieci, ale czy sami wychowujemy je w przekonaniu, że my do nich mamy szacunek? Ta sprawa nie jest wcale tak oczywista, jak może się wydawać. Może niektórych oburzę swoim podejściem, ale uważam, że to wcale nie jest tak, iż rodzimy dziecko już z szacunkiem do rodziców gdzieś w pakiecie i ono ma szanować tych swoich rodziców i koniec, bo tak trzeba, bo nawet przykazanie mówi: czcij ojca swego i matkę swoją. Przykazanie oczywiście jest słuszne w swoim przesłaniu, ale nie może być tak, iż ktoś oczekuje czci od swoich dzieci, do nich samych nie przejawiając szacunku. No po prostu na to nigdy się nie zgodzę.

Nie zgodzę się również z tym, że dziecko powinno szanować wszystkich dorosłych jak leci, bo jest mniejsze, mniej doświadczone, młodsze etc. Jasne, starszych ludzi powinno darzyć się szacunkiem, ale to nie może być tak, że oni ten szacunek dostają w pakiecie z wiekiem, a niestety często spotkałam się ze zwyczajnym chamstwem ludzi starszych w stosunku do młodych osób (w tym i mnie), bo przecież one już tyle przeżyły i je szanować trzeba…

Ale po kolei…

NIGDY NIE POWINNIŚMY O SZACUNEK WALCZYĆ KRZYKIEM I PRZEMOCĄ

Co nadal niestety często jest spotykane, zwłaszcza w relacjach dziecko – dorosły, ale nie tylko. Bo czy naprawdę chcemy, by druga osoba, niezależnie od jej wieku, szanowała nas, zachowywała się tak, jak my oczekujemy, tylko dlatego, że się nas boi? Krzyk i przemoc budzą strach, nie ma się co oszukiwać w tej kwestii. Budzą także jeszcze więcej krzyku i przemocy, gdy ta druga osoba zacznie stosować analogiczne mechanizmy obronne. Oczywiście, nie twierdzę, iż w życiu nie zdarzają się sytuacje, kiedy krzyknąć trzeba (np. żeby natychmiastowo i odpowiednio dobitnie ostrzec przed sytuacją potencjalnie niebezpieczną, nikt nie będzie bawić się w spokojne tłumaczenie danego zagrożenia, gdy ono realnie i szybko się zbliża), jednak nie może być tak, że krzykiem załatwiamy absolutnie wszystko względem określonej osoby, a niestety miałam wątpliwą przyjemność obcować krócej lub dłużej z rodzinami, w których notorycznie wiele spraw załatwia się krzykiem. Co gorsza, naprawdę wielu dorosłym się wydaje, iż tak wypracują u dzieci odpowiednią dozę szacunku… A co jeszcze gorsze, wraz z krzykiem stosowana jest przemoc fizyczna.

Jak dla mnie przemoc fizyczna nie jest niczym innym jak wyrazem ogromnej słabości psychicznej tego, kto tę przemoc stosuje. Nie ma różnicy czy chodzi o drobne klapsy dla tzw. „ukazania, kto tu rządzi” czy chodzi o regularne powodowanie większych szkód cielesnych. W obu przypadkach jest to przemoc, której dopuszczać się nie powinniśmy, chyba, że kogoś kręci to w łóżku, a jego partner daje na to wyraźne przyzwolenie i także czerpie z tego przyjemność – to zupełnie inna bajka 😉 Natomiast przemocy, zarówno fizycznej, jak i psychicznej względem dzieci mówię absolutne, niepodaważalne w żaden sposób „NIE”! I dziwi mnie, że jeszcze w tych czasach zdarzają się rodzice uważający, że klaps nauczy dziecko szacunku do starszych. Tak naprawdę nie nauczy, a jedynie wzbudzi strach przed tym, że może zostać skrzywdzone za zachowanie nieodpowiednie do stawianych wobec niego oczekiwań, pobudzi je do oszukiwania, gdy stanie się coś złego, bo jak zatai jakiś swój nie do końca odpowiedni występek, to być może nikt się jednak nie dowie, a będzie spokój, nauczy tego, że jest samo, jeśli nie radzi sobie z emocjami, których zwłaszcza ci najmłodsi nie zawsze rozumieją, jeszcze ucząc się świata… Nie ma w tym absolutnie nic pozytywnego.

Dzieci zdecydowanie uczą cierpliwości, jeśli tylko dorośli chcą się tej cierpliwości nauczyć, a nie tylko dają się ponieść emocjom. Testują, sprawdzają granice, bywają nieznośne, ale i mądrzejsze niż wielu się wydaje. Naprawdę wiele da się im wytłumaczyć w cywilizowany i spokojny sposób. Nie trzeba stosować przemocy, przemoc to pójście na łatwiznę, to nie nauka, a jedynie chwilowe i pozorne zażegnanie problemu, a często i jego jeszcze zaognienie.

Miałam już z córką kilka sytuacji, kiedy wpadła w ogromną histerię, bo zwyczajnie się przestraszyła, nie potrafiła sobie poradzić z jakimiś uczuciami, które w niej wezbrały, a osoby trzecie, niestety również i nam bliskie, ze swoimi „przewspaniałymi i niezastąpionymi radami” uznawały, że to przejaw jakiegoś braku szacunku, fanaberia, że trzeba ją z tą histerią zostawić i działać dalej, bo nie można sobie pozwolić wejść na głowę, a w ogóle najlepiej to w tyłek dać, żeby pokazać i nauczyć… CZEGO? no tak całkiem serio, czego? Naprawdę nie rozumiem. I zażegnałam już niejedną histerię przytulaniem, uspokajaniem, tłumaczeniem, odwracaniem uwagi od tego, co wywołało negatywne emocje… To działa! Naprawdę… Podczas, gdy niebotyczne wrzaski jeszcze pogarszały sprawę, we mnie wzbudzając tyle negatywnych emocji, że miałam ochotę rozszarpać tego, kto wrzaski względem mojego dziecka zaczął. A skoro ja czułam, że wybuchnę i wybuchałam w obronie, to co dopiero musiało czuć moje dziecko, które emocji dopiero się uczy?

Bardzo chcę, by moja córka mnie szanowała i miała szacunek do innych, oczywiście jeśli ci nie wykażą kompletnego braku szacunku wobec niej, ale nie chcę tego osiągać zastraszeniem. Nie powiem, czasami i mi nerwy puszczają, też jestem tylko człowiekiem, ale człowiekiem, który pragnie nad sobą panować, a nie dawać się porwać jakimś niepohamowanym instynktom, które nie pozwalają myśleć racjonalnie. Gdy czuję, że jestem na granicy, biorę parę głębokich wdechów i walczę dalej z problemami… W sposób cywilizowany, a nie barbarzyński. Kocham – nie chcę krzywdzić. To dla mnie oczywiste!

SZACUNKU NIE MOŻNA OCZEKIWAĆ Z AUTOMATU

Trzeba na niego zapracować. Tymczasem ze zgrozą stwierdzam, iż ogromna ilość osób oczekuje go wyłącznie na podstawie jakiegoś błahego powodu, jak np. tego, że jest od kogoś starsza, że jest czyimś szefem itp. Tymczasem można się szefa zwyczajnie bać, postępować zgodnie z jego oczekiwaniami (tak jak i to biedne dziecko, wobec którego stosuje się przemoc), ale nie mieć do niego szacunku. Jeśli natomiast jakaś starsza osoba zachowuje się jak zwyczajny cham, to dlaczego ja mam ją szanować? Dlatego, że chodzi już tyle po tym ziemskim padole i nawet kulturalnie zachować się nie umie? Spotkałam się „na żywo” z argumentem typu: młodziku, Ty mnie szanuj, ja mam 80 lat! Jakby to było jakieś wybitne osiągnięcie w dziedzinie kultury osobistej… Owy pan zarzucił mi w tramwaju, że nie umiem czytać, wskazując na tabliczkę „Ustąp miejsca starszym”, i za grosz mam kultury, a mój jeszcze wtedy narzeczony, a dziś mąż ośmielił się stanąć w mojej obronie (kiedy mnie totalnie zatkało)… Żeby nie było: pan świetnie trzymał się na nogach, 3/4 tramwaju było puste, a on kłócił się, że ja młodsza, więc ustąpić mam i się przesiąść mogę i co z tego, że niepełnosprawna, no przecież młodsza (!) po czym wysiadł na kolejnym przystanku, życząc, aby mój małżonek nie zdał matury (już dawno maturę mieliśmy zdaną)… I naprawdę – ustępuje miejsca tym, którzy bardziej potrzebują go ode mnie, a akurat żadnego wolnego nie ma…

I niestety w znacznej części przypadków to staruszkowie, którzy tak bardzo oczekują od innych szacunku, zwykle mają problem, że zajmuje miejsce siedzące gdzieś w komunikacji miejskiej, jeśli jest dostępne, nie okazując mi ani krzty szacunku… Osoby „młodszej daty” często wręcz mi ustępują i jeszcze ciepło się uśmiechną, co jest bardzo, ale to bardzo miłe.

Osoby, które szanują mnie i moje życie, zawsze mogą liczyć na szacunek z mojej strony, niezależnie od wieku, płci, narodowości itp. Nie muszą się ze mną zgadzać – wystarczy, że uszanują fakt, iż mam zdanie, jakie mam, nie muszą mnie kochać i wielbić – wystarczy jakieś minimum empatii, bo najważniejsze w tym wszystkim jest to, by pozostać sobą i jednocześnie dać innym być sobą, bez krzywdzenia innych.

