Jasna kanapa przy małym dziecku? Naprawdę możesz ją mieć ;)

W każdym razie ja takową mam – jasnoszarą 😉 I przyznam szczerze, że przy wyborze kompletnie nie brałam pod uwagę tego, jak będę przeklinać, kiedy trzeba będzie z niej sprać jakiekolwiek plamy… Brałam pod uwagę wygodę jej użytkowania, bo tak się składa, że nasz salon jest także naszą sypialnią, no i cenę, bo wykończenie mieszkania  wykończyło też nasz budżet – dokumentnie.

Właściwie to od dziecka spałam na tapczanach i kanapach, więc i niespecjalnie przeszkadza mi brak osobnej sypialni z wielkim łożem małżeńskim. Niemniej staram się dbać również o komfort snu, więc kanapa musiała w moim przypadku spełniać pewne standardy wygody, o które wbrew pozorom nie tak prosto, a że jeszcze lubimy podejmować gości i mieć dla nich wygodne miejsce do siedzenia, to wybór padł na średniej wielkości narożnik o – jak mi się później wydawało – iście przeklętym kolorze.

W poprzednim mieszkaniu w salonie mieliśmy czarną kanapę i była ona bardzo funkcjonalna pod względem różnorodnych plam, bo prawie żadnych nie było widać… A nawet jeśli, to wystarczyło trochę wody z mydłem czy nawet chusteczka nawilżana, lekkie szorowanie i po kłopocie. Zresztą nadal ową kanapę mamy – po przeprowadzce odświeżyliśmy ją, wstawiliśmy do przestronnego pokoju naszej córy i teraz pełni funkcję dodatkowego miejsca do spania, kiedy mamy gości i trzeba ich gdzieś położyć, a na co dzień jest meblem, na którym układa się różne układanki czy ogląda książeczki.

Idąc tropem, że ciemne meble dość fajnie się sprawdzają przy małych dzieciach, na początku miałam nawet na oku narożnik w kolorze ciemnego granatu, niestety brakowało mu tej wygody, jaką mam obecnie przy moim jasnoszarym wyborze ostatecznym. Wyborze, na którym od początku roku toczy się większość życia i za dnia nie ma momentu, żeby nie natknąć się tam na żadną z zabawek naszej córki lub jakąkolwiek rzecz, którą na daną chwilę uważa za zabawkę (no dobra, zdarzają się takie momenty, kiedy śpi za dnia, ale już nie zawsze ma popołudniową drzemkę). Wyborze, na którym często ląduje nie do końca szczelny bidon (a czy w ogóle istnieją jakieś naprawdę superszczelne?) z sokiem rozrabianym z wodą, często takim zawierającym w składzie malinę lub truskawkę. Wyborze, który nie przetrwał nawet tygodnia nowego roku, a musiał być już gruntownie prany z plam, które na nim powstały i które były koszmarnie mocno widoczne na tapicerce.

Przeklinałam ten wybór strasznie właśnie ze względu na te wszystkie plamy. A już najbardziej przeklinałam w dzień, w którym szorowałam go bite 3 godziny „od A do Z”, a 5 minut po zakończeniu szorowania córka znowu rozlała na niego trochę soku. Serio, miałam ochotę wtedy wyć do księżyca, mimo że był właśnie sam środek dnia, i mój mąż doskonale wie, co mówię, bo potem on jeszcze kilka razy spierał różne plamy. I niby Vanish Gold do dywanów, ten wiecie co się sypie, wciera i odkurza, dawał w miarę radę, ale niestety nie było tak różowo jak na reklamie, gdzie sprzątanie wymaga zero wysiłku, a trzeba było się porządnie naszorować, a i tak uważam, że kiedyś tam, na pewno po odpieluchowaniu dziecka, wynajmę albo ekipę, albo sam odkurzacz piorący, żeby wszystko poodświeżać, bo efektu takiego na 100%, jakie bym chciała nie ma, choć jest bardzo zadowalający i niewprawne oko nie jest w stanie wychwycić jakiś naprawdę drobnych niedoskonałości, które jednak ja, wiedząc, że były tam wielkie plamy, dostrzegam od razu. No i nie same plamy są problemem, ale też to, że wszelkie zmoczenia niszczą kanapę i od środka, a przecież jest ona też moim łóżkiem na co dzień.

Na początku, w poszukiwaniu idealnej ochrony dla tapicerki, bardzo błądziłam. Wiedziałam od początku, że będę chciała na nią kupić koce w chociaż bardzo zbliżonym kolorze, jeśli nie identycznym, bo wtedy jednak kanapa mniej się niszczy, jest mniej narażona na działanie czynników zewnętrznych. Kupiłam więc ostatecznie 2 komplety po 2 koce, żeby objęły cały narożnik swoją ochroną – jeden w ciemno i jasnoszare paski rodem z Ikei (mogliście go zobaczyć na zdjęciu na mojej Facebookowej stronie we wpisie zapowiadającym ten wpis) i drugi – zaprezentowany na zdjęciu poniżej – o jednolitym szarym kolorze, nieco ciemniejszym niż sama kanapa, ale i dzięki temu nie widać na nim za bardzo plam.

