Przeprowadzka z półtoraroczniakiem – prawdziwy obóz przetrwania, na którym popełniłam kilka błędów

Przeprowadzka z małym dzieckiem nie jest kwestią prostą do ogarnięcia, zwłaszcza jeśli koniecznie trzeba zwolnić dotychczasowe miejsce zamieszkania w określonym terminie, bo np. kończy się okres wynajmu, jak to było w naszym przypadku. Fakt, mogliśmy jeszcze bardziej rozłożyć to wszystko w czasie, zwłaszcza że nowe mieszkanie trzeba było wykończyć „pod klucz” i następnie od podstaw urządzić, a remont ruszył z opóźnieniem, ale nie mieliśmy na tyle możliwości finansowych, aby się urządzać, płacić ratę kredytu i do tego jeszcze wynajem przez dłuższy okres, zwłaszcza że na początku, zanim uzyska się wpis hipoteki do księgi wieczystej rata kredytu jest większa i jednak bardziej bije po kieszeni.

Tak więc, od listopada do samego końca roku na poważnie ruszyła akcja „pakowanie całego dotychczasowego dobytku i przeniesienie go do naszego życiowego miejsca docelowego”. Wydawało by się, że to dość sporo czasu jak na pakowanie i sukcesywne przewożenie, i że być może sylwestra uda się nawet spędzić gdzieś na imprezie, bo jeszcze przed nim uda się jakoś to ogarnąć, oczywiście bez super wielkiego rozpakowywania i urządzania, bo to zajmuje sporo czasu, gdy klamoty już się przewiezie, jednak nic bardziej mylnego! Bo – mimo że wydawało mi się, że mam wszystko pod absolutną kontrolą i przy dobrym planie nie ma się co stresować – finalnie ta ostatnia doba do wyprowadzki była prawdziwym koszmarem i totalnym chaosem, jakiego sobie nawet wcześniej nie wyobrażałam. I to nie dlatego, że do przeniesienia miałam także cały dobytek Elzonika, to akurat był najmniejszy problem, ale dlatego, że nie wzięłam pod uwagę, jak utrudniona może być ta misja, jeśli nie tylko ją i obsługę sklepu (ograniczoną w tym czasie do absolutnego minimum), ale także opiekę nad małym dzieckiem ma się na głowie, nawet takim raczej mało problematycznym i jednak w większości grzecznym. Jeśli więc na czas pakowania dobytku nie planujesz (przemyśl to jeszcze) / nie masz możliwości (a może jednak uda się coś zorganizować?) przekazać małego dziecka komuś innemu pod opiekę, koniecznie przeczytaj poniższe punkty, być może okażą się w jakiś sposób pomocne na drodze przeprowadzki i sprawią, że będzie ona lepiej zaplanowana, mniej wyboista i spokojniejsza. Nie ma nic gorszego niż zszargane nerwy i pakowanie rzeczy w panice, że się nie zdąży – naprawdę wiem, co mówię.

JAK WIĘC OGARNĄĆ RODZINNĄ PRZEPROWADZKĘ I NIE ZWARIOWAĆ?

Na pewno z głową… którą ja w pewnych momentach jednak traciłam…

1. Nawet, jeśli wydaje Ci się, że masz sporo czasu, uświadom sobie, że masz go mniej niż Ci się wydaje. Naprawdę. Zwłaszcza na początku pewne rzeczy zdarzało mi się przekładać z różnych względów, bo myślałam, że mam dużo czasu, a wiem, że gdybym nieco bardziej spięła tyłek w pewnych kwestiach, ostatni tydzień przed przeprowadzką ostateczną, byłby znacznie spokojniejszy, a mnie nie stawiał przed realnym zagrożeniem osiwienia przedwcześnie. Tak więc, DO ROBOTY! Co masz zrobić pojutrze, zrób już dziś! Twój wolny od stresu organizm będzie Ci bardzo wdzięczny. I być może – jeśli przeprowadzka przypadnie na koniec roku (tak jak w naszym przypadku) – uda Ci się bardziej cieszyć świątecznym okresem, a nawet wybrać na szaloną imprezę sylwestrową.

