Pyszne babeczki bananowe na dobry nastrój ;)

Jako że pogoda tak jakby przestała nas rozpieszczać, zawsze warto nieco rozświetlić sobie ponury dzień prostym przepisem na coś pysznego, szybkiego i słodkiego – idealnego do ulubionej kawy, herbaty, kakao czy czego tam sobie jeszcze nie wymyślicie. Taką recepturą jest przepis na słodkie babeczki banonowe, który to przepis metodą wielu prób i kombinowania ze składnikami i proporcjami, udoskonalałam przez jakiś czas, aby dojść do finalnego efektu satsfakcjonującego moje kubki smakowe.

Z przedstawionej tu receptury wychodzą mi zwykle 24 babeczki, czasem więcej – w zależności od wielkości papilotek, do których nakłada się ciasto. Na co dzień dysponuje silikonowymi foremkami do babeczek, ale zdarza mi się piec je w papilotkach papierowych, zwłaszcza gdy chcę część dać komuś w prezencie lub piekę je na jakiś inny cel niż domowe potrzeby, a chcę też by ładnie się prezentowały. W przypadku tych drugich szczególnie warto zaopatrzeć się w specjalną metalową formę do muffinek, którą ja uwielbiam i używam zawsze, ponieważ papilotki papierowe mają to do siebie, że lubią się „rozłazić” pod wpływem nakładanego do nich ciasta, choć wiem też, iż niektórzy radzą sobie z tym problemem inaczej, nakładając porcje ciasta nie w pojedyncze papilotki, a np. w dwie lub trzy włożone w siebie. Zawsze to jakiś patent przy braku specjalnej formy, natomiast mało oszczędny, jeśli chodzi o zużycie papierowego materiału.

babeczki-bananowe-1

PRZEPIS NA PYSZNE BABECZKI BANANOWE (24 SZT.)

SKŁADNIKI PODSTAWOWE:

a) składniki suche:

  • 350 gramów mąki,
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 250 gramów cukru (choć oczywiście może być mniej, jeśli ktoś preferuje mniej słodkie wytwory, ale dla mnie ta akurat ilość jest idealna),

b) składniki „mokre”:

  • 2 duże, dojrzałe banany (im dojrzalsze tym lepsze, bo i słodsze ;)),
  • 100 gramów margaryny do pieczenia lub masła (zależy co kto woli ;)),
  • 125 ml mleka,
  • jajka: 1 całe jajko, 2 żółtka.

 

SKŁADNIKI OPCJONALNE:

  • 2 czubate łyżki gorzkiego kakao lub starta na wiórki gorzka czekolada (ok. 3/4 tabliczki) (dodatek dla wielbicieli czekoladowych słodkości);
  • 2 czubate łyżki jogurtu naturalnego, jeśli chcemy by ciasto było bardziej wilgotne.

Jogurt naturalny należy dodać do masy bananowej po jej wystygnięciu. Natomiast kakao lub startą czekoladę dodajemy do miski z mąką i proszkiem do pieczenia.

 

PRZYGOTOWANIE:

  1. Zmiksować banany do momentu uzyskania gładkiej masy. W przypadku braku sprzętu do miksowania można rozgnieść banany widelcem, natomiast jak wiadomo jest to bardziej czasochłonny sposób i wymaga więcej wysiłku. Ja do miksowania używam małego blendera Silvercrest kupionego kiedyś przez mojego tatę w Lidlu, a otrzymanego przeze mnie w spadku, bo on prawie nie używał, a mi często się przydaje, jeśli nie potrzebuje akurat zmiksować niewielkie ilości 😉 Przed wrzuceniem bananów do miksera rozdrabniam je na mniejsze kawałki.

babeczki-bananowe-2

2. Do garnuszka wlać mlekowsypać cukierdodać masło (lub margarynę) oraz banany.

babeczki-bananowe-3

Następnie podgrzewać to wszystko na małym ogniu (lub niewielkiej mocy w przypadku płyty indukcyjnej / ceramicznej) aż do momentu rozpuszczenia się cukru i masła / margaryny.

Przy czym warto masło lub margarnę wcześniej rozdrobnić na małe kawałki – wtedy rozpuszcza się szybciej 😉 Tak powstałą masę należy pozostawić do wystygnięcia.

3. W czasie, kiedy masa bananowa sobie stygnie, do miski należy przesiać 350 gramów mąki dodać do niej dwie łyżeczki proszku do pieczenia Przemieszać składniki łyżkąJak już wcześniej wspominałam w tym miejscu można dodać także kakao lub startą gorzką czekoladę, choć ja aktualnie tego nie robię, bo póki co moja córka woli babeczki bez takich dodatków, a piekę m.in. dla niej i jak jej smakuje to mi aż serce rośnie 😉

4. Również w czasie, gdy masa bananowa będzie stygła, warto do jakiejś osobnej małej miseczki wbić jedno całe jajko i 2 żółtka. Ja najpierw wbijam wszystko pojedynczo do kubeczka, a następnie do miseczki. Nigdy nie wiadomo, kiedy można trafić na zepsute jajko (takie czasem się zdarzają) i szkoda by było wbić takie do tych, które są dobre, bo wtedy wszystkie są do wyrzucenia 😉 Wymieszać. I tak oto otrzymujemy 3 naczynia zawierające składniki naszych babeczek:

babeczki-bananowe-4

5. Gdy masa bananowa ostygnie, należy dodać do niej jajka (opcjonalnie także jogurt) i wymieszać, a następnie wlać tę mieszankę do miski z mąką i proszkiem do pieczenia i mieszać łyżką do uzyskania jednolitego ciasta. Tak gotowe ciasto nakładać do przygotowanych foremek, a następnie piec 20 minut z funkcją termoobiegu w 170 stopniach (pikarnik bez termoobiegu – 190 stopni).

babeczki-bananowe-5

I tak oto otrzymujemy pyszne babeczki w sam raz do schrupania na przykład z pyszną kawą latte macchiato, którą widać w zestawieniu z babeczkami na pierwszym zdjęciu 😉 A jak zrobić tę pyszną kawę bez posiadania ekspresu? O tym można przeczytać TUTAJ.

Udanych wypieków i smacznego! 🙂

 

Reklamy

Wychowywanie w duchu szacunku do zwierząt

Zawsze, ale to ZAWSZE będę powtarzać, że warto wychowywać dzieci, troszcząc się o to, by miały one styczność z naszymi braćmi mniejszymi – zwierzakami. Kontakty ze zwierzakami, odpowiednio poprowadzone oczywiście, potrafią być świetną lekcją empatii, odpowiedzialności troski, pielęgnują więc w dziecku wzrastanie tych najwspanialszych wartości, o których warto pamiętać, podejmując kontakty z innymi. 

W całej tej nauce warto jednak nie zapominać o dwóch niesamowicie istotnych sprawach:

  • po pierwsze: zwierzak nie zawsze musi zachowywać się tak, jak życzyłoby sobie tego dziecko – ma prawo do własnej przestrzeni i odpoczynku, przy czym nie musi pałać wielką miłością do dzieci – czasami musi nam wystarczyć, że po prostu dzieci toleruje, nie wykazując chęci zabawy z nimi czy choćby inicjatywy bliższego poznania;
  • po drugie: dziecko, tak i w kontaktach ze zwierzakami, jak i ogólnie w życiu, nie jest jakimś świętym bóstwem (mimo że często kochamy je miłością wręcz niepojętą), któremu wszystko wolno.

Jeśli tylko będziemy o tym pamiętać, kontakty dziecka ze zwierzakami dla żadnej ze stron nie będą stanowić jakiegoś traumatycznego przeżycia, a staną się cenną lekcją w wychowaniu dziecka, a być może i zwierzaka, zwłaszcza tego jeszcze niezbyt obytego z tą młodszą grupą wiekową ludzi 😉

PAMIĘTAJ!

Dziecko bezwzględnie nie powinno być względem zwierzaka natarczywe, a tym bardziej nie powinno działać z krzywdą dla danego osobnika.