Kanapa – jak już wspomniałam – przy dziecięcej aktywności – pusta być nie może, stąd widoczny bidon i kilkanaście silikonowych foremek do muffinków (swoją drogą bardzo polecam, jeśli lubicie piec muffinki!), które aktualnie są świetną zabawką do tworzenia różnorakich budowli rodem z dziecięcej wyobraźni 😉 Koc już swoje przeżył w ciągu tygodnia, ale absolutnie nic na nim nie widać, chyba żeby się naprawdę wnikliwie przyjrzeć, ale zwykle, żeby był czysty wystarczy na bieżąco przetrzeć nawilżaną chusteczką, natomiast swojego czasu, gdy był jeszcze jedyną ochroną narożnikowej tapicerki, to na nim mogło nie być praktycznie żadnych śladów (na tym z Ikei jednak widać bardziej, nad czym ubolewam), a pod spodem dział się armagedon i to taki, że chciało mi się płakać… I wtedy, w absolutnym poczuciu rozpaczy, wpadłam na genialny pomysł… Przecież istnieją podkłady nieprzemakalne na materac! Że też ja wcześniej na to nie wpadłam! Przecież używamy takich w łóżeczku dziecięcym i to od samego początku, dlaczego by ich nie dać na kanapę, pod koc?!

No i Eureka… Pełna nadziei postanowiłam w niedługim czasie zamówić 2 podkłady, po jednym na każdą część narożnika, żeby w ogóle sprawdzić, czy one się sprawdzą, ale jeszcze zanim zdecydowałam wpakować się w koszty (na aktualnym etapie życia, po rujnującym fundusze remoncie, liczy się każdy grosz), wpadłam na nieco mniej genialny pomysł, by pod szare koce dać 2 znacznie grubsze i tym samym zwiększyć barierę ochronną. To rozwiązanie coś tam dało, ale i tak trzeba było plamy spierać, fakt faktem mniejsze niż wcześniej, ale jednak… Ostatecznie więc wymierzyłam narożnik i zamówiłam podkłady odpowiadające wielkością jego częściom, w moim przypadku był to wymiar 80 x 160 cm. Wprawdzie gumki podtrzymujące, przez konstrukcję narożnika, mogłam zastosować tylko na jednej części i tylko w połowie, ale nie są one konieczne, jeśli mamy choć trochę zapasu, żeby wsunąć część materiału, albo jeśli odpowiednio dobrze nałożymy na podkłady koc, niwelując ryzyko jego przesuwania się. Warto kupić większe podkłady niż wymiar kanapy, na pewno nie warto kupować mniejszych, bo nie będą stanowić odpowiedniej ochrony.

Podkład ochronny to strzał w dziesiątkę!

I dla mnie oznaczał koniec koszmaru z wiecznym jechaniem na szczocie po tapicerce. Nagle okazało się, że mogę mieć ten wymarzony narożnik, o tym wymarzonym kolorze i nie muszę się martwić różnorakimi wpadkami. Nic nie przepuszcza! A mamy już za sobą sporo rozlanych soków, kakao i innych cieczy, niekiedy w ilości naprawdę sporej. Pewną drobną niedogodnością jest fakt, że część nieprzepuszczająca cieczy nieco szeleści jak ktoś na kanapie się poruszy i z natury jest śliska przez co nieco częściej trzeba poprawiać powstałe na kocach od siedzenia wygniecenia, ale uważam to za niewielką cenę za święty spokój, a po pewnym czasie nie zauważa się tego jako niedogodność. Zresztą zobaczcie sami jak wygląda podkład, a jak tapicerka pod nim po okresie intensywnego użytkowania. Dla mnie to czysta magia… A w każdym razie czysty narożnik i spokój w najczystszej postaci 😉

Okazało się, że najfajniejsze w tym przypadku rozwiązanie było już przeze mnie stosowane, właśnie we wcześniej wspomnianym łóżeczku. Tym bardziej jestem zła na siebie, że tak późno wprowadziłam je na salonowy narożnik, który, tak prawdę mówiąc, jest znacznie bardziej narażony na wszelkie zalania niż łóżeczko dziecięce, bo to na nim toczy się życie, o każdej porze dnia. Zapewne nie odkryłam Ameryki, zapewne część z rodziców wcześniej wpadło na to  rozwiązanie, ale jeśli ktoś potrzebował oświecenia w tym zakresie, a ja poddałam mu tym wpisem jakieś małe światełko – to naprawdę fajnie! 🙂

Mojemu narożnikowi już niestraszne dziecko, przeciekający momentami bidon, wylane wino czy inne takie 😉 I coś mi się wydaje, że dzięki temu posłuży nam dłużej 😉 A to dobrze, bo ta mała księżniczka na zdjęciu go uwielbia (nie tylko dewastować ;)).

I jeszcze taka porada na koniec… Jeśli już wybieracie tę wymarzoną kanapę, dobrze jest, jeśli poduszki mają ściągane pokrowce (z tego co zauważyłam to niestety rzadkość, przynajmniej w tej niższej półce cenowej) lub jeśli ich nie mają, to można je przerobić tak, by jednak miały. Ich pranie to też nic najprzyjemniejszego, a czasami i one są narażone na pobrudzenie, i to znaczne (jedna z naszych poduch została zrzucona przez córkę prosto na kałużę rozlanego soku). W naszych poduchach jeszcze zdejmowanych pokrowców nie ma (chociaż o dziwo jedna jedyna poducha będąca przedłużeniem oparcia ma pokrowiec na zamek), ale planuje coś pokombinować w tym zakresie. Zawsze fajniej wrzucić pokrowiec po prostu do pralki niż szorować całą poduszkę, bo musicie wiedzieć, że rzeczywistość prania takich rzeczy często nie jest tak różowa, jak pokazują to reklamy.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s