2. Jeśli masz możliwość, zaangażuj kogoś do pomocy i nie bój się o to prosić. Nieważne, czy miałby ogarniać nieco dziecko w tym czasie, czy pomagać w samym pakowaniu, czy nawet po prostu ugotować Ci normalny obiad, którego zazwyczaj bardzo mi brakowało w okresie przeprowadzkowym, a który niewątpliwie dodałby mi więcej sił niż kanapka zjedzona w pośpiechu.  Moim podstawowym błędem było to, że chciałam „przykozaczyć” i pokazać, że ogarnę to całe nieszczęsne pakowanie sama, zasługując na miano superbohatera domu (a nawet dwóch – tego, z którego przyszło mi się wyprowadzać i tego, do którego przyszło mi się wprowadzić). W końcu inni superbohaterowie musieli w tym samym czasie ogarnąć wykończenie mieszkania i jakoś dali radę, to ja sama nie dam? W końcu znajomi przeprowadzili się w tydzień, a ja mam jeszcze 3, to na luzie ogarnę w pojedynkę, a dzięki temu może inni będą ze mnie dumni, a to zawsze fajnie, jak ktoś powie, że mnie podziwia. Między innymi takie myśli chodziły mi po głowie w tamtym czasie. Błagam, nie próbujcie sobie na siłę czegoś udowodnić, bo to może Was zgubić, a przynajmniej napytać potem sporo niepotrzebnego stresu. Ja finalnie o pomoc prosiłam tylko wtedy, kiedy jechałam na nowe mieszkanie trochę ogarniać, a kiedy na starym się pakowałam, miałam dziecko ciągle przy sobie. Obawiam się, że gdyby nie fakt, iż uważałam dziecko w środku prac remontowych za jakąś małą katastrofę, to i tam ciągnęłabym je za sobą, żeby udowodnić, jakim jestem mistrzem ogarniania. Tylko po co?

3. Pamiętaj, że – nieważne, czy ostatecznie masz pomoc, czy nie – Twoje dziecko, potrzebuje Twojej uwagi, a to sprawia, że jest ona odciągana od spraw przeprowadzkowych. A jeśli – tak jak w moim przypadku – w akcie pakowania masz dziecko przy sobie, raczej na pewno nie uda Ci się w stu procentach temu pakowaniu poświęcić. Ja w trakcie pakowania wymyślałam zajmujące na jakąś chwilę zabawy, zmieniałam pieluchy, przygotowywałam jedzenie dla dziecka (bo o ile ja mogłam jeść byle jak w tamtym czasie, to jednak dziecko wymaga bardziej wartościowych posiłków, rozwija się, rośnie itp., a to ma swoje prawa), sama brałam udział w zabawach, ogarniałam kąpiele, wydałam dziecku milion zakazów i przetrwałam jakieś kilkanaście ataków histerii, bo coś było nie po dziecka myśli, a w tym wieku jeszcze nie umie się za bardzo panować nad emocjami, no i wyciszałam dziecko wieczorami, co też wiązało się z tym, że nie mogłam latać jak potłuczona, pakując różne rzeczy… Na szczęście usypiać specjalnie nie musiałam, bo córka nie ma z tym zazwyczaj problemów.