Oczywiście na początku swojego obcowania ze zwierzęciem może być nieświadome, że jego zachowanie jest w jakimś stopniu niewłaściwe, ale od tego są rodzice czy jacykolwiek opiekunowie, by swojemu podopiecznemu pewne rzeczy przekazać, wytłumaczyć, pokazać… Absolutnie niedopuszczalnym jest dla mnie ignorowanie niewłaściwego zachowania dziecka (zresztą nie tylko względem zwierząt) i tłumaczenie tegoż zachowania tekstem typu: „on się tylko bawi”. Trzeba zdać sobie bowiem sprawę, że zwierzaki, podobnie jak i ludzie, mają różne zakresy tolerancji i taka „zabawa” może skończyć się tragicznie. Nawet psiaki wyglądające mega słodko i niewinnie potrafią porządnie ugryźć, kiedy się je zdenerwuje czy przestraszy.

Przy czym warto też pamiętać, iż…

 …NAPRAWDĘ NIE KAŻDY ZWIERZAK MUSI LUBIĆ DZIECI…

A jeśli nie pała do nich zbyt wielką miłością, lepiej nie narażać go na niepotrzebne stresy i zachować odpowiedni dystans w kontaktach zwierzę – dziecko. Niektóre zwierzęta wręcz z natury nie są zbytnio stworzone do zabaw z najmłodszymi przedstawicielami naszego gatunku, a raczej do obserwowania. Takimi zwierzakami z reguły są np. szynszyle, których aktualnie jestem szczęśliwą i spełnioną opiekunką, choć jak wiadomo od każdej reguły istnieją wyjątki 😉 Więcej na ten temat można już było przeczytać we wpisie „Dziecko i szynszyle pod jednym dachem – czy to może się udać?” ZAWSZE, ale to ZAWSZE warto mieć na uwadze to, czy dany osobnik w ogóle dzieci lubi, bo jeśli zwyczajnie nie lubi, a my będziemy narażać go na zbyt nachalne kontakty ze strony naszej pociechy i nie będziemy kontrolować sytuacji może to się skończyć bardzo, ale to bardzo źle.

Z tego też względu absolutnie nie warto wybierać się z dzieckiem, które trudno okiełznać i któremu jeszcze ciężko coś wytłumaczyć do znajomych posiadających zwierzaki o niskim stopniu tolerancji dla dziecięcych wybryków. Na te pierwsze kontakty dziecka z naszymi braćmi mniejszymi, jednak zalecałabym wybierać te osobniki, które dzieci lubią i nie tracą względem nich szybko cierpliwości, zwłaszcza w przypadku tych dzieci, które w domu na co dzień styczności z jakimikolwiek zwierzętami nie miały, więc i nie są w ogóle obyte choćby w najmniejszym stopniu w tej kwestii.

OPIEKUN DZIECKA WINIEN JEST WSPIERAĆ I NADZOROWAĆ JEGO KONTAKTY ZE ZWIERZĘTAMI

A już na pewno nie powinien „puszczać dziecka samopas”, jak to niestety często ma miejsce choćby w parkach (gdzie jak wiadomo ludzie chodzą na spacery np. z psami) i kompletnie nie zwracać uwagi na jego relacje ze znajdującymi się w pobliżu stworzeniami. Niestety bywałam świadkiem sytuacji, kiedy jakiś biedny właściciel psa nie wiedział kompletnie jak się ma zachować, kiedy to do jego zwierzaka podbiegło jakieś dziecko i zaczęło go w nachalny sposób zaczepiać, podczas gdy rodzic ów latorośli radośnie gadał z kimś znajomym, totalnie nie zwracając na tę sytuację uwagi, bo przecież dziecko jest tylko dzieckiem i tylko się bawi. Tak być nie może!

Dla bezpieczeństwa dziecka trzeba obserwować przebieg jego kontaktu z danym zwierzęciem i reagować, gdy zauważy się, że kontakt ten przebiega nie tak jak powinien. CZAS REAKCJI JEST TU BARDZO WAŻNY i pozwala uniknąć wielu przykrych konsekwencji, które to konsekwencje bywają NIEBEZPIECZNE DLA ZDROWIA, A NAWET ŻYCIA NASZYCH POCIECH.

Oczywiście w tym wszystkim także i zwierzaki należy uczyć odpowiednich zachowań względem dzieci – obie strony tej relacji trzeba oswajać, uczyć wzajemnego szacunku. Nie można tu tłumaczyć, że dziecko jest tylko dzieckiem, a zwierzę tylko zwierzęciem i z tego tytułu „hulaj dusza, piekła nie ma”. Niestety bowiem znam też zwierzaki domowe totalnie nieobliczalne, wobec których dziecko może się w porządku zachowywać, a te i tak mogą je np. ugryźć ot tak… Wszystkie istoty, które człowiek ma pod opieką winien w jakiś sposób wychowywać – tak, aby mogły funkcjonować w danym im środowisku.

Trzeba TŁUMACZYĆ, TŁUMACZYĆ i JESZCZE RAZ TŁUMACZYĆ!

Bez tego się nie obejdzie, a w przypadku małych dzieci nie obejdzie się też bez przypominania, czego nie wolno, a co się powinno, bo zwyczajnie zdarza im się zapomnieć, że np. nie powinny szturchać klatki ze zwierzakiem, bo to zakłóca jego spokój. Z doświadczenia wiem, że dwulatce nienaumyślnie zdarza się w ten sposób prowokować szynszyle do aktywności, żeby nie tyle dokuczyć, co np. dać buziaka, bo musicie wiedzieć, iż Elmo i Oliwia to taki zgrany duet, że i buziaki zdarza im się sobie wzajemnie dawać, zwłaszcza od kiedy to Oliwia jest głównym rozdawaczem smakołyków wśród naszych szynszyli 😀

Dzieci często z samej miłości do zwierzaków popełniają błędy, które warto korygować na bieżąco dla zdrowia i dobrego samopoczucia wszystkich. Nasza córa np. próbowała niejednokrotnie z naszymi szynszylami dzielić się swoim jedzeniem, co mogłoby się skończyć bardzo źle dla szynszyli, mimo że robiła to z najczystszej sympatii i mając jak najlepsze intencje. Dziś już raczej wie, co jedzą i że mają inną dietę niż my, ale kiedyś trzeba było pilnować jej na każdym kroku, gdy dostawała coś do jedzenia. O ile kocham w niej to, że lubi się dzielić z tymi, których darzy sympatią, o tyle w przypadku szynszyli mogłoby to być naprawdę niebezpieczne, jeśli chce podzielić się tym, co akurat w ich diecie niepożądane.

Idąc w odwiedziny do kogoś, trzeba respektować jego zasady oraz szanować jego zwierzęta, jeśli takowe posiada

Jeśli więc idzie się z dzieckiem do znajomych posiadających zwierzaki, trzeba mieć na uwadze potrzeby tych zwierzaków i odpowiednio czuwać nad tym, by dzieci nie stanowiły dla domowych pupili źródła niepotrzebnego stresu, który w konsekwencji może przerodzić się w agresję. Jeszcze raz powtórzę: dziecko nie jest kimś komu wszystko wolno w kontakcie z naszymi braćmi mniejszymi „bo jest tylko dzieckiem i chce się tylko bawić”, a nie każdy z braci mniejszych musi pałać uwielbieniem dla dziecka. Nie jest więc tak, że to znajomi, do których idziemy winni są godzić się na wszystko i wyłącznie strofować swoje zwierzę, które powinno tolerować każde zachowanie dziecka, a to my powinniśmy mieć na uwadze, że mają oni zwierzę, które jakby nie było żyje z nimi, jest więc na swoim terytorium i to my na to tertorium wchodzimy – na określonych zasadach – i powinniśmy zadbać o to i czuwać nad tym, by nasze dziecko zachowywało się względem wszystkich domowników, a więc także zwierząt, odpowiednio. Co oczywiście nie znaczy, że opiekunowie danego zwierzaka są zwolnieni z odpowiedzialności – oni także powinni jak najbardziej czuwać nad tym, by ich podopieczny nie stanowił niebezpeczeństwa dla ich gości. Jeśli obie strony będą się starać – będzie naprawdę świetnie 😉

Naprawdę warto uczyć dzieci szacunku do zwierząt od najmłodszych lat

Na pewno zaprocentuje to w przyszłości, bo dzięki troskliwej opiece nad zwierzętami dzieci uczą się odpowiedzialności, wrażliwości, odpowiednich zachowań, a przyjaźnie dzieci ze zwierzakami potrafią być naprawdę piękne, jeśli budowane na dobrych fundamentach. Obserwacja jak nasza córka pięknie się rozwija, obcując ze zwierzętami ogółem i jak się cieszy na widok naszych szynszyli, kiedy one podbiegają, żeby się z nią przywitać (i przy okazji zobaczyć, czy nie ma czegoś dobrego ze sobą :P) jest czymś naprawdę fantastycznym. Czymś, na co pracowaliśmy, od samego początku. I wiem, że było warto.