Reklamy

To koszmarne trzecie piętro!

Tak, jestem osobą niepełnosprawną.

Tak, schody stanowią dla mnie wyzwanie.

Tak, kupiliśmy z mężem mieszkanie na trzecim piętrze,

bez możliwości skorzystania z windy 😉

Paradoks?

Nie, w pełni świadomy wybór,

zwykle ciężki do zaakceptowania przez osoby, które bywają tu okazjonalnie lub nawet wcale tu jeszcze nie były 😉

 

Kiedy zdecydowaliśmy się na kupno właśnie tego mieszkania, byłam w jakimś stopniu przygotowana na falę sensacji, jaką wzbudzi jego lokalizacja na ostatnim piętrze trzypiętrowego budynku bez windy. No bo jak to tak, tak wysoko mieszkać i nie móc windą się powozić, zwłaszcza w mojej sytuacji i zważywszy na to, że już raczej bardzo często się buduje takowe bloki z windą w wyposażeniu. Nie byłam natomiast przygotowana na skalę tejże sensacji i na to, że temat będzie ciągle i ciągle wałkowany, mimo tego, że mieszkanie tutaj naprawdę MI PASUJE i było bardzo przemyślaną decyzją.

Tak, schody stanowią dla mnie niekiedy sporo większe wyzwanie niż dla w pełni sprawnego człowieka, ale – kiedy tak rozważałam wszelkie „za” i „przeciw” mieszkania na trzecim piętrze – doszłam do wniosku, że ich obecność i konieczność ich codziennego pokonywania wyjdą mojej sprawności na dobre. No bo takie pokonywanie schodów to też rodzaj ćwiczenia sprawności, a dostęp do windy wiele osób zwyczajnie rozleniwia, choć nie powiem, że nie ułatwia życia 😉 Oczywiście, jak najbardziej jestem za ułatwianiem życia, ale w moim przypadku redukcja ruchu wpływa naprawdę destrukcyjnie i sprawia, że czuję się jeszcze bardziej niepełnosprawna niż naprawdę jestem. Oczywiste też, że mam swoje granice i taką właśnie optymalną granicą jest to trzecie piętro, czwarte już na co dzień faktycznie byłoby dla mnie dość męczące, biorąc pod uwagę fakt, iż posiadamy tutaj piwnicę, więc często pokonuje łącznie 4 piętra, a przy mieszkaniu na czwartym piętrze byłoby już ich pięć 😉

Fakt, większość życia mieszkałam na paterze… I dostawałam nie lada zadyszki, gdy ktoś znajomy mieszkał gdzieś wyżej, więc i rozumiem tych, którzy nisko mieszkają i trochę marudzą, że do nas na to trzecie piętro trzeba włazić. Po ślubie, przez 4 lata mieszkałam na piętrze drugim i nie było mi się trudno przystosować, bo schody były naprawdę ok. Zdać sobie bowiem sprawę trzeba, że schody schodom nierówne i nie każde są wygodne, są i takie, które stanowią dla mnie mega wyzwanie, nawet, jeśli jest ich tylko kilka, ale o tym za moment. Niemniej, wtedy wydawało mi się, że nigdy, przenigdy nie zamieszkam wyżej niż to drugie piętro, przy trzecim już się męczyłam… A jednak…

Kiedy szukaliśmy dla siebie własnego miejsca na ziemi, natrafiliśmy na oferty dostępne w budynku, w którym aktualnie mieszkamy. Były tu dostępne ostatnie 2 wolne mieszkania. Jedno na drugim piętrze, drugie na piętrze trzecim. Oba mieszkania – jak już wspomniałam – znajdowały się w tym samym budynku, ale w dwóch różnych bramach i to ostatecznie wpłynęło na to, że zdecydowałam się podjąć „wyzwanie trzeciego piętra” 😉 Oba mieszkania rozkładowo były identyczne (dla mnie wymarzone), tylko stanowiły swoje lustrzane odbicia, co też wpłynęło w pewnym stopniu na moją decyzję. Dlaczego więc wyżej, a nie niżej? Powodów było kilka.

1. Lokalizacja bramy – tu, gdzie obecnie mieszkamy główna brama wejściowa / wyjściowa wychodzi na bardziej główną ulicę, a nie uliczkę znajdującą się w środku osiedla, jak to było w przypadku mieszkania na drugim piętrze, które było również dostępne. Dla mnie to bardziej praktyczne, że nie trzeba wchodzić gdzieś bardziej w głąb osiedla, choć niektórzy mogą uznać to oczywiście za wadę.

2. Lokalizacja balkonu – nasz balkon wychodzi na ulicę, widać ruch, mamy widok na miasto, bardzo ładny jak dla mnie i ciekawy, znacznie przyjemniej jest mi usiąść na balkonie i widzieć, że coś się dzieje niż patrzeć wyłącznie na piaskownicę podwórkową, na którą skazana byłabym patrzeć w przypadku mieszkania na drugim piętrze, które nam pokazano jako alternatywę. No i im wyższe piętro, tym fajniejszy ten widok – moim zdaniem 😉 Bo fajnie tak popatrzeć na świat „z góry”, a nie wyłącznie z mojej perspektywy 150 cm wzrostu 😀

3. Lokalizacja barierki na klatce schodowej – chyba najważniejszy czynnik, na jaki zwróciłam uwagę, bowiem dużo sprawniej i szybciej mi się ze schodów schodzi, gdy mam barierkę do podtrzymania się po swojej prawej stronie. Nie wiem do końca z czego to wynika, ale po prostu tak jest. Przy wchodzeniu na górę strona nie ma dla mnie aż tak wielkiego znaczenia, przy schodzeniu w dół jest mi dużo łatwiej, gdy jest ona po określonej stronie. Schody identyczne, barierki też, a jednak… Z tego drugiego piętra schodziłoby mi się gorzej / dłużej niż z tego mojego aktualnego trzeciego. Przy czym warto pokreślić, że schody w starych kamienicach zwykle są moim wrogiem nr 1, bez względu na lokalizację barierki, bo i barierki często mają jak dla mnie podejrzane i mniej stabilne. W przypadku starych klatek schodowych, z wysokimi stopniami, pomoc osoby drugiej w ich pokonaniu jest dla mnie często wręcz nieoceniona. I w przypadku takich właśnie klatek nawet mieszkanie relatywnie nisko, lecz z koniecznością pokonania kilku schodków, byłoby dla mnie codziennym koszmarem. To samo dotyczy mieszkań, do których prowadzą jakiekolwiek schodki nieopatrzone barierką.

4. Chęć utrzymywania kondycji – bo przyznaję kiedyś wydawało mi się, że jak coś to tylko parter albo piętro z windą, żeby życia sobie nie komplikować w tej mojej niepełnosprawności, ale jak tak przyszło do przemyśleń – stuknęłam się w głowę. Przecież nie mogę z siebie robić kaleki i ofiary losu większej niż jestem 😉 Pokonywanie schodów to też dobre ćwiczenie dla nóg, które od dawna ćwiczę na steperze, który także liczy „pokonane schody”. Na początku było mi trochę ciężko z tym jednym piętrem więcej w stosunku do poprzedniego mieszkania, które wynajmowaliśmy na Bielanach Wrocławskich, ale dość szybko się przyzwyczaiłam 😉 i jest mi z tym naprawdę dobrze 😉 I dlatego też uważam, że winda strasznie rozleniwia… No przynajmniej w tych przypadkach, w których ludzie nie mają jakiś większych aktywności fizycznych 😉 A znam takich całkiem sporo.

Prawda jest taka, że przy mojej niepełnosprawności, bez względu na to, czy do mieszkania prowadzić będą 3 stopnie czy 30 i więcej, to nie wniosę po nich dziecka z wózkiem ani ogromnych zakupów porozkładanych po kilku reklamówkach – potrzebuję pomocy, bez względu na wszelkie towarzyszące udogodnienia, więc w wielu przypadkach i parter nie dałby mi pełnej niezależności w pewnych kwestiach. Mój mąż o tym doskonale wie, przyjął mnie z takim bagażem i pomaga jak może 😉 Nasza rodzina jest w jakimś stopniu przez to inna, ale nie czuję jakoś bardziej tych ograniczeń. A aktualnie córa już śmiga po schodach sama i to lepiej niż ja, więc nie muszę jej dźwigać, by zejść z nią na dwór – niezależność w tym względzie pozyskana 😉 Co więcej, lubi schody pokonywać i nierzadko ma z tego zwyczajnie frajdę 😉

Nawet sprawni ludzie robią z siebie kaleki…

Taka prawda, niestety! I dość frustrujący dla mnie jest fakt, że ludzie, zwykle znacznie sprawniejsi ode mnie, potrafią tak bardzo marudzić, że trzeba do nas na to trzecie piętro wchodzić… Ja pokonuje codziennie, nierzadko i 4 piętra, kiedy jeszcze trzeba odwiedzić komórkę lokatorską w piwnicy, i żyję! A wielu nas odwiedzających wyraża się o tym trzecim piętrze jak o samym szczycie Kilimandżaro…

Nie trzeba się martwić o czyjąś niepełnosprawność, jeśli on sam nie robi z niej problemu 😉