4. Musisz liczyć się z tym, że dziecko wtrąci swoje niekoniecznie pomocne 3 grosze w akt pakowania (i potem rozpakowywania rzeczy). I choćby miało jak najlepsze intencje, wykazując chęć pomocy, ostatecznie może bardziej przeszkadzać niż pomagać, zwłaszcza jak ma dopiero półtorej roku 😉 Taka chęć pomocy w moim przypadku przejawiła się tym, że w kartonach znajdowały się rzeczy, które nie powinny się tam znaleźć, za to te, co powinny czasami magicznie lądowały w osobnym worku, wydzielonym na rzeczy przeznaczone na śmietnik… Nie zliczę też, ile razy międzyczasie szukałam taśmy do pakowania, bo akurat była potrzebna, by skleić jakiś karton, a dziecko ją gdzieś wyniosło / wrzuciło… Takie niby drobiazgi, przyczyniają się czasem do niemałych opóźnień w procesie pakowania… Warto więc trzymać kartony przeprowadzkowe i materiały do pakowania poza zasięgiem dziecka, dobrze jest zorganizować sobie przestrzeń niedostępną dla dziecięcych rąk choć z doświadczenia wiem, że nie zawsze jest to możliwe i niekiedy jest trudne do wykonania, by wszystko odkładać ciągle w zorganizowane ku temu dobrze miejsce, choćby gdy dopada nas już mocne zmęczenie czy naprawdę bardzo się spieszymy. Pośpiech jest złym doradcą! Dlatego tak ważne jest, aby wziąć sobie do serca punkt pierwszy na tej liście. Przy późniejszym rozpakowywaniu rzeczy też trzeba bardzo uważać na małych pomocników, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z rzeczami delikatnymi, podatnymi na stłuczenie. Przy czym warto jest także zaangażować dziecko w proces pakowania i rozpakowywania jego zabawek – nie zrobi sobie nic złego, a będzie miało frajdę 😉

5. W miarę możliwości opisuj kartony, numeruj je i na osobnej liście jeszcze raz napisz, co w danym kartonie się znajduje. Ten patent znacznie ułatwił mi późniejsze rozpakowywanie wielu rzeczy, zaś brak opisów w przypadku kartonów czy toreb, które pakowane były w pośpiechu na ostatnią chwilę, doprowadzał mnie do szewskiej pasji w późniejszym planowaniu zagospodarowania miejsca w nowym mieszkaniu. Pośpiech niestety sprzyja chaosowi, im mniejsza skala tego pośpiechu, tym lepiej.

6. Dobrze zabezpieczaj swoje rzeczy. Ja na początku swojej przygody z pakowaniem miałam fioła na punkcie zabezpieczania (też po części, dlatego że przykładam olbrzymią wagę do bezpieczeństwa zawartości, gdy pakuję paczki dla klientów). Fioła, który także przyczynił się do późniejszego poczucia braku czasu, ale ostatecznie bardzo się opłacił, bo wszystkie naprawdę dobrze zabezpieczone rzeczy, dotarły do nowego mieszkania w całości, przetrwały transport, rzucanie, wnoszenie na trzecie piętro bez windy. Warto mieć takiego fioła i przy nim koniecznie trzeba brać pod uwagę, że pakowanie zajmie znacznie więcej czasu niż przy bezmyślnym wrzucaniu czegoś do pudeł. I jeszcze raz powtórzę – pośpiech jest złym doradcą! My pod koniec naszej przygody z przewożeniem rzeczy do nowego lokum bardzo panikowaliśmy, właśnie do tego stopnia, że – mając już przed oczami perspektywę konieczności zdania kluczy od wynajmowanego mieszkania – wrzucaliśmy wszystko gdzie popadnie i jak popadnie… Zwłaszcza mój mąż, który w amoku powrzucał do reklamówki niczym niezabezpieczone szklanki… Jak można się domyślić absolutnie wszystkie się potłukły, a ja prawie pocięłam sobie rękę, nie spodziewając się, że w reklamówce może być szkło.

7. Jeśli nie dysponujesz dużym autem do przeprowadzek, koniecznie sobie takie zorganizuj lub zorganizuj sobie więcej osób z autami do przewożenia rzeczy. Gdyby nie pomoc mojego taty w dniu przeprowadzki ostatecznej, w życiu nie wyprowadzilibyśmy się na czas. Niby mnóstwo rzeczy już było przewiezionych międzyczasie, ale i tak te rzeczy, które jeszcze zostały zajmowały na tyle sporo miejsca, że trzeba byłoby zrobić sporo kursów jednym samochodem osobowym, którym dysponujemy, a dojazdy też zajmują swoje (chyba że przeprowadza się gdzieś w obrębie naprawdę bliskiej okolicy). Swoją drogą w przypadku wykańczania mieszkania i jeżdżenia na prace remontowe, czy jakiegokolwiek jeżdżenia do nowego mieszkania, międzyczasie warto zabierać już ze sobą część rzeczy. Mój mąż tak robił, gdy przygotowałam już jakiś karton z rzeczami, choć przyznam, że nie zawsze mu się chciało przygotowane już kartony zabierać, o co m.in. się z nim pokłóciłam w dniu nerwowej przeprowadzki ostatecznej.