 

Zwierzaki na fotografiach załączonych do artykułu to mopsy naszych serdecznych znajomych – Beza i Hodor oraz nasza szynszyla Elmo – jak dotąd niezmiennie najlepszy kumpel naszej córy ze wszystkich zwierzaków, z jakimi obcuje na co dzień 😉

Szacunek – coś, na co warto MĄDRZE zapracować

Długo zastanawiałam się jak ugryźć zagadnienia, które przewiną się w tym wpisie. Jeszcze dziś rano myślałam intensywnie o tym, o czym pragnę napisać, co powinnam dopisać do tego, co już gdzieś tam stworzyłam. Doszłam do wniosku, że totalnie zmienię tytuł dzisiejszego wpisu, skupiając się głównie na jednej rzeczy, o której zapowiadałam, że napiszę gdzieś „między wierszami” – na szacunku.

W życiu często oczekujemy go od innych, ale czy sami dajemy go od siebie? Oczekujemy go m.in. od własnych dzieci, ale czy sami wychowujemy je w przekonaniu, że my do nich mamy szacunek? Ta sprawa nie jest wcale tak oczywista, jak może się wydawać. Może niektórych oburzę swoim podejściem, ale uważam, że to wcale nie jest tak, iż rodzimy dziecko już z szacunkiem do rodziców gdzieś w pakiecie i ono ma szanować tych swoich rodziców i koniec, bo tak trzeba, bo nawet przykazanie mówi: czcij ojca swego i matkę swoją. Przykazanie oczywiście jest słuszne w swoim przesłaniu, ale nie może być tak, iż ktoś oczekuje czci od swoich dzieci, do nich samych nie przejawiając szacunku. No po prostu na to nigdy się nie zgodzę.

Nie zgodzę się również z tym, że dziecko powinno szanować wszystkich dorosłych jak leci, bo jest mniejsze, mniej doświadczone, młodsze etc. Jasne, starszych ludzi powinno darzyć się szacunkiem, ale to nie może być tak, że oni ten szacunek dostają w pakiecie z wiekiem, a niestety często spotkałam się ze zwyczajnym chamstwem ludzi starszych w stosunku do młodych osób (w tym i mnie), bo przecież one już tyle przeżyły i je szanować trzeba…

Ale po kolei…

NIGDY NIE POWINNIŚMY O SZACUNEK WALCZYĆ KRZYKIEM I PRZEMOCĄ

Co nadal niestety często jest spotykane, zwłaszcza w relacjach dziecko – dorosły, ale nie tylko. Bo czy naprawdę chcemy, by druga osoba, niezależnie od jej wieku, szanowała nas, zachowywała się tak, jak my oczekujemy, tylko dlatego, że się nas boi? Krzyk i przemoc budzą strach, nie ma się co oszukiwać w tej kwestii. Budzą także jeszcze więcej krzyku i przemocy, gdy ta druga osoba zacznie stosować analogiczne mechanizmy obronne. Oczywiście, nie twierdzę, iż w życiu nie zdarzają się sytuacje, kiedy krzyknąć trzeba (np. żeby natychmiastowo i odpowiednio dobitnie ostrzec przed sytuacją potencjalnie niebezpieczną, nikt nie będzie bawić się w spokojne tłumaczenie danego zagrożenia, gdy ono realnie i szybko się zbliża), jednak nie może być tak, że krzykiem załatwiamy absolutnie wszystko względem określonej osoby, a niestety miałam wątpliwą przyjemność obcować krócej lub dłużej z rodzinami, w których notorycznie wiele spraw załatwia się krzykiem. Co gorsza, naprawdę wielu dorosłym się wydaje, iż tak wypracują u dzieci odpowiednią dozę szacunku… A co jeszcze gorsze, wraz z krzykiem stosowana jest przemoc fizyczna.

Jak dla mnie przemoc fizyczna nie jest niczym innym jak wyrazem ogromnej słabości psychicznej tego, kto tę przemoc stosuje. Nie ma różnicy czy chodzi o drobne klapsy dla tzw. „ukazania, kto tu rządzi” czy chodzi o regularne powodowanie większych szkód cielesnych. W obu przypadkach jest to przemoc, której dopuszczać się nie powinniśmy, chyba, że kogoś kręci to w łóżku, a jego partner daje na to wyraźne przyzwolenie i także czerpie z tego przyjemność – to zupełnie inna bajka 😉 Natomiast przemocy, zarówno fizycznej, jak i psychicznej względem dzieci mówię absolutne, niepodaważalne w żaden sposób „NIE”! I dziwi mnie, że jeszcze w tych czasach zdarzają się rodzice uważający, że klaps nauczy dziecko szacunku do starszych. Tak naprawdę nie nauczy, a jedynie wzbudzi strach przed tym, że może zostać skrzywdzone za zachowanie nieodpowiednie do stawianych wobec niego oczekiwań, pobudzi je do oszukiwania, gdy stanie się coś złego, bo jak zatai jakiś swój nie do końca odpowiedni występek, to być może nikt się jednak nie dowie, a będzie spokój, nauczy tego, że jest samo, jeśli nie radzi sobie z emocjami, których zwłaszcza ci najmłodsi nie zawsze rozumieją, jeszcze ucząc się świata… Nie ma w tym absolutnie nic pozytywnego.

Dzieci zdecydowanie uczą cierpliwości, jeśli tylko dorośli chcą się tej cierpliwości nauczyć, a nie tylko dają się ponieść emocjom. Testują, sprawdzają granice, bywają nieznośne, ale i mądrzejsze niż wielu się wydaje. Naprawdę wiele da się im wytłumaczyć w cywilizowany i spokojny sposób. Nie trzeba stosować przemocy, przemoc to pójście na łatwiznę, to nie nauka, a jedynie chwilowe i pozorne zażegnanie problemu, a często i jego jeszcze zaognienie.

Miałam już z córką kilka sytuacji, kiedy wpadła w ogromną histerię, bo zwyczajnie się przestraszyła, nie potrafiła sobie poradzić z jakimiś uczuciami, które w niej wezbrały, a osoby trzecie, niestety również i nam bliskie, ze swoimi „przewspaniałymi i niezastąpionymi radami” uznawały, że to przejaw jakiegoś braku szacunku, fanaberia, że trzeba ją z tą histerią zostawić i działać dalej, bo nie można sobie pozwolić wejść na głowę, a w ogóle najlepiej to w tyłek dać, żeby pokazać i nauczyć… CZEGO? no tak całkiem serio, czego? Naprawdę nie rozumiem. I zażegnałam już niejedną histerię przytulaniem, uspokajaniem, tłumaczeniem, odwracaniem uwagi od tego, co wywołało negatywne emocje… To działa! Naprawdę… Podczas, gdy niebotyczne wrzaski jeszcze pogarszały sprawę, we mnie wzbudzając tyle negatywnych emocji, że miałam ochotę rozszarpać tego, kto wrzaski względem mojego dziecka zaczął. A skoro ja czułam, że wybuchnę i wybuchałam w obronie, to co dopiero musiało czuć moje dziecko, które emocji dopiero się uczy?

Bardzo chcę, by moja córka mnie szanowała i miała szacunek do innych, oczywiście jeśli ci nie wykażą kompletnego braku szacunku wobec niej, ale nie chcę tego osiągać zastraszeniem. Nie powiem, czasami i mi nerwy puszczają, też jestem tylko człowiekiem, ale człowiekiem, który pragnie nad sobą panować, a nie dawać się porwać jakimś niepohamowanym instynktom, które nie pozwalają myśleć racjonalnie. Gdy czuję, że jestem na granicy, biorę parę głębokich wdechów i walczę dalej z problemami… W sposób cywilizowany, a nie barbarzyński. Kocham – nie chcę krzywdzić. To dla mnie oczywiste!