Praktycznie wszyscy, którzy nas tu odwiedzali, choć raz wyrazili wątpliwość, co do tego, że osoba niepełnosprawna ruchowo w ogóle może mieszkać na trzecim piętrze (czy wyżej). Nie zliczę, ile razy usłyszałam pytania: jak ty sobie właściwie radzisz?, jak ty biedulko będziesz te schody pokonywać?, a niżej mieszkania tu już nie było?, nie lepiej byłoby poszukać mieszkania gdzieś indziej / w bloku z windą? i tym podobne… Otóż, radzę sobie całkiem dobrze i dobrze to sprawdziłam zanim wpakowaliśmy się w kredyt, schody pokonuje na niczym innym jak na własnych nogach, które na szczęście posiadam, uważam, że jednak dla mojej kondycji i sprawności lepsze jest to, że windy tu nie ma, a gdzie indziej nie chciałam szukać, bo zakochałam się właśnie w tym mieszkaniu w wielu jego aspektach i czuję, że tu jest moje miejsce na ziemi 🙂 Nie mam problemu z tym, że mieszkam tu, gdzie mieszkam, więc po co inni te problemy sztucznie wytwarzają… Nie pojmuję 😉

Największym paradoksem w tym wszystkim jednak jest to, iż tak wielu ludzi mówi, że: „do sukcesu nie ma żadnej windy, trzeba iść po schodach”, a kiedy w życiu muszą fizycznie ich trochę więcej pokonać, to robią wielkie halo 😉

 

Te gorsze dni, które zdarzają się w najmniej odpowiednim czasie i chwile zwątpienia z nimi związane…

Jak wiecie w życiu bywa bardzo różnie, a kiedy już mieszka się z dzieckiem pod jednym dachem to chyba niczego nie da się przewidzieć. Każdy, absolutnie KAŻDY człowiek, bez względu na wiek ma prawo do gorszych dni, do tych „cięższych” emocji, tak trudnych do zniesienia nie tylko dla niego, ale i dla jego otoczenia. W chwilach kryzysu i dorośli bywają bardzo zagubieni, a co dopiero dzieci, które muszą się jeszcze nauczyć, jak z pewnymi emocjami żyć i jak sobie z nimi w jakiś racjonalny sposób radzić.

Jeszcze nie tak dawno praktycznie każdego dnia zmagaliśmy się wraz z mężem z trudnymi emocjami naszej córki, która w ciągu kilku sekund potrafiła przejść z super humoru do płaczu, wrzasków rodem z czeluści piekielnych, rzucania się po podłodze. Wiele osób określa takie zachowanie „buntem dwulatka” – jakoś tak potocznie się przyjęło, choć jak dla mnie nie jest to jakieś specjalnie trafne określenie tegoż zjawiska. Mam jednak świadomość, że to pewien normalny etap w rozwoju (choć znam i przypadki dzieci, które nigdy, przenigdy nie urządzały scen dantejskich) no i jak już się pojawi trzeba go przetrwać. Bardzo ciężki czas to dla rodzica – czas ogromnej próby, której przejściu nie sprzyjają bynajmniej komentarze czy „dobre rady” otoczenia, no chyba, że faktycznie są DOBRE, bo i takie wyjątkowo się zdarzają 😉 Ale o tym jeszcze będzie osobny wpis, do którego muszę jeszcze trochę dojrzeć i zebrać myśli…

Niemniej okres ten tak jak gwałtownie się pojawił, tak nagle zniknął. No przynajmniej w takim stopniu, że nie mamy z nim do czynienia absolutnie codziennie, ale już bardzo, bardzo, BARDZO rzadko i pech chciał, że to „bardzo rzadko” przypadło na cały miniony weekend, na który zaplanowane były różne uroczystości rodzinne, a przed którym jeszcze przedwcześnie cieszyłam się, że to, co najgorsze w tym akurat temacie mamy za sobą… Nie będę pisać szczegółowo, co się działo, bo i nie widzę głębszego sensu takiego obnażania prywatności, chciałam natomiast zwrócić uwagę na kilka rzeczy, z którymi zapewne niejeden rodzic się zmaga w swojej codzienności. Zresztą kwestie tu poruszane w dużej mierze będą kręcić się wokół rodzicielstwa, ale dotyczą każdego człowieka, który choć raz w obliczu gorszego dnia, z „dobrymi radami” i ocenianiem musiał się zmagać…

Kryzysy często zdarzają się w najmniej odpowiednim momencie…

No nie ma się co czarować, NIGDY nie ma dobrego czasu na kryzys. „Dobry czas” i „kryzys” to zdecydowanie słowa, które się wzajemnie wykluczają, ale jak to jest, że akurat, kiedy najbardziej nam zależy na tym, żeby coś dobrze wypadło, często wychodzi z tego jakiś koszmar? Cały miniony weekend mieliśmy do czynienia ze scenami wpisującymi się w zjawisko określane jako ten okrutny i ciężki do przeżycia „bunt dwulatka”, akurat kiedy zależało nam, żeby nasza rodzina zobaczyła jaka z nas fajna, rodzinna drużyna… Co za los… Ile razy Wy chcieliście dobrze wypaść np. przed rodziną właśnie, a wyszło zupełnie inaczej?

Ludzie kochają oceniać powierzchownie i na tej podstawie dawać „dobre rady”

Niestety… W miniony weekend dobitnie się o tym przekonałam. I zapewne wraz z mężem nie jesteśmy jedynymi rodzicami, których dzieci zostały dość dosadnie ocenione na podstwie tego, że akurat w danym momencie miały ten gorszy okres, do którego KAŻDY ma prawo. W końcu krewni czy znajomi, którzy z Wami nie mieszkają na co dzień nie widzą, że ogólnie Wasze dziecko zwykle zachowuje się znacznie lepiej, promienieje uśmiechem i radością, potrafi być otwarte na innych… Skoro w danym momencie płacze, pokazuje nie do końca fajne humory, to w mniemaniu wielu, którzy akurat to widzą, na pewno jest takie na co dzień… I teraz, z jeszcze większym sentymentem i zrozumieniem, wspominam moje pierwsze wizyty u koleżanek po tym jak już zostały matkami, a ich dzieci akurat w dzień tej mojej nieszczęsnej wizyty zamieniały się w małe marudy z piekła rodem… Wtedy nie rozumiałam dlaczego tak gęsto się z tego tłumaczą tekstami typu: „no nie wiem, co mu teraz odbiło, zwykle taki nie jest”, bo już wtedy miałam świadomość, że za humorami dziecka czasami ciężko nadążyć i nie zawsze jest cukierkowo. Teraz już rozumiem.. Odkąd sama jestem mamą TAK BARDZO ROZUMIEM i współczuję… Nie tyle tych gorszych dni, co reakcji otoczenia, które zrozumieniem się nie wykazuje, wydając często pochopne osądy…

I tym bardziej doceniam tych moich przyjaciół, którzy rozumieją, którzy dają nam do zrozumienia, że nie musimy się tłumaczyć z tych gorszych dni, że od nich nie usłyszymy, że pędem musimy biegać po lekarzach, bo gorsze dni nie są normalne, że skoro nasze dziecko z rezerwą podchodzi nieraz to dorosłych, to na pewno jest dzikusem, dlatego, że nie puszczamy go do dzieci (taki dziwny zarzut padł nieraz, podczas gdy nasze dziecię często jest onieśmielone przez dorosłych, a w sklepie potrafi zaczepić dziecko, żeby się z nim przywitać i do niego uśmiechnąć…) itp. Zresztą tym owym „dzikusem” może być po mnie, bo mnie w dzieciństwie bardzo onieśmielali dorośli, nawet ci z rodziny i tylko z nielicznymi miałam super kontakt… Moja córa też ma super kontakt z nielicznymi dorosłymi. Są znajomi, do których nawet nie podejdzie, a jest i „przyszywana” ciocia, przy której potrafi zasnąć, nawet szybciej niż przy mnie… I jak dla mnie to jest ok. Sama nie rzucam się w ramiona każdego człowieka, jakiego napotkam, jednych darzę większą sympatią, innych mniejszą. Nie widzę powodu, żeby do każdego moje dziecko było tak samo otwarte – taka postawa jest wręcz niebezpieczna, a już wmawianie mi, że „jest dzikusem” w stosunku do dorosłych, dlatego, że nie ma kontaktu z dziećmi jest jakimś kuriozum. Pomijając już fakt, że nie trzymamy jej w klatce z zerowym dostępem do dzieci i już całkiem sporo, jak na to swoje krótkie życie, dzieci poznała 😉