8. Jeśli masz możliwość i czas to po przewiezieniu części rzeczy  – układaj je już w nowym mieszkaniu. Jak już wspominałam, ja miałam dni, kiedy oddawałam dziecko pod opiekę troskliwej teściowej, a sama jechałam do nowego mieszkania jeszcze w trakcie jego remontów. Zaplanowaliśmy to wszystko tak, że najpierw przeprowadzam kuchnię i łazienkę (w wynajmowanym mieszkaniu zostawiając rzeczy absolutnie niezbędne, jak np. szczoteczka do zębów czy 2 komplety talerzy, żeby mieć na czym jeść zanim przyjdzie dzień przeprowadzki ostatecznej) i jak tylko te zostaną odpowiednio wykończone i umeblowane, ja od razu biorę się za układanie w nich naszych rzeczy. I to był strzał w dziesiątkę! Dzięki temu w całym tym kartonowym szaleństwie właściwie od razu mogliśmy jeść normalne posiłki czy korzystać z dobrodziejstw naszej nowej łazienki, a przy małym dziecku, które już ma rozszerzoną dietę i nie żywi się wyłącznie mlekiem, a przy tym kocha się kąpać, uważam to za ważne. Pokoje zawsze można ogarniać w miarę powoli bez pośpiechu.

9. Ciuchy też warto starannie układać w kartonach, najlepiej już wstępnie posortowane, mimo że nic im się takiego nie stanie, jeśli powrzucamy je jako tako, gdziekolwiek. Takie rozwiązanie znacznie ułatwiło mi potem rozkładanie ciuchów po szafach i oszczędziło znacznie dużo czasu przy rozpakowywaniu. Dzięki temu mogłam szybko cieszyć się całością mojej garderoby i nie marudziłam, że np. ne mogę znaleźć ulubionej bluzki czy chciałabym założyć to i tamto, a nie wiem, gdzie jest, albo wiem, ale jest tak koszmarnie pogniecione, że trzeba najpierw to wyprasować… (jak i całą górę ciuchów w przypadku wrzucenia wszystkich byle jak, byle było). W początkowym natłoku kartonów (na jednak ograniczonym metrażu mieszkania), nie mieliśmy nawet miejsca, żeby rozłożyć deskę do prasowania. W związku z powyższym, warto mieć więc na uwadze dbałość o pakowanie ciuchów przy przeprowadzce.

 

Jeżeli miałabym brać do serca słowa: jaki sylwester, taki cały nowy rok, to musiałabym liczyć się z tym, że przez cały rok będę zawalona kartonami, zestresowana, zmęczona, sfrustrowana… Na szczęście ten okres mam już za sobą i dziś wiem, że nie musiał on w niektórych przykrych aspektach wyglądać tak, jak wyglądał – gdybym tylko sama zastosowała się do wszystkich zamieszczonych tutaj porad.

Jeśli choć jednej osobie tekst ten ułatwi przeprowadzkę, to jest on wart absolutnie każdej sekundy przeznaczonej na jego stworzenie. Jeżeli tak nie będzie, to i tak cieszę się, że uświadomiłam sobie swoje własne błędy i wyciągnęłam z nich wnioski – wszak od tego są błędy – by się na nich uczyć 😉 Idealną zaś jest sytuacja, gdy uczymy się na cudzych błędach i na ich podstawie nie popełniamy własnych, chociaż przyznać trzeba, że rzadko taka sytuacja ma miejsce.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s