SZACUNKU NIE MOŻNA OCZEKIWAĆ Z AUTOMATU

Trzeba na niego zapracować. Tymczasem ze zgrozą stwierdzam, iż ogromna ilość osób oczekuje go wyłącznie na podstawie jakiegoś błahego powodu, jak np. tego, że jest od kogoś starsza, że jest czyimś szefem itp. Tymczasem można się szefa zwyczajnie bać, postępować zgodnie z jego oczekiwaniami (tak jak i to biedne dziecko, wobec którego stosuje się przemoc), ale nie mieć do niego szacunku. Jeśli natomiast jakaś starsza osoba zachowuje się jak zwyczajny cham, to dlaczego ja mam ją szanować? Dlatego, że chodzi już tyle po tym ziemskim padole i nawet kulturalnie zachować się nie umie? Spotkałam się „na żywo” z argumentem typu: młodziku, Ty mnie szanuj, ja mam 80 lat! Jakby to było jakieś wybitne osiągnięcie w dziedzinie kultury osobistej… Owy pan zarzucił mi w tramwaju, że nie umiem czytać, wskazując na tabliczkę „Ustąp miejsca starszym”, i za grosz mam kultury, a mój jeszcze wtedy narzeczony, a dziś mąż ośmielił się stanąć w mojej obronie (kiedy mnie totalnie zatkało)… Żeby nie było: pan świetnie trzymał się na nogach, 3/4 tramwaju było puste, a on kłócił się, że ja młodsza, więc ustąpić mam i się przesiąść mogę i co z tego, że niepełnosprawna, no przecież młodsza (!) po czym wysiadł na kolejnym przystanku, życząc, aby mój małżonek nie zdał matury (już dawno maturę mieliśmy zdaną)… I naprawdę – ustępuje miejsca tym, którzy bardziej potrzebują go ode mnie, a akurat żadnego wolnego nie ma…

I niestety w znacznej części przypadków to staruszkowie, którzy tak bardzo oczekują od innych szacunku, zwykle mają problem, że zajmuje miejsce siedzące gdzieś w komunikacji miejskiej, jeśli jest dostępne, nie okazując mi ani krzty szacunku… Osoby „młodszej daty” często wręcz mi ustępują i jeszcze ciepło się uśmiechną, co jest bardzo, ale to bardzo miłe.

Osoby, które szanują mnie i moje życie, zawsze mogą liczyć na szacunek z mojej strony, niezależnie od wieku, płci, narodowości itp. Nie muszą się ze mną zgadzać – wystarczy, że uszanują fakt, iż mam zdanie, jakie mam, nie muszą mnie kochać i wielbić – wystarczy jakieś minimum empatii, bo najważniejsze w tym wszystkim jest to, by pozostać sobą i jednocześnie dać innym być sobą, bez krzywdzenia innych.

To koszmarne trzecie piętro!

Tak, jestem osobą niepełnosprawną.

Tak, schody stanowią dla mnie wyzwanie.

Tak, kupiliśmy z mężem mieszkanie na trzecim piętrze,

bez możliwości skorzystania z windy 😉

Paradoks?

Nie, w pełni świadomy wybór,

zwykle ciężki do zaakceptowania przez osoby, które bywają tu okazjonalnie lub nawet wcale tu jeszcze nie były 😉

 

Kiedy zdecydowaliśmy się na kupno właśnie tego mieszkania, byłam w jakimś stopniu przygotowana na falę sensacji, jaką wzbudzi jego lokalizacja na ostatnim piętrze trzypiętrowego budynku bez windy. No bo jak to tak, tak wysoko mieszkać i nie móc windą się powozić, zwłaszcza w mojej sytuacji i zważywszy na to, że już raczej bardzo często się buduje takowe bloki z windą w wyposażeniu. Nie byłam natomiast przygotowana na skalę tejże sensacji i na to, że temat będzie ciągle i ciągle wałkowany, mimo tego, że mieszkanie tutaj naprawdę MI PASUJE i było bardzo przemyślaną decyzją.

Tak, schody stanowią dla mnie niekiedy sporo większe wyzwanie niż dla w pełni sprawnego człowieka, ale – kiedy tak rozważałam wszelkie „za” i „przeciw” mieszkania na trzecim piętrze – doszłam do wniosku, że ich obecność i konieczność ich codziennego pokonywania wyjdą mojej sprawności na dobre. No bo takie pokonywanie schodów to też rodzaj ćwiczenia sprawności, a dostęp do windy wiele osób zwyczajnie rozleniwia, choć nie powiem, że nie ułatwia życia 😉 Oczywiście, jak najbardziej jestem za ułatwianiem życia, ale w moim przypadku redukcja ruchu wpływa naprawdę destrukcyjnie i sprawia, że czuję się jeszcze bardziej niepełnosprawna niż naprawdę jestem. Oczywiste też, że mam swoje granice i taką właśnie optymalną granicą jest to trzecie piętro, czwarte już na co dzień faktycznie byłoby dla mnie dość męczące, biorąc pod uwagę fakt, iż posiadamy tutaj piwnicę, więc często pokonuje łącznie 4 piętra, a przy mieszkaniu na czwartym piętrze byłoby już ich pięć 😉

Fakt, większość życia mieszkałam na paterze… I dostawałam nie lada zadyszki, gdy ktoś znajomy mieszkał gdzieś wyżej, więc i rozumiem tych, którzy nisko mieszkają i trochę marudzą, że do nas na to trzecie piętro trzeba włazić. Po ślubie, przez 4 lata mieszkałam na piętrze drugim i nie było mi się trudno przystosować, bo schody były naprawdę ok. Zdać sobie bowiem sprawę trzeba, że schody schodom nierówne i nie każde są wygodne, są i takie, które stanowią dla mnie mega wyzwanie, nawet, jeśli jest ich tylko kilka, ale o tym za moment. Niemniej, wtedy wydawało mi się, że nigdy, przenigdy nie zamieszkam wyżej niż to drugie piętro, przy trzecim już się męczyłam… A jednak…

Kiedy szukaliśmy dla siebie własnego miejsca na ziemi, natrafiliśmy na oferty dostępne w budynku, w którym aktualnie mieszkamy. Były tu dostępne ostatnie 2 wolne mieszkania. Jedno na drugim piętrze, drugie na piętrze trzecim. Oba mieszkania – jak już wspomniałam – znajdowały się w tym samym budynku, ale w dwóch różnych bramach i to ostatecznie wpłynęło na to, że zdecydowałam się podjąć „wyzwanie trzeciego piętra” 😉 Oba mieszkania rozkładowo były identyczne (dla mnie wymarzone), tylko stanowiły swoje lustrzane odbicia, co też wpłynęło w pewnym stopniu na moją decyzję. Dlaczego więc wyżej, a nie niżej? Powodów było kilka.

1. Lokalizacja bramy – tu, gdzie obecnie mieszkamy główna brama wejściowa / wyjściowa wychodzi na bardziej główną ulicę, a nie uliczkę znajdującą się w środku osiedla, jak to było w przypadku mieszkania na drugim piętrze, które było również dostępne. Dla mnie to bardziej praktyczne, że nie trzeba wchodzić gdzieś bardziej w głąb osiedla, choć niektórzy mogą uznać to oczywiście za wadę.

2. Lokalizacja balkonu – nasz balkon wychodzi na ulicę, widać ruch, mamy widok na miasto, bardzo ładny jak dla mnie i ciekawy, znacznie przyjemniej jest mi usiąść na balkonie i widzieć, że coś się dzieje niż patrzeć wyłącznie na piaskownicę podwórkową, na którą skazana byłabym patrzeć w przypadku mieszkania na drugim piętrze, które nam pokazano jako alternatywę. No i im wyższe piętro, tym fajniejszy ten widok – moim zdaniem 😉 Bo fajnie tak popatrzeć na świat „z góry”, a nie wyłącznie z mojej perspektywy 150 cm wzrostu 😀

3. Lokalizacja barierki na klatce schodowej – chyba najważniejszy czynnik, na jaki zwróciłam uwagę, bowiem dużo sprawniej i szybciej mi się ze schodów schodzi, gdy mam barierkę do podtrzymania się po swojej prawej stronie. Nie wiem do końca z czego to wynika, ale po prostu tak jest. Przy wchodzeniu na górę strona nie ma dla mnie aż tak wielkiego znaczenia, przy schodzeniu w dół jest mi dużo łatwiej, gdy jest ona po określonej stronie. Schody identyczne, barierki też, a jednak… Z tego drugiego piętra schodziłoby mi się gorzej / dłużej niż z tego mojego aktualnego trzeciego. Przy czym warto pokreślić, że schody w starych kamienicach zwykle są moim wrogiem nr 1, bez względu na lokalizację barierki, bo i barierki często mają jak dla mnie podejrzane i mniej stabilne. W przypadku starych klatek schodowych, z wysokimi stopniami, pomoc osoby drugiej w ich pokonaniu jest dla mnie często wręcz nieoceniona. I w przypadku takich właśnie klatek nawet mieszkanie relatywnie nisko, lecz z koniecznością pokonania kilku schodków, byłoby dla mnie codziennym koszmarem. To samo dotyczy mieszkań, do których prowadzą jakiekolwiek schodki nieopatrzone barierką.