Rodzice najlepiej znają swoje dzieci

I fajnie by było, gdyby otoczenie o tym pamiętało, a nie „dokładało do pieca” uwagami, które kompletnie się nie sprawdzą w danym momencie. Często od najbliższego otoczenia słyszę, że gdybyśmy zrobili tak, a nie inaczej, to czegoś byśmy uniknęli – łatwo jest mówić, gdy jest się biernym obserwatorem „od czasu do czasu”. Rodzicielstwo nauczyło mnie, że pewnych rzeczy nie do końca dla nas przyjemnych uniknąć się nie da (chyba, że da się całkiem dziecku wejść na głowę, ale to urodzi o wiele poważniejsze konsekwencje w przyszłości) – trzeba się z nimi zmierzyć. Kilka razy przeżyje się piekło, tak jak my przeżywaliśmy np. w sklepie, gdy dziecko chciało biegać wszędzie samopas i ściągać rzeczy z półek, ale za którymś razem w końcu nie trzeba będzie się „szarpać”, bo dziecko zrozumie, że i tak nic nie ugra. Idąc w taktykę unikania, kompletnie bym musiała zrezygnować z zakupów z dzieckiem, a rzadko mam okazję, by móc wyjść do sklepu bez niego. Śmierć głodowa murowana 😉 No wiem, że są też rodzice, którzy w nosie mają swoje pociechy, robiąc zakupy, a te wyczyniają wśród półek, co tylko zechcą (co w sumie też można podciągnąć pod taktykę unikania), ale to już ich sprawa, że hodują, a nie wychowują… Rodzic najlepiej zna swoje dziecko i jeśli przy tym jest mądry, to zrobi, co w jego mocy, żeby jak najlepiej wyjść z danej sytuacji. To, co ktoś uważa za „złotą radę” niekoniecznie musi się sprawdzić w danym przypadku, dlatego dobrze by było, gdyby otoczenie czasami potrafiło ugryźć się w język zamiast takie rady dawać… A jeśli już dawać, to mądrze słowami typu: „może warto byłoby…” zamiast „gdybyś to zrobił tak, byłoby inaczej…”

Ileż ja kłótni z szanownym małżonkiem przeżyłam przez czasami wykluczające się „złote rady”, jeszcze zanim wypracowaliśmy absolutnie wspólny front, który na co dzień naprawdę dobrze się sprawdza. Obwinialiśmy siebie nawzajem bardzo, głównie za to, że nasza córka nie spełnia CUDZYCH oczekiwań, tak właśnie… CUDZYCH… Bo np. ktoś posiał wątpliwość, że jeszcze nie za wiele mówi, mąż się niezdrowo przejął i gotowa kłótnia, że córka nie umie sklecić zdań podrzędnie złożonych… a ja wiem, że ma czas i widzę, że z dnia na dzień kombinuje z mową coraz bardziej, poza naszymi zmartwieniami, swoim tokiem… Jak faktycznie pojawią się problemy, to zmierzymy się z nimi w obecności specjalisty, tymczasem niestety…

Ludzie często lubią szukać problemów tam, gdzie ich nie ma…

Nasza córa fajnie się rozwija, jest na ogół pogodnym dzieckiem, poza pewnymi gorszymi dniami, z przeszkodami architektonicznymi radzi sobie nieraz lepiej niż ja z tą moją niepełnosprawnością, a wielu zamiast naprawdę się cieszyć tym razem z nami szuka dziury w całym. W sumie ja do niedawna też szukałam, bo to przecież takie niewiarygodne mieć na moim miejscu takie fajne, zdrowe dziecko i do tego kochające bezwarunkowo taką nieidealną, niepełnosprawną mamę. Jakaś skaza na tym szczęściu być musi… No musi! I to o wiele większa niż te gorsze dni, w których zwyczajnie trzeba być wsparciem i przetrwać…

Brak wiary – problem wielu rodziców, ale nie tylko 

Tak wielu młodych, naprawdę fantastycznych rodziców boryka się z brakiem wiary. Sami nie wierzą w siebie, rodzina w nich nie wierzy, znajomi nie wierzą… Ciężko, bardzo ciężko wierzyć w siebie, gdy inni nie wierzą, poddają w wątpliwość nasze kompetencję, intuicję, sami wiedzą lepiej… To jest po prostu masakra, jak bardzo można podłamać fantastycznego człowieka brakiem wiary. Ja pierwszy raz ze sporym jej brakiem ze strony wielu osób zetknęłam się, zakładając mój sklep Elzonik.pl. Wielu próbowało mnie zniechęcić do jego uruchomienia i wbijało mi tym samym nóż w serce, bo nic tak nie napędza fajnych działań jak świadomość, że ktoś w nas wierzy, kibicuje, popiera to, co robimy. Fajnie od kogoś usłyszeć: „dobra robota!”, „świetnie ci idzie!”, „jesteś zajefajną mamą!” zamiast „to się nie uda!”, „znowu popełniasz błąd!”, „jak możesz postępować w ten sposób – to nie zadziała!”. Ale kurczę tak jakoś lubimy się skupiać na tym, co złe zamiast chwalić za to, co dobre, bo zazwyczaj jak coś robimy dobrze, to inni uznają to normę, standard, niegodny jakiejś specjalnej pochwały, a jak coś zrobimy źle, to potrafi wypominać się to sporo razy i przy tym już nie dostrzegać pozytywów. Komu nigdy w życiu nie powinęła się noga, niech pierwszy rzuci kamieniem, a kto chciałby czasem od kogoś usłyszeć: „jestem z ciebie naprawdę dumny” niech podniesie rękę. Dlatego też ja może zbyt często mówię Oliwii, że jestem z niej dumna, ale założyłam sobie, że będę się starać skupiać na tych dobrych rzeczach i je pielęgnować, a złe wrzucać w niepamięć zamiast rozpamiętywać w nieskończoność, jak to bywa, gdy ktoś zobaczy, jak powinie nam się noga. Wiele małżeństw przez to się rozpada – przez wzajemne obwinianie się i wypominanie w nieskończoność… Czasami w życiu trzeba wcisnąć reset i „uruchomić system ponownie”, z wykasowaniem wszelkich błędów z dysku.

PAMIĘTAJWielu ludzi będzie wiedziało najlepiej, co zrobić, ale to Ty najlepiej weźmiesz swoje życie we własne ręce.

Jak to właściwie jest z tym portfelem, domem i sercem? Mój punkt widzenia

„Bez moich dzieci,

mój dom pewnie byłby czysty,

a portfel pełny,

ale serce byłoby puste”

Takie oto hasło pojawiło się swojego czasu w co najmniej kilku miejscach w sieci i krąży sobie gdzieś na internetowej autostradzie, od czasu do czasu przewijając się gdzieś w mediach społecznościowych, niejednokrotnie wraz z dziarskim zapytaniem: „zgadzacie się mamusie?” Otóż może Was zadziwię, ale ja się nie zgadzam 😉 No przynajmniej nie w pełni… Dlaczego? Już wyjaśniam.

Właściwie to owe stwierdzenie w swojej części z portfelem nawet całkiem nieźle mnie wkurzyło, w jakimś stopniu rozbawiło – no wzbudziło wiele uczuć, jak widać dość skrajnych. Ja rozumiem wraz z dzieckiem, już i na etapie samej ciąży, pojawiają się wydatki, raz mniejsze, raz większe, od czasu do czasu nawet i ogromne, ale nie można z dzieci robić jakiejś nadludzkiej wręcz siły siejącej spustoszenie w portfelu, który być może opływał by w miliardy, gdyby nie ta mała, a jakże kosztowna w utrzymaniu istotka… A opływał w miliardy przed jej pojawieniem się, by następnie obrosnąć w kurz na samą wieść o jej istnieniu? No raczej nie 😉

Magia pieniędzy jest niebywała

Przynajmniej w moim przypadku, bo i przed pojawieniem się dziecka i zwierzaków (które często także utożsamiane są z tym powiedzeniem przez ich troskliwych opiekunów na zasadzie: zamiast słowa „dziecko” wstaw zwierzątko, jakie chcesz) mój portfel za pełny to nigdy nie był 😉 Jakoś tak często w życiu jest, że ile by się nie zarabiało, pretekst do wydawania zawsze się znajdzie, a odłożyć coś jest ciężko, a już jak ja coś odłożę, to często los każe mi coś skubnąć z odłożonej kasy, bo np. auto zaniemogło i trzeba odwiedzić mechanika… Jakby się tak głębiej zastanowić, to z wieloma wypadkami życiowymi zmuszającymi do wydania pieniędzy, dzieci nie mają za dużo wspólnego, jeśli w ogóle w jakiś sposób są z czymś powiązane… A jeżeli komuś już uda się coś więcej odłożyć, to często nie wynika to z faktu nieposiadania dzieci. Znam rodziców, którym los pozwolił całkiem sporo przyoszczędzić, a i znam bezdzietnych,  bez istot wszelakich na utrzymaniu, żyjących na oparach od wypłaty do wypłaty.

Ale właściwie nie o oszczędzaniu chciałam tutaj mówić, a właściwie ogólnie o tym, że portfele ludzi nieposiadających małych istot na utrzymaniu często wcale nie są pełniejsze. Przynajmniej mój wcale nie był pełniejszy zanim zdecydowałam się na powiększenie rodziny i to nie jest tak, że wraz z dzieckiem przyszedł wielki huragan, porywający praktycznie cały pieniężny dobytek. Wydaje tyle środków, na ile akurat budżet mi pozwala, po prostu przed założeniem rodziny wydatki były inne. Kiedyś częściej chodziło się na imprezy, spotykało ze znajomymi na mieście, wydawało na mniej lub bardziej przydatne pierdoły. Dzieci po prostu weryfikują priorytety i zmieniają myślenie o budżecie. Już nagle osiemnasta para butów nie jest tak ważna jak zapas pieluch np. i odpuszczamy sobie wydatki, które nie są na dany moment niezbędne.

Czy mój portfel, gdyby nie było mojej córki, byłby pełniejszy? No może łatwiej byłoby mi coś przyoszczędzić, ale wielkiej rewolucji w finansach by nie było na pewno. Wydatki zawsze się znajdą. Jeżeli nie na życiowe konieczności, to na przyjemności chociażby, a zawsze znajdzie się coś, co przy pewnym nakładzie finansowym przyjemność nam sprawi.

Kiedyś prawdziwą przyjemność sprawiało mi wydawanie kasy na torebki, do tej pory mam ich sporo, dziś przechodzę koło torebek i zastanawiam się, jak ja mogłam aż tak jarać się takimi rzeczami 😀 Serio. Dziś największą przyjemność sprawia mi radość mojej córki, jej zniewalający , szeroki, najszczerszy uśmiech na świecie… No i te moje urocze szynszylaki też dają mi sporo radości, dlatego potrzeby tych wszystkich małych istot są dla mnie niezwykle ważne. Jak dostaję jakąś extra kasę od rodziny, to już zastanawiam się co będę mogła kupić córce – no tak już mam i w najgłębszym sekrecie powiem, że wielu rodziców też tak ma i może dlatego wydaje się, że dzieci tak bardzo rujnują budżet 😉 Kiedyś to co dziś wydaje na córkę, wydałabym na nową, niekoniecznie naprawdę potrzebną torebkę czy inną pierdołę. To priorytety i źródła radości się u mnie zmieniły, a nie zasobność portfela. To tak samo jak palaczom wypomina się, że za to co już w życiu wypalili kupiliby sobie Porsche, a tak, spoglądając prawdzie w oczy, warto zadać sobie pytanie, ilu niepalących posiada taką extra brykę? Po prostu ktoś wydaje fortunę na zrujnowanie własnego zdrowia, a ktoś inny np. na książki, jeśli to je akurat uwielbia i są jego, zdecydowanie zdrowszym, nałogiem 😉

Z CZYSTOŚCIĄ KAŻDY JEST CZASEM NA BAKIER

Bez względu na to, czy akurat posiada dzieci lub słynne z brudzenia zwierzaki, czy też nie… Były w moim życiu takie momenty, że mieszkanie zarastało brudem z różnych powodów, niespowodowanych obecnością małych istot na utrzymaniu i przyznaję, że teraz strasznie mi za takie momenty wstyd, bo mam świadomość, ile teraz potrafię w domu ogarnąć, kiedy akurat córka idzie z tatą na spacer, a ja mogę sam na sam zostać ze ścierką do kurzu. Wtedy czasami górowało lenistwo (a czasami ciężka praca nad czymś innym, ale za wynikły z tego bałagan wstyd mi nie jest ;)), teraz na lenistwo nie mam czasu 😉 I śmiem nawet stwierdzić, że czasami właśnie dzięki dziecku mam czyściej, bo ogarniam bardziej na bieżąco niż kiedyś – inaczej totalnie zginęłabym w chaosie 😉 Fakt faktem, że teraz przypomina to prawdziwe syzyfowe prace i efekt sprzątania jest krótszy, ale jednak znowu w pewnym stopniu zmieniło się podejście 😉 I to podejście jest tu kluczem, no bo teraz faktycznie, gdyby nagle córa zniknęła z mieszkania na dłuższy czas, miałabym czyściej, bo wykorzystałabym na pewno część tego czasu na efektywne, niczym niezakłócone sprzątanie. Byłoby na pewno czyściej, ale czy tak w pełni czysto? Przy wysokich standardach sprzątania przekazanych mi przez moją mamę, to absolutnie nigdy w życiu nie mogę powiedzieć, że wysprzątane jest na tip top, bo zawsze coś tam się znajdzie, do czego przyczepić się można 😉 No i tak szczerze powiedziawszy trochę szkoda życia na wieczne latanie na szmacie za każdym najmniejszym brudkiem 😉 W życiu jest tyle ciekawych i konstruktywnych zajęć – warto mieć ogarnięte i jakoś jednak ogarniać, ale zażynać się w imię czystości na 1000000000% na pewno nie 😉

A tak szczerze powiedziawszy, to teraz moja córa już od pewnego czasu jest na takim etapie, że lubi pomagać w pracach domowych i to ona często sprawia, że np. nie czekam z rozładunkiem zmywarki, a rozładowuje ją razem z nią, często znacznie sprawniej i szybciej niż gdybym miała to zrobić sama. No i nigdzie nie zostawiam zalegających brudnych naczyń, bo zaraz ta moja pierworodna mi je przynosi i pokazuje, że mam odłożyć do zlewu lub zmywarki. To, gdy mamy z mężem wieczory bez córki, a kilka razy już zdarzyły się takowe, śmiejemy się, że teraz bezkarnie możemy zostawić brudne szklanki po kawie czy kieliszki po winie na szafce pod telewizorem i nikt nam uwagi nie zwróci 😀 Także może i córka robi wokół siebie bałagan, gdy się bawi, ale też jednocześnie stoi na straży, abyśmy to my byli porządni 😀

A CO Z TYM SERCEM?

No i w końcu doszłam do fragmentu o pustce serca i z nią również zarówno się zgadzam, jak i nie. Nie uważam bowiem, że moje serce zanim zdecydowałam się na dziecko było puste. Kochamy przecież w życiu różnych ludzi. Mamy przyjaciół, rodzinę, których darzymy uczuciem jeszcze zanim w naszym życiu pojawią się nasze własne dzieci. No a co jak ludzie bezdzietni są z wyboru? Ich serce przez ten wybór jest puste? No nie 😉 W swoim życiu nierzadko mają oni kogoś, kogo darzą bezgraniczną, szaleńczą miłością, często mają swoich własnych rodziców, dziadków, których szczerze kochają – ich serce jest pełne miłości, choć nie akurat do dzieci… Oczwiście, nie rozpatrując stwierdzenia o pustym sercu dosłownie, a w kontekście: „mam dziecko, ale nagle je tracę”, czułabym przeogromną pustkę, bardzo bolesną przy tym i myślę, że żadna inna miłość nie byłaby w stanie jej zapełnić… Jednak serce ludzi darzących miłością, nigdy w pełni puste nie jest, a i jak ktoś, kogo bardzo kochamy odchodzi, miłość w sercu pozostaje i nie pozwala nam o nim zapomnieć… To bez miłości, serce jest puste, a dzieci niewątpliwie są źródłem ogromnej, wręcz niepojętej miłości – takiej, której żadna inna miłość nie zastąpi… Ale jednak nie są przy tym źródłem jedynym.

Przepyszne latte macchiato bez ekspresu

Ekspres do kawy, taki który w swoich opcjach ma przygotowywanie latte macchiato, to coś, co zdecydowanie mogłabym mieć w swojej kuchni, ale też nie uważam za niezbędne, zwłaszcza jeśli nie ma się funduszy na  jego zakup. Mój sprytny mąż, który o ekspresie sobie póki co marzy, odkrył w końcu dobry przepis na wykonanie tej wspaniałej kawy, bez konieczności wydawania fortuny na dobry sprzęt. Dobrze jest natomiast wyposażyć się w bardzo tani i niekłopotliwy w przechowywaniu spieniacz do mleka, który to spieniacz możemy zabrać ze sobą absolutnie wszędzie, przygotowując perfekcyjne latte macchiato nie tylko we własnym domowym zaciszu. My taki spieniacz dostaliśmy kiedyś w prezencie od mojego taty i w sumie leżał sobie długi czas zapomniany, gdzieś w ciemnym zakątku szuflady kuchennej wynajmowanego mieszkania, abyśmy odkryli jego potencjał dopiero po przeprowadzce do własnego M…

Oto i on – niepozorny, a jednak tak przydatny. Można go kupić w wielu miejscach, wydając nie więcej niż 10 złotych:

Ileż to wspaniałych kaw można by stworzyć międzyczasie, kiedy leżał odłogiem… Żebyście Wy nie tracili już czasu na kompletnie zwyczajne kawy, takie bez większego polotu, albo nie wydawali kroci na latte macchiato w kawiarniach, postanowiliśmy podzielić się z Wami odkrytym przez nas przepisem na ten cudownie niebiański napój kawowy.

 

PRZEPIS NA PERFEKCYJNE LATTE MACCHIATO BEZ EKSPRESU:

1. Przygotowujemy sobie 2 kubki – połowa jednego z nich powinna być napełniona ciepłym mlekiem, a ćwierć, czyli 1/4 drugiego gorącą kawą, zaparzoną tak, jak się lubi, z dodatkiem cukru lub bez niego.

Co ważne: temperatura kawy powinna być wyższa od temperatury mleka!


2. Ciepłe mleko mieszamy spieniaczem tak, aby dwukrotnie zwiększyło swoją objętość, dzięki procesowi spieniania. Tak przygotowane przelewamy do wysokiej szklanki, a następnie czekamy chwilę aż płynne mleko opadnie na dół, a piana odtrąci się i pozostanie stabilnie na górze.


3. Powoli i ostrożnie, celując w sam środek mlecznej pianki, wlewamy do szklanki wcześniej zaparzoną kawę. Jeśli wszystko zrobiliśmy odpowiednio – kawa powinna ulokować się pomiędzy płynnym mlekiem, a mleczną pianką, tworząc perfekcyjne latte macchiato.