4. Chęć utrzymywania kondycji – bo przyznaję kiedyś wydawało mi się, że jak coś to tylko parter albo piętro z windą, żeby życia sobie nie komplikować w tej mojej niepełnosprawności, ale jak tak przyszło do przemyśleń – stuknęłam się w głowę. Przecież nie mogę z siebie robić kaleki i ofiary losu większej niż jestem 😉 Pokonywanie schodów to też dobre ćwiczenie dla nóg, które od dawna ćwiczę na steperze, który także liczy „pokonane schody”. Na początku było mi trochę ciężko z tym jednym piętrem więcej w stosunku do poprzedniego mieszkania, które wynajmowaliśmy na Bielanach Wrocławskich, ale dość szybko się przyzwyczaiłam 😉 i jest mi z tym naprawdę dobrze 😉 I dlatego też uważam, że winda strasznie rozleniwia… No przynajmniej w tych przypadkach, w których ludzie nie mają jakiś większych aktywności fizycznych 😉 A znam takich całkiem sporo.

Prawda jest taka, że przy mojej niepełnosprawności, bez względu na to, czy do mieszkania prowadzić będą 3 stopnie czy 30 i więcej, to nie wniosę po nich dziecka z wózkiem ani ogromnych zakupów porozkładanych po kilku reklamówkach – potrzebuję pomocy, bez względu na wszelkie towarzyszące udogodnienia, więc w wielu przypadkach i parter nie dałby mi pełnej niezależności w pewnych kwestiach. Mój mąż o tym doskonale wie, przyjął mnie z takim bagażem i pomaga jak może 😉 Nasza rodzina jest w jakimś stopniu przez to inna, ale nie czuję jakoś bardziej tych ograniczeń. A aktualnie córa już śmiga po schodach sama i to lepiej niż ja, więc nie muszę jej dźwigać, by zejść z nią na dwór – niezależność w tym względzie pozyskana 😉 Co więcej, lubi schody pokonywać i nierzadko ma z tego zwyczajnie frajdę 😉

Nawet sprawni ludzie robią z siebie kaleki…

Taka prawda, niestety! I dość frustrujący dla mnie jest fakt, że ludzie, zwykle znacznie sprawniejsi ode mnie, potrafią tak bardzo marudzić, że trzeba do nas na to trzecie piętro wchodzić… Ja pokonuje codziennie, nierzadko i 4 piętra, kiedy jeszcze trzeba odwiedzić komórkę lokatorską w piwnicy, i żyję! A wielu nas odwiedzających wyraża się o tym trzecim piętrze jak o samym szczycie Kilimandżaro…

Nie trzeba się martwić o czyjąś niepełnosprawność, jeśli on sam nie robi z niej problemu 😉

Praktycznie wszyscy, którzy nas tu odwiedzali, choć raz wyrazili wątpliwość, co do tego, że osoba niepełnosprawna ruchowo w ogóle może mieszkać na trzecim piętrze (czy wyżej). Nie zliczę, ile razy usłyszałam pytania: jak ty sobie właściwie radzisz?, jak ty biedulko będziesz te schody pokonywać?, a niżej mieszkania tu już nie było?, nie lepiej byłoby poszukać mieszkania gdzieś indziej / w bloku z windą? i tym podobne… Otóż, radzę sobie całkiem dobrze i dobrze to sprawdziłam zanim wpakowaliśmy się w kredyt, schody pokonuje na niczym innym jak na własnych nogach, które na szczęście posiadam, uważam, że jednak dla mojej kondycji i sprawności lepsze jest to, że windy tu nie ma, a gdzie indziej nie chciałam szukać, bo zakochałam się właśnie w tym mieszkaniu w wielu jego aspektach i czuję, że tu jest moje miejsce na ziemi 🙂 Nie mam problemu z tym, że mieszkam tu, gdzie mieszkam, więc po co inni te problemy sztucznie wytwarzają… Nie pojmuję 😉

Największym paradoksem w tym wszystkim jednak jest to, iż tak wielu ludzi mówi, że: „do sukcesu nie ma żadnej windy, trzeba iść po schodach”, a kiedy w życiu muszą fizycznie ich trochę więcej pokonać, to robią wielkie halo 😉

 

Te gorsze dni, które zdarzają się w najmniej odpowiednim czasie i chwile zwątpienia z nimi związane…

Jak wiecie w życiu bywa bardzo różnie, a kiedy już mieszka się z dzieckiem pod jednym dachem to chyba niczego nie da się przewidzieć. Każdy, absolutnie KAŻDY człowiek, bez względu na wiek ma prawo do gorszych dni, do tych „cięższych” emocji, tak trudnych do zniesienia nie tylko dla niego, ale i dla jego otoczenia. W chwilach kryzysu i dorośli bywają bardzo zagubieni, a co dopiero dzieci, które muszą się jeszcze nauczyć, jak z pewnymi emocjami żyć i jak sobie z nimi w jakiś racjonalny sposób radzić.

Jeszcze nie tak dawno praktycznie każdego dnia zmagaliśmy się wraz z mężem z trudnymi emocjami naszej córki, która w ciągu kilku sekund potrafiła przejść z super humoru do płaczu, wrzasków rodem z czeluści piekielnych, rzucania się po podłodze. Wiele osób określa takie zachowanie „buntem dwulatka” – jakoś tak potocznie się przyjęło, choć jak dla mnie nie jest to jakieś specjalnie trafne określenie tegoż zjawiska. Mam jednak świadomość, że to pewien normalny etap w rozwoju (choć znam i przypadki dzieci, które nigdy, przenigdy nie urządzały scen dantejskich) no i jak już się pojawi trzeba go przetrwać. Bardzo ciężki czas to dla rodzica – czas ogromnej próby, której przejściu nie sprzyjają bynajmniej komentarze czy „dobre rady” otoczenia, no chyba, że faktycznie są DOBRE, bo i takie wyjątkowo się zdarzają 😉 Ale o tym jeszcze będzie osobny wpis, do którego muszę jeszcze trochę dojrzeć i zebrać myśli…

Niemniej okres ten tak jak gwałtownie się pojawił, tak nagle zniknął. No przynajmniej w takim stopniu, że nie mamy z nim do czynienia absolutnie codziennie, ale już bardzo, bardzo, BARDZO rzadko i pech chciał, że to „bardzo rzadko” przypadło na cały miniony weekend, na który zaplanowane były różne uroczystości rodzinne, a przed którym jeszcze przedwcześnie cieszyłam się, że to, co najgorsze w tym akurat temacie mamy za sobą… Nie będę pisać szczegółowo, co się działo, bo i nie widzę głębszego sensu takiego obnażania prywatności, chciałam natomiast zwrócić uwagę na kilka rzeczy, z którymi zapewne niejeden rodzic się zmaga w swojej codzienności. Zresztą kwestie tu poruszane w dużej mierze będą kręcić się wokół rodzicielstwa, ale dotyczą każdego człowieka, który choć raz w obliczu gorszego dnia, z „dobrymi radami” i ocenianiem musiał się zmagać…

Kryzysy często zdarzają się w najmniej odpowiednim momencie…

No nie ma się co czarować, NIGDY nie ma dobrego czasu na kryzys. „Dobry czas” i „kryzys” to zdecydowanie słowa, które się wzajemnie wykluczają, ale jak to jest, że akurat, kiedy najbardziej nam zależy na tym, żeby coś dobrze wypadło, często wychodzi z tego jakiś koszmar? Cały miniony weekend mieliśmy do czynienia ze scenami wpisującymi się w zjawisko określane jako ten okrutny i ciężki do przeżycia „bunt dwulatka”, akurat kiedy zależało nam, żeby nasza rodzina zobaczyła jaka z nas fajna, rodzinna drużyna… Co za los… Ile razy Wy chcieliście dobrze wypaść np. przed rodziną właśnie, a wyszło zupełnie inaczej?

Ludzie kochają oceniać powierzchownie i na tej podstawie dawać „dobre rady”

Niestety… W miniony weekend dobitnie się o tym przekonałam. I zapewne wraz z mężem nie jesteśmy jedynymi rodzicami, których dzieci zostały dość dosadnie ocenione na podstwie tego, że akurat w danym momencie miały ten gorszy okres, do którego KAŻDY ma prawo. W końcu krewni czy znajomi, którzy z Wami nie mieszkają na co dzień nie widzą, że ogólnie Wasze dziecko zwykle zachowuje się znacznie lepiej, promienieje uśmiechem i radością, potrafi być otwarte na innych… Skoro w danym momencie płacze, pokazuje nie do końca fajne humory, to w mniemaniu wielu, którzy akurat to widzą, na pewno jest takie na co dzień… I teraz, z jeszcze większym sentymentem i zrozumieniem, wspominam moje pierwsze wizyty u koleżanek po tym jak już zostały matkami, a ich dzieci akurat w dzień tej mojej nieszczęsnej wizyty zamieniały się w małe marudy z piekła rodem… Wtedy nie rozumiałam dlaczego tak gęsto się z tego tłumaczą tekstami typu: „no nie wiem, co mu teraz odbiło, zwykle taki nie jest”, bo już wtedy miałam świadomość, że za humorami dziecka czasami ciężko nadążyć i nie zawsze jest cukierkowo. Teraz już rozumiem.. Odkąd sama jestem mamą TAK BARDZO ROZUMIEM i współczuję… Nie tyle tych gorszych dni, co reakcji otoczenia, które zrozumieniem się nie wykazuje, wydając często pochopne osądy…

I tym bardziej doceniam tych moich przyjaciół, którzy rozumieją, którzy dają nam do zrozumienia, że nie musimy się tłumaczyć z tych gorszych dni, że od nich nie usłyszymy, że pędem musimy biegać po lekarzach, bo gorsze dni nie są normalne, że skoro nasze dziecko z rezerwą podchodzi nieraz to dorosłych, to na pewno jest dzikusem, dlatego, że nie puszczamy go do dzieci (taki dziwny zarzut padł nieraz, podczas gdy nasze dziecię często jest onieśmielone przez dorosłych, a w sklepie potrafi zaczepić dziecko, żeby się z nim przywitać i do niego uśmiechnąć…) itp. Zresztą tym owym „dzikusem” może być po mnie, bo mnie w dzieciństwie bardzo onieśmielali dorośli, nawet ci z rodziny i tylko z nielicznymi miałam super kontakt… Moja córa też ma super kontakt z nielicznymi dorosłymi. Są znajomi, do których nawet nie podejdzie, a jest i „przyszywana” ciocia, przy której potrafi zasnąć, nawet szybciej niż przy mnie… I jak dla mnie to jest ok. Sama nie rzucam się w ramiona każdego człowieka, jakiego napotkam, jednych darzę większą sympatią, innych mniejszą. Nie widzę powodu, żeby do każdego moje dziecko było tak samo otwarte – taka postawa jest wręcz niebezpieczna, a już wmawianie mi, że „jest dzikusem” w stosunku do dorosłych, dlatego, że nie ma kontaktu z dziećmi jest jakimś kuriozum. Pomijając już fakt, że nie trzymamy jej w klatce z zerowym dostępem do dzieci i już całkiem sporo, jak na to swoje krótkie życie, dzieci poznała 😉

Rodzice najlepiej znają swoje dzieci

I fajnie by było, gdyby otoczenie o tym pamiętało, a nie „dokładało do pieca” uwagami, które kompletnie się nie sprawdzą w danym momencie. Często od najbliższego otoczenia słyszę, że gdybyśmy zrobili tak, a nie inaczej, to czegoś byśmy uniknęli – łatwo jest mówić, gdy jest się biernym obserwatorem „od czasu do czasu”. Rodzicielstwo nauczyło mnie, że pewnych rzeczy nie do końca dla nas przyjemnych uniknąć się nie da (chyba, że da się całkiem dziecku wejść na głowę, ale to urodzi o wiele poważniejsze konsekwencje w przyszłości) – trzeba się z nimi zmierzyć. Kilka razy przeżyje się piekło, tak jak my przeżywaliśmy np. w sklepie, gdy dziecko chciało biegać wszędzie samopas i ściągać rzeczy z półek, ale za którymś razem w końcu nie trzeba będzie się „szarpać”, bo dziecko zrozumie, że i tak nic nie ugra. Idąc w taktykę unikania, kompletnie bym musiała zrezygnować z zakupów z dzieckiem, a rzadko mam okazję, by móc wyjść do sklepu bez niego. Śmierć głodowa murowana 😉 No wiem, że są też rodzice, którzy w nosie mają swoje pociechy, robiąc zakupy, a te wyczyniają wśród półek, co tylko zechcą (co w sumie też można podciągnąć pod taktykę unikania), ale to już ich sprawa, że hodują, a nie wychowują… Rodzic najlepiej zna swoje dziecko i jeśli przy tym jest mądry, to zrobi, co w jego mocy, żeby jak najlepiej wyjść z danej sytuacji. To, co ktoś uważa za „złotą radę” niekoniecznie musi się sprawdzić w danym przypadku, dlatego dobrze by było, gdyby otoczenie czasami potrafiło ugryźć się w język zamiast takie rady dawać… A jeśli już dawać, to mądrze słowami typu: „może warto byłoby…” zamiast „gdybyś to zrobił tak, byłoby inaczej…”

Ileż ja kłótni z szanownym małżonkiem przeżyłam przez czasami wykluczające się „złote rady”, jeszcze zanim wypracowaliśmy absolutnie wspólny front, który na co dzień naprawdę dobrze się sprawdza. Obwinialiśmy siebie nawzajem bardzo, głównie za to, że nasza córka nie spełnia CUDZYCH oczekiwań, tak właśnie… CUDZYCH… Bo np. ktoś posiał wątpliwość, że jeszcze nie za wiele mówi, mąż się niezdrowo przejął i gotowa kłótnia, że córka nie umie sklecić zdań podrzędnie złożonych… a ja wiem, że ma czas i widzę, że z dnia na dzień kombinuje z mową coraz bardziej, poza naszymi zmartwieniami, swoim tokiem… Jak faktycznie pojawią się problemy, to zmierzymy się z nimi w obecności specjalisty, tymczasem niestety…

Ludzie często lubią szukać problemów tam, gdzie ich nie ma…

Nasza córa fajnie się rozwija, jest na ogół pogodnym dzieckiem, poza pewnymi gorszymi dniami, z przeszkodami architektonicznymi radzi sobie nieraz lepiej niż ja z tą moją niepełnosprawnością, a wielu zamiast naprawdę się cieszyć tym razem z nami szuka dziury w całym. W sumie ja do niedawna też szukałam, bo to przecież takie niewiarygodne mieć na moim miejscu takie fajne, zdrowe dziecko i do tego kochające bezwarunkowo taką nieidealną, niepełnosprawną mamę. Jakaś skaza na tym szczęściu być musi… No musi! I to o wiele większa niż te gorsze dni, w których zwyczajnie trzeba być wsparciem i przetrwać…