4. [Opcjonalnie] mleczną piankę można udekorować np. startą czekoladą lub cynamonem 🙂 Można przy tym też korzystać z szablonów do kawy, aby z takich dodatków stworzyć fajne obrazy na powierzchni kawy i jeszcze bardziej nasz kawowy napój uatrakcyjnić 😉 Miałam nawet kiedyś taki szablon, ale moja córa gdzieś go zgubiła, więc w tym zakresie została mi radosna twórczość własna, czyli chaos niekontrolowany 😛


Całość powinna wyglądać mniej więcej tak:

 

Piszę „mniej więcej”, ponieważ perfekcyjna piana w takiej kawie powinna mierzyć nieco więcej niż na zdjęciu, ale trzeba wziąć pod uwagę, że mój mąż je cyknął już po jakimś czasie od zrobienia kawy, więc zdążyła już opaść 😉 Niemniej po opublikowaniu tego zdjęcia w mediach społecznościowych część znajomych myślała, że faktycznie kupiliśmy ekspres do kawy…

No wiadomo jak to jest z ekspresem – żeby przygotować taką kawę wystarczy nacisnąć jeden guzik, więc to spora wygoda i mniej zachodu. Warto jednak znać taki przepis, jeśli na ekspres nie za bardzo nas stać w danym momencie lub go mamy i  po prostu nie możemy wziąć ze sobą, a gdzieś poza własnym domem chcemy rozkoszować się pyszną latte macchiato, bez konieczności odwiedzania kawiarni. Jest to dobry sposób, by zabłysnąć na jakiejś domówce czy imprezie rodzinnej, czy nawet gdy spotykamy się z kimś znajomym w domu, w którym ekspresu do kawy z funkcją przygotowywania latte macchiato się nie uświadczy.

Jasna kanapa przy małym dziecku? Naprawdę możesz ją mieć ;)

W każdym razie ja takową mam – jasnoszarą 😉 I przyznam szczerze, że przy wyborze kompletnie nie brałam pod uwagę tego, jak będę przeklinać, kiedy trzeba będzie z niej sprać jakiekolwiek plamy… Brałam pod uwagę wygodę jej użytkowania, bo tak się składa, że nasz salon jest także naszą sypialnią, no i cenę, bo wykończenie mieszkania  wykończyło też nasz budżet – dokumentnie.

Właściwie to od dziecka spałam na tapczanach i kanapach, więc i niespecjalnie przeszkadza mi brak osobnej sypialni z wielkim łożem małżeńskim. Niemniej staram się dbać również o komfort snu, więc kanapa musiała w moim przypadku spełniać pewne standardy wygody, o które wbrew pozorom nie tak prosto, a że jeszcze lubimy podejmować gości i mieć dla nich wygodne miejsce do siedzenia, to wybór padł na średniej wielkości narożnik o – jak mi się później wydawało – iście przeklętym kolorze.

W poprzednim mieszkaniu w salonie mieliśmy czarną kanapę i była ona bardzo funkcjonalna pod względem różnorodnych plam, bo prawie żadnych nie było widać… A nawet jeśli, to wystarczyło trochę wody z mydłem czy nawet chusteczka nawilżana, lekkie szorowanie i po kłopocie. Zresztą nadal ową kanapę mamy – po przeprowadzce odświeżyliśmy ją, wstawiliśmy do przestronnego pokoju naszej córy i teraz pełni funkcję dodatkowego miejsca do spania, kiedy mamy gości i trzeba ich gdzieś położyć, a na co dzień jest meblem, na którym układa się różne układanki czy ogląda książeczki.

Idąc tropem, że ciemne meble dość fajnie się sprawdzają przy małych dzieciach, na początku miałam nawet na oku narożnik w kolorze ciemnego granatu, niestety brakowało mu tej wygody, jaką mam obecnie przy moim jasnoszarym wyborze ostatecznym. Wyborze, na którym od początku roku toczy się większość życia i za dnia nie ma momentu, żeby nie natknąć się tam na żadną z zabawek naszej córki lub jakąkolwiek rzecz, którą na daną chwilę uważa za zabawkę (no dobra, zdarzają się takie momenty, kiedy śpi za dnia, ale już nie zawsze ma popołudniową drzemkę). Wyborze, na którym często ląduje nie do końca szczelny bidon (a czy w ogóle istnieją jakieś naprawdę superszczelne?) z sokiem rozrabianym z wodą, często takim zawierającym w składzie malinę lub truskawkę. Wyborze, który nie przetrwał nawet tygodnia nowego roku, a musiał być już gruntownie prany z plam, które na nim powstały i które były koszmarnie mocno widoczne na tapicerce.

Przeklinałam ten wybór strasznie właśnie ze względu na te wszystkie plamy. A już najbardziej przeklinałam w dzień, w którym szorowałam go bite 3 godziny „od A do Z”, a 5 minut po zakończeniu szorowania córka znowu rozlała na niego trochę soku. Serio, miałam ochotę wtedy wyć do księżyca, mimo że był właśnie sam środek dnia, i mój mąż doskonale wie, co mówię, bo potem on jeszcze kilka razy spierał różne plamy. I niby Vanish Gold do dywanów, ten wiecie co się sypie, wciera i odkurza, dawał w miarę radę, ale niestety nie było tak różowo jak na reklamie, gdzie sprzątanie wymaga zero wysiłku, a trzeba było się porządnie naszorować, a i tak uważam, że kiedyś tam, na pewno po odpieluchowaniu dziecka, wynajmę albo ekipę, albo sam odkurzacz piorący, żeby wszystko poodświeżać, bo efektu takiego na 100%, jakie bym chciała nie ma, choć jest bardzo zadowalający i niewprawne oko nie jest w stanie wychwycić jakiś naprawdę drobnych niedoskonałości, które jednak ja, wiedząc, że były tam wielkie plamy, dostrzegam od razu. No i nie same plamy są problemem, ale też to, że wszelkie zmoczenia niszczą kanapę i od środka, a przecież jest ona też moim łóżkiem na co dzień.

Na początku, w poszukiwaniu idealnej ochrony dla tapicerki, bardzo błądziłam. Wiedziałam od początku, że będę chciała na nią kupić koce w chociaż bardzo zbliżonym kolorze, jeśli nie identycznym, bo wtedy jednak kanapa mniej się niszczy, jest mniej narażona na działanie czynników zewnętrznych. Kupiłam więc ostatecznie 2 komplety po 2 koce, żeby objęły cały narożnik swoją ochroną – jeden w ciemno i jasnoszare paski rodem z Ikei (mogliście go zobaczyć na zdjęciu na mojej Facebookowej stronie we wpisie zapowiadającym ten wpis) i drugi – zaprezentowany na zdjęciu poniżej – o jednolitym szarym kolorze, nieco ciemniejszym niż sama kanapa, ale i dzięki temu nie widać na nim za bardzo plam.

Kanapa – jak już wspomniałam – przy dziecięcej aktywności – pusta być nie może, stąd widoczny bidon i kilkanaście silikonowych foremek do muffinków (swoją drogą bardzo polecam, jeśli lubicie piec muffinki!), które aktualnie są świetną zabawką do tworzenia różnorakich budowli rodem z dziecięcej wyobraźni 😉 Koc już swoje przeżył w ciągu tygodnia, ale absolutnie nic na nim nie widać, chyba żeby się naprawdę wnikliwie przyjrzeć, ale zwykle, żeby był czysty wystarczy na bieżąco przetrzeć nawilżaną chusteczką, natomiast swojego czasu, gdy był jeszcze jedyną ochroną narożnikowej tapicerki, to na nim mogło nie być praktycznie żadnych śladów (na tym z Ikei jednak widać bardziej, nad czym ubolewam), a pod spodem dział się armagedon i to taki, że chciało mi się płakać… I wtedy, w absolutnym poczuciu rozpaczy, wpadłam na genialny pomysł… Przecież istnieją podkłady nieprzemakalne na materac! Że też ja wcześniej na to nie wpadłam! Przecież używamy takich w łóżeczku dziecięcym i to od samego początku, dlaczego by ich nie dać na kanapę, pod koc?!

No i Eureka… Pełna nadziei postanowiłam w niedługim czasie zamówić 2 podkłady, po jednym na każdą część narożnika, żeby w ogóle sprawdzić, czy one się sprawdzą, ale jeszcze zanim zdecydowałam wpakować się w koszty (na aktualnym etapie życia, po rujnującym fundusze remoncie, liczy się każdy grosz), wpadłam na nieco mniej genialny pomysł, by pod szare koce dać 2 znacznie grubsze i tym samym zwiększyć barierę ochronną. To rozwiązanie coś tam dało, ale i tak trzeba było plamy spierać, fakt faktem mniejsze niż wcześniej, ale jednak… Ostatecznie więc wymierzyłam narożnik i zamówiłam podkłady odpowiadające wielkością jego częściom, w moim przypadku był to wymiar 80 x 160 cm. Wprawdzie gumki podtrzymujące, przez konstrukcję narożnika, mogłam zastosować tylko na jednej części i tylko w połowie, ale nie są one konieczne, jeśli mamy choć trochę zapasu, żeby wsunąć część materiału, albo jeśli odpowiednio dobrze nałożymy na podkłady koc, niwelując ryzyko jego przesuwania się. Warto kupić większe podkłady niż wymiar kanapy, na pewno nie warto kupować mniejszych, bo nie będą stanowić odpowiedniej ochrony.

Podkład ochronny to strzał w dziesiątkę!

I dla mnie oznaczał koniec koszmaru z wiecznym jechaniem na szczocie po tapicerce. Nagle okazało się, że mogę mieć ten wymarzony narożnik, o tym wymarzonym kolorze i nie muszę się martwić różnorakimi wpadkami. Nic nie przepuszcza! A mamy już za sobą sporo rozlanych soków, kakao i innych cieczy, niekiedy w ilości naprawdę sporej. Pewną drobną niedogodnością jest fakt, że część nieprzepuszczająca cieczy nieco szeleści jak ktoś na kanapie się poruszy i z natury jest śliska przez co nieco częściej trzeba poprawiać powstałe na kocach od siedzenia wygniecenia, ale uważam to za niewielką cenę za święty spokój, a po pewnym czasie nie zauważa się tego jako niedogodność. Zresztą zobaczcie sami jak wygląda podkład, a jak tapicerka pod nim po okresie intensywnego użytkowania. Dla mnie to czysta magia… A w każdym razie czysty narożnik i spokój w najczystszej postaci 😉

Okazało się, że najfajniejsze w tym przypadku rozwiązanie było już przeze mnie stosowane, właśnie we wcześniej wspomnianym łóżeczku. Tym bardziej jestem zła na siebie, że tak późno wprowadziłam je na salonowy narożnik, który, tak prawdę mówiąc, jest znacznie bardziej narażony na wszelkie zalania niż łóżeczko dziecięce, bo to na nim toczy się życie, o każdej porze dnia. Zapewne nie odkryłam Ameryki, zapewne część z rodziców wcześniej wpadło na to  rozwiązanie, ale jeśli ktoś potrzebował oświecenia w tym zakresie, a ja poddałam mu tym wpisem jakieś małe światełko – to naprawdę fajnie! 🙂

Mojemu narożnikowi już niestraszne dziecko, przeciekający momentami bidon, wylane wino czy inne takie 😉 I coś mi się wydaje, że dzięki temu posłuży nam dłużej 😉 A to dobrze, bo ta mała księżniczka na zdjęciu go uwielbia (nie tylko dewastować ;)).

I jeszcze taka porada na koniec… Jeśli już wybieracie tę wymarzoną kanapę, dobrze jest, jeśli poduszki mają ściągane pokrowce (z tego co zauważyłam to niestety rzadkość, przynajmniej w tej niższej półce cenowej) lub jeśli ich nie mają, to można je przerobić tak, by jednak miały. Ich pranie to też nic najprzyjemniejszego, a czasami i one są narażone na pobrudzenie, i to znaczne (jedna z naszych poduch została zrzucona przez córkę prosto na kałużę rozlanego soku). W naszych poduchach jeszcze zdejmowanych pokrowców nie ma (chociaż o dziwo jedna jedyna poducha będąca przedłużeniem oparcia ma pokrowiec na zamek), ale planuje coś pokombinować w tym zakresie. Zawsze fajniej wrzucić pokrowiec po prostu do pralki niż szorować całą poduszkę, bo musicie wiedzieć, że rzeczywistość prania takich rzeczy często nie jest tak różowa, jak pokazują to reklamy.

 

Przeprowadzka z półtoraroczniakiem – prawdziwy obóz przetrwania, na którym popełniłam kilka błędów

Przeprowadzka z małym dzieckiem nie jest kwestią prostą do ogarnięcia, zwłaszcza jeśli koniecznie trzeba zwolnić dotychczasowe miejsce zamieszkania w określonym terminie, bo np. kończy się okres wynajmu, jak to było w naszym przypadku. Fakt, mogliśmy jeszcze bardziej rozłożyć to wszystko w czasie, zwłaszcza że nowe mieszkanie trzeba było wykończyć „pod klucz” i następnie od podstaw urządzić, a remont ruszył z opóźnieniem, ale nie mieliśmy na tyle możliwości finansowych, aby się urządzać, płacić ratę kredytu i do tego jeszcze wynajem przez dłuższy okres, zwłaszcza że na początku, zanim uzyska się wpis hipoteki do księgi wieczystej rata kredytu jest większa i jednak bardziej bije po kieszeni.

Tak więc, od listopada do samego końca roku na poważnie ruszyła akcja „pakowanie całego dotychczasowego dobytku i przeniesienie go do naszego życiowego miejsca docelowego”. Wydawało by się, że to dość sporo czasu jak na pakowanie i sukcesywne przewożenie, i że być może sylwestra uda się nawet spędzić gdzieś na imprezie, bo jeszcze przed nim uda się jakoś to ogarnąć, oczywiście bez super wielkiego rozpakowywania i urządzania, bo to zajmuje sporo czasu, gdy klamoty już się przewiezie, jednak nic bardziej mylnego! Bo – mimo że wydawało mi się, że mam wszystko pod absolutną kontrolą i przy dobrym planie nie ma się co stresować – finalnie ta ostatnia doba do wyprowadzki była prawdziwym koszmarem i totalnym chaosem, jakiego sobie nawet wcześniej nie wyobrażałam. I to nie dlatego, że do przeniesienia miałam także cały dobytek Elzonika, to akurat był najmniejszy problem, ale dlatego, że nie wzięłam pod uwagę, jak utrudniona może być ta misja, jeśli nie tylko ją i obsługę sklepu (ograniczoną w tym czasie do absolutnego minimum), ale także opiekę nad małym dzieckiem ma się na głowie, nawet takim raczej mało problematycznym i jednak w większości grzecznym. Jeśli więc na czas pakowania dobytku nie planujesz (przemyśl to jeszcze) / nie masz możliwości (a może jednak uda się coś zorganizować?) przekazać małego dziecka komuś innemu pod opiekę, koniecznie przeczytaj poniższe punkty, być może okażą się w jakiś sposób pomocne na drodze przeprowadzki i sprawią, że będzie ona lepiej zaplanowana, mniej wyboista i spokojniejsza. Nie ma nic gorszego niż zszargane nerwy i pakowanie rzeczy w panice, że się nie zdąży – naprawdę wiem, co mówię.

JAK WIĘC OGARNĄĆ RODZINNĄ PRZEPROWADZKĘ I NIE ZWARIOWAĆ?

Na pewno z głową… którą ja w pewnych momentach jednak traciłam…

1. Nawet, jeśli wydaje Ci się, że masz sporo czasu, uświadom sobie, że masz go mniej niż Ci się wydaje. Naprawdę. Zwłaszcza na początku pewne rzeczy zdarzało mi się przekładać z różnych względów, bo myślałam, że mam dużo czasu, a wiem, że gdybym nieco bardziej spięła tyłek w pewnych kwestiach, ostatni tydzień przed przeprowadzką ostateczną, byłby znacznie spokojniejszy, a mnie nie stawiał przed realnym zagrożeniem osiwienia przedwcześnie. Tak więc, DO ROBOTY! Co masz zrobić pojutrze, zrób już dziś! Twój wolny od stresu organizm będzie Ci bardzo wdzięczny. I być może – jeśli przeprowadzka przypadnie na koniec roku (tak jak w naszym przypadku) – uda Ci się bardziej cieszyć świątecznym okresem, a nawet wybrać na szaloną imprezę sylwestrową.

2. Jeśli masz możliwość, zaangażuj kogoś do pomocy i nie bój się o to prosić. Nieważne, czy miałby ogarniać nieco dziecko w tym czasie, czy pomagać w samym pakowaniu, czy nawet po prostu ugotować Ci normalny obiad, którego zazwyczaj bardzo mi brakowało w okresie przeprowadzkowym, a który niewątpliwie dodałby mi więcej sił niż kanapka zjedzona w pośpiechu.  Moim podstawowym błędem było to, że chciałam „przykozaczyć” i pokazać, że ogarnę to całe nieszczęsne pakowanie sama, zasługując na miano superbohatera domu (a nawet dwóch – tego, z którego przyszło mi się wyprowadzać i tego, do którego przyszło mi się wprowadzić). W końcu inni superbohaterowie musieli w tym samym czasie ogarnąć wykończenie mieszkania i jakoś dali radę, to ja sama nie dam? W końcu znajomi przeprowadzili się w tydzień, a ja mam jeszcze 3, to na luzie ogarnę w pojedynkę, a dzięki temu może inni będą ze mnie dumni, a to zawsze fajnie, jak ktoś powie, że mnie podziwia. Między innymi takie myśli chodziły mi po głowie w tamtym czasie. Błagam, nie próbujcie sobie na siłę czegoś udowodnić, bo to może Was zgubić, a przynajmniej napytać potem sporo niepotrzebnego stresu. Ja finalnie o pomoc prosiłam tylko wtedy, kiedy jechałam na nowe mieszkanie trochę ogarniać, a kiedy na starym się pakowałam, miałam dziecko ciągle przy sobie. Obawiam się, że gdyby nie fakt, iż uważałam dziecko w środku prac remontowych za jakąś małą katastrofę, to i tam ciągnęłabym je za sobą, żeby udowodnić, jakim jestem mistrzem ogarniania. Tylko po co?