Brak wiary – problem wielu rodziców, ale nie tylko 

Tak wielu młodych, naprawdę fantastycznych rodziców boryka się z brakiem wiary. Sami nie wierzą w siebie, rodzina w nich nie wierzy, znajomi nie wierzą… Ciężko, bardzo ciężko wierzyć w siebie, gdy inni nie wierzą, poddają w wątpliwość nasze kompetencję, intuicję, sami wiedzą lepiej… To jest po prostu masakra, jak bardzo można podłamać fantastycznego człowieka brakiem wiary. Ja pierwszy raz ze sporym jej brakiem ze strony wielu osób zetknęłam się, zakładając mój sklep Elzonik.pl. Wielu próbowało mnie zniechęcić do jego uruchomienia i wbijało mi tym samym nóż w serce, bo nic tak nie napędza fajnych działań jak świadomość, że ktoś w nas wierzy, kibicuje, popiera to, co robimy. Fajnie od kogoś usłyszeć: „dobra robota!”, „świetnie ci idzie!”, „jesteś zajefajną mamą!” zamiast „to się nie uda!”, „znowu popełniasz błąd!”, „jak możesz postępować w ten sposób – to nie zadziała!”. Ale kurczę tak jakoś lubimy się skupiać na tym, co złe zamiast chwalić za to, co dobre, bo zazwyczaj jak coś robimy dobrze, to inni uznają to normę, standard, niegodny jakiejś specjalnej pochwały, a jak coś zrobimy źle, to potrafi wypominać się to sporo razy i przy tym już nie dostrzegać pozytywów. Komu nigdy w życiu nie powinęła się noga, niech pierwszy rzuci kamieniem, a kto chciałby czasem od kogoś usłyszeć: „jestem z ciebie naprawdę dumny” niech podniesie rękę. Dlatego też ja może zbyt często mówię Oliwii, że jestem z niej dumna, ale założyłam sobie, że będę się starać skupiać na tych dobrych rzeczach i je pielęgnować, a złe wrzucać w niepamięć zamiast rozpamiętywać w nieskończoność, jak to bywa, gdy ktoś zobaczy, jak powinie nam się noga. Wiele małżeństw przez to się rozpada – przez wzajemne obwinianie się i wypominanie w nieskończoność… Czasami w życiu trzeba wcisnąć reset i „uruchomić system ponownie”, z wykasowaniem wszelkich błędów z dysku.

PAMIĘTAJWielu ludzi będzie wiedziało najlepiej, co zrobić, ale to Ty najlepiej weźmiesz swoje życie we własne ręce.

Jak to właściwie jest z tym portfelem, domem i sercem? Mój punkt widzenia

„Bez moich dzieci,

mój dom pewnie byłby czysty,

a portfel pełny,

ale serce byłoby puste”

Takie oto hasło pojawiło się swojego czasu w co najmniej kilku miejscach w sieci i krąży sobie gdzieś na internetowej autostradzie, od czasu do czasu przewijając się gdzieś w mediach społecznościowych, niejednokrotnie wraz z dziarskim zapytaniem: „zgadzacie się mamusie?” Otóż może Was zadziwię, ale ja się nie zgadzam 😉 No przynajmniej nie w pełni… Dlaczego? Już wyjaśniam.

Właściwie to owe stwierdzenie w swojej części z portfelem nawet całkiem nieźle mnie wkurzyło, w jakimś stopniu rozbawiło – no wzbudziło wiele uczuć, jak widać dość skrajnych. Ja rozumiem wraz z dzieckiem, już i na etapie samej ciąży, pojawiają się wydatki, raz mniejsze, raz większe, od czasu do czasu nawet i ogromne, ale nie można z dzieci robić jakiejś nadludzkiej wręcz siły siejącej spustoszenie w portfelu, który być może opływał by w miliardy, gdyby nie ta mała, a jakże kosztowna w utrzymaniu istotka… A opływał w miliardy przed jej pojawieniem się, by następnie obrosnąć w kurz na samą wieść o jej istnieniu? No raczej nie 😉

Magia pieniędzy jest niebywała

Przynajmniej w moim przypadku, bo i przed pojawieniem się dziecka i zwierzaków (które często także utożsamiane są z tym powiedzeniem przez ich troskliwych opiekunów na zasadzie: zamiast słowa „dziecko” wstaw zwierzątko, jakie chcesz) mój portfel za pełny to nigdy nie był 😉 Jakoś tak często w życiu jest, że ile by się nie zarabiało, pretekst do wydawania zawsze się znajdzie, a odłożyć coś jest ciężko, a już jak ja coś odłożę, to często los każe mi coś skubnąć z odłożonej kasy, bo np. auto zaniemogło i trzeba odwiedzić mechanika… Jakby się tak głębiej zastanowić, to z wieloma wypadkami życiowymi zmuszającymi do wydania pieniędzy, dzieci nie mają za dużo wspólnego, jeśli w ogóle w jakiś sposób są z czymś powiązane… A jeżeli komuś już uda się coś więcej odłożyć, to często nie wynika to z faktu nieposiadania dzieci. Znam rodziców, którym los pozwolił całkiem sporo przyoszczędzić, a i znam bezdzietnych,  bez istot wszelakich na utrzymaniu, żyjących na oparach od wypłaty do wypłaty.

Ale właściwie nie o oszczędzaniu chciałam tutaj mówić, a właściwie ogólnie o tym, że portfele ludzi nieposiadających małych istot na utrzymaniu często wcale nie są pełniejsze. Przynajmniej mój wcale nie był pełniejszy zanim zdecydowałam się na powiększenie rodziny i to nie jest tak, że wraz z dzieckiem przyszedł wielki huragan, porywający praktycznie cały pieniężny dobytek. Wydaje tyle środków, na ile akurat budżet mi pozwala, po prostu przed założeniem rodziny wydatki były inne. Kiedyś częściej chodziło się na imprezy, spotykało ze znajomymi na mieście, wydawało na mniej lub bardziej przydatne pierdoły. Dzieci po prostu weryfikują priorytety i zmieniają myślenie o budżecie. Już nagle osiemnasta para butów nie jest tak ważna jak zapas pieluch np. i odpuszczamy sobie wydatki, które nie są na dany moment niezbędne.

Czy mój portfel, gdyby nie było mojej córki, byłby pełniejszy? No może łatwiej byłoby mi coś przyoszczędzić, ale wielkiej rewolucji w finansach by nie było na pewno. Wydatki zawsze się znajdą. Jeżeli nie na życiowe konieczności, to na przyjemności chociażby, a zawsze znajdzie się coś, co przy pewnym nakładzie finansowym przyjemność nam sprawi.

Kiedyś prawdziwą przyjemność sprawiało mi wydawanie kasy na torebki, do tej pory mam ich sporo, dziś przechodzę koło torebek i zastanawiam się, jak ja mogłam aż tak jarać się takimi rzeczami 😀 Serio. Dziś największą przyjemność sprawia mi radość mojej córki, jej zniewalający , szeroki, najszczerszy uśmiech na świecie… No i te moje urocze szynszylaki też dają mi sporo radości, dlatego potrzeby tych wszystkich małych istot są dla mnie niezwykle ważne. Jak dostaję jakąś extra kasę od rodziny, to już zastanawiam się co będę mogła kupić córce – no tak już mam i w najgłębszym sekrecie powiem, że wielu rodziców też tak ma i może dlatego wydaje się, że dzieci tak bardzo rujnują budżet 😉 Kiedyś to co dziś wydaje na córkę, wydałabym na nową, niekoniecznie naprawdę potrzebną torebkę czy inną pierdołę. To priorytety i źródła radości się u mnie zmieniły, a nie zasobność portfela. To tak samo jak palaczom wypomina się, że za to co już w życiu wypalili kupiliby sobie Porsche, a tak, spoglądając prawdzie w oczy, warto zadać sobie pytanie, ilu niepalących posiada taką extra brykę? Po prostu ktoś wydaje fortunę na zrujnowanie własnego zdrowia, a ktoś inny np. na książki, jeśli to je akurat uwielbia i są jego, zdecydowanie zdrowszym, nałogiem 😉