3. Pamiętaj, że – nieważne, czy ostatecznie masz pomoc, czy nie – Twoje dziecko, potrzebuje Twojej uwagi, a to sprawia, że jest ona odciągana od spraw przeprowadzkowych. A jeśli – tak jak w moim przypadku – w akcie pakowania masz dziecko przy sobie, raczej na pewno nie uda Ci się w stu procentach temu pakowaniu poświęcić. Ja w trakcie pakowania wymyślałam zajmujące na jakąś chwilę zabawy, zmieniałam pieluchy, przygotowywałam jedzenie dla dziecka (bo o ile ja mogłam jeść byle jak w tamtym czasie, to jednak dziecko wymaga bardziej wartościowych posiłków, rozwija się, rośnie itp., a to ma swoje prawa), sama brałam udział w zabawach, ogarniałam kąpiele, wydałam dziecku milion zakazów i przetrwałam jakieś kilkanaście ataków histerii, bo coś było nie po dziecka myśli, a w tym wieku jeszcze nie umie się za bardzo panować nad emocjami, no i wyciszałam dziecko wieczorami, co też wiązało się z tym, że nie mogłam latać jak potłuczona, pakując różne rzeczy… Na szczęście usypiać specjalnie nie musiałam, bo córka nie ma z tym zazwyczaj problemów.

4. Musisz liczyć się z tym, że dziecko wtrąci swoje niekoniecznie pomocne 3 grosze w akt pakowania (i potem rozpakowywania rzeczy). I choćby miało jak najlepsze intencje, wykazując chęć pomocy, ostatecznie może bardziej przeszkadzać niż pomagać, zwłaszcza jak ma dopiero półtorej roku 😉 Taka chęć pomocy w moim przypadku przejawiła się tym, że w kartonach znajdowały się rzeczy, które nie powinny się tam znaleźć, za to te, co powinny czasami magicznie lądowały w osobnym worku, wydzielonym na rzeczy przeznaczone na śmietnik… Nie zliczę też, ile razy międzyczasie szukałam taśmy do pakowania, bo akurat była potrzebna, by skleić jakiś karton, a dziecko ją gdzieś wyniosło / wrzuciło… Takie niby drobiazgi, przyczyniają się czasem do niemałych opóźnień w procesie pakowania… Warto więc trzymać kartony przeprowadzkowe i materiały do pakowania poza zasięgiem dziecka, dobrze jest zorganizować sobie przestrzeń niedostępną dla dziecięcych rąk choć z doświadczenia wiem, że nie zawsze jest to możliwe i niekiedy jest trudne do wykonania, by wszystko odkładać ciągle w zorganizowane ku temu dobrze miejsce, choćby gdy dopada nas już mocne zmęczenie czy naprawdę bardzo się spieszymy. Pośpiech jest złym doradcą! Dlatego tak ważne jest, aby wziąć sobie do serca punkt pierwszy na tej liście. Przy późniejszym rozpakowywaniu rzeczy też trzeba bardzo uważać na małych pomocników, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z rzeczami delikatnymi, podatnymi na stłuczenie. Przy czym warto jest także zaangażować dziecko w proces pakowania i rozpakowywania jego zabawek – nie zrobi sobie nic złego, a będzie miało frajdę 😉

5. W miarę możliwości opisuj kartony, numeruj je i na osobnej liście jeszcze raz napisz, co w danym kartonie się znajduje. Ten patent znacznie ułatwił mi późniejsze rozpakowywanie wielu rzeczy, zaś brak opisów w przypadku kartonów czy toreb, które pakowane były w pośpiechu na ostatnią chwilę, doprowadzał mnie do szewskiej pasji w późniejszym planowaniu zagospodarowania miejsca w nowym mieszkaniu. Pośpiech niestety sprzyja chaosowi, im mniejsza skala tego pośpiechu, tym lepiej.

6. Dobrze zabezpieczaj swoje rzeczy. Ja na początku swojej przygody z pakowaniem miałam fioła na punkcie zabezpieczania (też po części, dlatego że przykładam olbrzymią wagę do bezpieczeństwa zawartości, gdy pakuję paczki dla klientów). Fioła, który także przyczynił się do późniejszego poczucia braku czasu, ale ostatecznie bardzo się opłacił, bo wszystkie naprawdę dobrze zabezpieczone rzeczy, dotarły do nowego mieszkania w całości, przetrwały transport, rzucanie, wnoszenie na trzecie piętro bez windy. Warto mieć takiego fioła i przy nim koniecznie trzeba brać pod uwagę, że pakowanie zajmie znacznie więcej czasu niż przy bezmyślnym wrzucaniu czegoś do pudeł. I jeszcze raz powtórzę – pośpiech jest złym doradcą! My pod koniec naszej przygody z przewożeniem rzeczy do nowego lokum bardzo panikowaliśmy, właśnie do tego stopnia, że – mając już przed oczami perspektywę konieczności zdania kluczy od wynajmowanego mieszkania – wrzucaliśmy wszystko gdzie popadnie i jak popadnie… Zwłaszcza mój mąż, który w amoku powrzucał do reklamówki niczym niezabezpieczone szklanki… Jak można się domyślić absolutnie wszystkie się potłukły, a ja prawie pocięłam sobie rękę, nie spodziewając się, że w reklamówce może być szkło.

7. Jeśli nie dysponujesz dużym autem do przeprowadzek, koniecznie sobie takie zorganizuj lub zorganizuj sobie więcej osób z autami do przewożenia rzeczy. Gdyby nie pomoc mojego taty w dniu przeprowadzki ostatecznej, w życiu nie wyprowadzilibyśmy się na czas. Niby mnóstwo rzeczy już było przewiezionych międzyczasie, ale i tak te rzeczy, które jeszcze zostały zajmowały na tyle sporo miejsca, że trzeba byłoby zrobić sporo kursów jednym samochodem osobowym, którym dysponujemy, a dojazdy też zajmują swoje (chyba że przeprowadza się gdzieś w obrębie naprawdę bliskiej okolicy). Swoją drogą w przypadku wykańczania mieszkania i jeżdżenia na prace remontowe, czy jakiegokolwiek jeżdżenia do nowego mieszkania, międzyczasie warto zabierać już ze sobą część rzeczy. Mój mąż tak robił, gdy przygotowałam już jakiś karton z rzeczami, choć przyznam, że nie zawsze mu się chciało przygotowane już kartony zabierać, o co m.in. się z nim pokłóciłam w dniu nerwowej przeprowadzki ostatecznej.

8. Jeśli masz możliwość i czas to po przewiezieniu części rzeczy  – układaj je już w nowym mieszkaniu. Jak już wspominałam, ja miałam dni, kiedy oddawałam dziecko pod opiekę troskliwej teściowej, a sama jechałam do nowego mieszkania jeszcze w trakcie jego remontów. Zaplanowaliśmy to wszystko tak, że najpierw przeprowadzam kuchnię i łazienkę (w wynajmowanym mieszkaniu zostawiając rzeczy absolutnie niezbędne, jak np. szczoteczka do zębów czy 2 komplety talerzy, żeby mieć na czym jeść zanim przyjdzie dzień przeprowadzki ostatecznej) i jak tylko te zostaną odpowiednio wykończone i umeblowane, ja od razu biorę się za układanie w nich naszych rzeczy. I to był strzał w dziesiątkę! Dzięki temu w całym tym kartonowym szaleństwie właściwie od razu mogliśmy jeść normalne posiłki czy korzystać z dobrodziejstw naszej nowej łazienki, a przy małym dziecku, które już ma rozszerzoną dietę i nie żywi się wyłącznie mlekiem, a przy tym kocha się kąpać, uważam to za ważne. Pokoje zawsze można ogarniać w miarę powoli bez pośpiechu.

9. Ciuchy też warto starannie układać w kartonach, najlepiej już wstępnie posortowane, mimo że nic im się takiego nie stanie, jeśli powrzucamy je jako tako, gdziekolwiek. Takie rozwiązanie znacznie ułatwiło mi potem rozkładanie ciuchów po szafach i oszczędziło znacznie dużo czasu przy rozpakowywaniu. Dzięki temu mogłam szybko cieszyć się całością mojej garderoby i nie marudziłam, że np. ne mogę znaleźć ulubionej bluzki czy chciałabym założyć to i tamto, a nie wiem, gdzie jest, albo wiem, ale jest tak koszmarnie pogniecione, że trzeba najpierw to wyprasować… (jak i całą górę ciuchów w przypadku wrzucenia wszystkich byle jak, byle było). W początkowym natłoku kartonów (na jednak ograniczonym metrażu mieszkania), nie mieliśmy nawet miejsca, żeby rozłożyć deskę do prasowania. W związku z powyższym, warto mieć więc na uwadze dbałość o pakowanie ciuchów przy przeprowadzce.

 

Jeżeli miałabym brać do serca słowa: jaki sylwester, taki cały nowy rok, to musiałabym liczyć się z tym, że przez cały rok będę zawalona kartonami, zestresowana, zmęczona, sfrustrowana… Na szczęście ten okres mam już za sobą i dziś wiem, że nie musiał on w niektórych przykrych aspektach wyglądać tak, jak wyglądał – gdybym tylko sama zastosowała się do wszystkich zamieszczonych tutaj porad.

Jeśli choć jednej osobie tekst ten ułatwi przeprowadzkę, to jest on wart absolutnie każdej sekundy przeznaczonej na jego stworzenie. Jeżeli tak nie będzie, to i tak cieszę się, że uświadomiłam sobie swoje własne błędy i wyciągnęłam z nich wnioski – wszak od tego są błędy – by się na nich uczyć 😉 Idealną zaś jest sytuacja, gdy uczymy się na cudzych błędach i na ich podstawie nie popełniamy własnych, chociaż przyznać trzeba, że rzadko taka sytuacja ma miejsce.