Z CZYSTOŚCIĄ KAŻDY JEST CZASEM NA BAKIER

Bez względu na to, czy akurat posiada dzieci lub słynne z brudzenia zwierzaki, czy też nie… Były w moim życiu takie momenty, że mieszkanie zarastało brudem z różnych powodów, niespowodowanych obecnością małych istot na utrzymaniu i przyznaję, że teraz strasznie mi za takie momenty wstyd, bo mam świadomość, ile teraz potrafię w domu ogarnąć, kiedy akurat córka idzie z tatą na spacer, a ja mogę sam na sam zostać ze ścierką do kurzu. Wtedy czasami górowało lenistwo (a czasami ciężka praca nad czymś innym, ale za wynikły z tego bałagan wstyd mi nie jest ;)), teraz na lenistwo nie mam czasu 😉 I śmiem nawet stwierdzić, że czasami właśnie dzięki dziecku mam czyściej, bo ogarniam bardziej na bieżąco niż kiedyś – inaczej totalnie zginęłabym w chaosie 😉 Fakt faktem, że teraz przypomina to prawdziwe syzyfowe prace i efekt sprzątania jest krótszy, ale jednak znowu w pewnym stopniu zmieniło się podejście 😉 I to podejście jest tu kluczem, no bo teraz faktycznie, gdyby nagle córa zniknęła z mieszkania na dłuższy czas, miałabym czyściej, bo wykorzystałabym na pewno część tego czasu na efektywne, niczym niezakłócone sprzątanie. Byłoby na pewno czyściej, ale czy tak w pełni czysto? Przy wysokich standardach sprzątania przekazanych mi przez moją mamę, to absolutnie nigdy w życiu nie mogę powiedzieć, że wysprzątane jest na tip top, bo zawsze coś tam się znajdzie, do czego przyczepić się można 😉 No i tak szczerze powiedziawszy trochę szkoda życia na wieczne latanie na szmacie za każdym najmniejszym brudkiem 😉 W życiu jest tyle ciekawych i konstruktywnych zajęć – warto mieć ogarnięte i jakoś jednak ogarniać, ale zażynać się w imię czystości na 1000000000% na pewno nie 😉

A tak szczerze powiedziawszy, to teraz moja córa już od pewnego czasu jest na takim etapie, że lubi pomagać w pracach domowych i to ona często sprawia, że np. nie czekam z rozładunkiem zmywarki, a rozładowuje ją razem z nią, często znacznie sprawniej i szybciej niż gdybym miała to zrobić sama. No i nigdzie nie zostawiam zalegających brudnych naczyń, bo zaraz ta moja pierworodna mi je przynosi i pokazuje, że mam odłożyć do zlewu lub zmywarki. To, gdy mamy z mężem wieczory bez córki, a kilka razy już zdarzyły się takowe, śmiejemy się, że teraz bezkarnie możemy zostawić brudne szklanki po kawie czy kieliszki po winie na szafce pod telewizorem i nikt nam uwagi nie zwróci 😀 Także może i córka robi wokół siebie bałagan, gdy się bawi, ale też jednocześnie stoi na straży, abyśmy to my byli porządni 😀

A CO Z TYM SERCEM?

No i w końcu doszłam do fragmentu o pustce serca i z nią również zarówno się zgadzam, jak i nie. Nie uważam bowiem, że moje serce zanim zdecydowałam się na dziecko było puste. Kochamy przecież w życiu różnych ludzi. Mamy przyjaciół, rodzinę, których darzymy uczuciem jeszcze zanim w naszym życiu pojawią się nasze własne dzieci. No a co jak ludzie bezdzietni są z wyboru? Ich serce przez ten wybór jest puste? No nie 😉 W swoim życiu nierzadko mają oni kogoś, kogo darzą bezgraniczną, szaleńczą miłością, często mają swoich własnych rodziców, dziadków, których szczerze kochają – ich serce jest pełne miłości, choć nie akurat do dzieci… Oczwiście, nie rozpatrując stwierdzenia o pustym sercu dosłownie, a w kontekście: „mam dziecko, ale nagle je tracę”, czułabym przeogromną pustkę, bardzo bolesną przy tym i myślę, że żadna inna miłość nie byłaby w stanie jej zapełnić… Jednak serce ludzi darzących miłością, nigdy w pełni puste nie jest, a i jak ktoś, kogo bardzo kochamy odchodzi, miłość w sercu pozostaje i nie pozwala nam o nim zapomnieć… To bez miłości, serce jest puste, a dzieci niewątpliwie są źródłem ogromnej, wręcz niepojętej miłości – takiej, której żadna inna miłość nie zastąpi… Ale jednak nie są przy tym źródłem jedynym.

Przepyszne latte macchiato bez ekspresu

Ekspres do kawy, taki który w swoich opcjach ma przygotowywanie latte macchiato, to coś, co zdecydowanie mogłabym mieć w swojej kuchni, ale też nie uważam za niezbędne, zwłaszcza jeśli nie ma się funduszy na  jego zakup. Mój sprytny mąż, który o ekspresie sobie póki co marzy, odkrył w końcu dobry przepis na wykonanie tej wspaniałej kawy, bez konieczności wydawania fortuny na dobry sprzęt. Dobrze jest natomiast wyposażyć się w bardzo tani i niekłopotliwy w przechowywaniu spieniacz do mleka, który to spieniacz możemy zabrać ze sobą absolutnie wszędzie, przygotowując perfekcyjne latte macchiato nie tylko we własnym domowym zaciszu. My taki spieniacz dostaliśmy kiedyś w prezencie od mojego taty i w sumie leżał sobie długi czas zapomniany, gdzieś w ciemnym zakątku szuflady kuchennej wynajmowanego mieszkania, abyśmy odkryli jego potencjał dopiero po przeprowadzce do własnego M…

Oto i on – niepozorny, a jednak tak przydatny. Można go kupić w wielu miejscach, wydając nie więcej niż 10 złotych:

Ileż to wspaniałych kaw można by stworzyć międzyczasie, kiedy leżał odłogiem… Żebyście Wy nie tracili już czasu na kompletnie zwyczajne kawy, takie bez większego polotu, albo nie wydawali kroci na latte macchiato w kawiarniach, postanowiliśmy podzielić się z Wami odkrytym przez nas przepisem na ten cudownie niebiański napój kawowy.

 

PRZEPIS NA PERFEKCYJNE LATTE MACCHIATO BEZ EKSPRESU:

1. Przygotowujemy sobie 2 kubki – połowa jednego z nich powinna być napełniona ciepłym mlekiem, a ćwierć, czyli 1/4 drugiego gorącą kawą, zaparzoną tak, jak się lubi, z dodatkiem cukru lub bez niego.

Co ważne: temperatura kawy powinna być wyższa od temperatury mleka!


2. Ciepłe mleko mieszamy spieniaczem tak, aby dwukrotnie zwiększyło swoją objętość, dzięki procesowi spieniania. Tak przygotowane przelewamy do wysokiej szklanki, a następnie czekamy chwilę aż płynne mleko opadnie na dół, a piana odtrąci się i pozostanie stabilnie na górze.


3. Powoli i ostrożnie, celując w sam środek mlecznej pianki, wlewamy do szklanki wcześniej zaparzoną kawę. Jeśli wszystko zrobiliśmy odpowiednio – kawa powinna ulokować się pomiędzy płynnym mlekiem, a mleczną pianką, tworząc perfekcyjne latte macchiato.


4. [Opcjonalnie] mleczną piankę można udekorować np. startą czekoladą lub cynamonem 🙂 Można przy tym też korzystać z szablonów do kawy, aby z takich dodatków stworzyć fajne obrazy na powierzchni kawy i jeszcze bardziej nasz kawowy napój uatrakcyjnić 😉 Miałam nawet kiedyś taki szablon, ale moja córa gdzieś go zgubiła, więc w tym zakresie została mi radosna twórczość własna, czyli chaos niekontrolowany 😛


Całość powinna wyglądać mniej więcej tak:

 

Piszę „mniej więcej”, ponieważ perfekcyjna piana w takiej kawie powinna mierzyć nieco więcej niż na zdjęciu, ale trzeba wziąć pod uwagę, że mój mąż je cyknął już po jakimś czasie od zrobienia kawy, więc zdążyła już opaść 😉 Niemniej po opublikowaniu tego zdjęcia w mediach społecznościowych część znajomych myślała, że faktycznie kupiliśmy ekspres do kawy…

No wiadomo jak to jest z ekspresem – żeby przygotować taką kawę wystarczy nacisnąć jeden guzik, więc to spora wygoda i mniej zachodu. Warto jednak znać taki przepis, jeśli na ekspres nie za bardzo nas stać w danym momencie lub go mamy i  po prostu nie możemy wziąć ze sobą, a gdzieś poza własnym domem chcemy rozkoszować się pyszną latte macchiato, bez konieczności odwiedzania kawiarni. Jest to dobry sposób, by zabłysnąć na jakiejś domówce czy imprezie rodzinnej, czy nawet gdy spotykamy się z kimś znajomym w domu, w którym ekspresu do kawy z funkcją przygotowywania latte macchiato się nie uświadczy.