O początkach posiedzeń na kartonach – o wiele bardziej czasochłonnych niż mi się wydawało…

Bardzo długo mnie tu nie było, mimo że nie planowałam aż tak długiego milczenia. Trzeba jednak wiedzieć, że bywają w życiu takie rewolucje, których nie da się do końca rozplanować tak, jakbyśmy chcieli, a droga do realizacji marzeń bywa niełatwa do przejścia.

Tak to się złożyło, że w drugiej połowie ubiegłego roku zaczęliśmy intensywnie interesować się sprawami kredytu hipotecznego, bo pojawiło się (takie mikroskopijne na początku) światełko w tunelu prowadzące nas do wymarzonego własnego M.  I to wywróciło nasz czwarty kwartał 2017 kompletnie do góry nogami.

Pamiętam jeszcze jak niedługo po ślubie, czyli na początku roku 2014 wybraliśmy się do jednego z banków (zamiast do fachowego doradcy, co było kardynalnym błędem, choć chyba na tamtym etapie życia i doradca niewiele by pomógł), aby wdrożyć w życie plan zaciągnięcia hipoteki na jakieś wspólne cztery kąty. Pamiętam też jak bardzo wyszliśmy z banku zdołowani, czując się jak ostatni biedacy, kiedy odprawiono nas z kwitkiem przez za małe dochody… do kredytu oczywiście, bo jakoś na wynajem mieszkania od obcych nas stać było, a na ratę wynoszącą prawie tyle samo już nie 😉 Od tamtej pory jednak się dość sporo zmieniło, więc przyszedł w końcu czas i na ten krok – choć droga do tego upragnionego M była długa, mozolna i wyboista, mimo wszystko… I nie dałoby się jej przebyć bez pomocy co najmniej kilku serdecznych nam osób… Ale temat samego kredytu i moich poglądów na ten temat zostawię na inny wpis,  teraz chciałabym się chociaż wspomnieć o  przeprowadzce z małym dzieckiem, która była moim koszmarem… Wprawdzie dość małym w porównaniu do niektórych życiowych koszmarów, ale jednak niezbyt uroczym i swojego czasu spędzającym sen z powiek. Tak całkiem serio, serio, bo przy biegającym po domu półtoraroczniaku, jak i nieprzerwanej aktywności zawodowej, również nocami się planowało i pakowało, głównie dlatego, że w tej porze dnia po prostu był spokój… I jakbym sobie nie planowała, że będę aktywna internetowo poza samym sklepem, tak szkoda mi było czasu i sił brakowało przy nawale wszystkich spraw, choć jakieś drobne wspominki blogowo-przeprowadzkowe pojawiały się na stronie na Facebooku.

I pomyśleć, że jeszcze do niedawna mi się wydawało, że perfekcyjne rozplanowanie przeprowadzki nie jest wcale takie trudne do ogarnięcia i można mieć przy nim czas na wszystkie inne życiowe sprawy. Moja teoria sobie, praktyka sobie… Niestety, bo bardzo źle się czuję, kiedy tracę nad czymś kontrolę, a im bliżej było do oddania kluczy od wynajmowanego mieszkania chciało mi się wyć… I przy tym dziękowałam Bogu za to, że na te ostatnie godziny przypadła drzemka naszej córki, mimo iż wiedziałam, że drzemka o takiej porze wiąże się potem z nocną imprezą… Co w sumie nie było takie złe w skali roku, biorąc pod uwagę, że to był sylwester 😉

Wiem, że niektórzy mogą się dziwić i burzyć, że jak to szkoda czasu na coś, co się lubi i dla czytelników wyczekujących, ale wierzcie mi, że naprawdę padałam na twarz i terminy bardzo nas goniły, więc robiłam tylko to, co konieczne, nawet przy sklepie, który zwykłam jednak dopieszczać. Pakowanie, pakowanie, pakowanie… To mi przyświecało od listopada aż do końca roku. Długi był to proces, bo i dobytek duży (zarówno prywatny, jak i firmowy), i nie miałam pomocy przy tym procesie (mąż musiał wykończyć mieszkanie z rynku pierwotnego do końca roku, abyśmy mogły się spokojnie wprowadzić i zwolnić ostatecznie to wynajmowane, więc zrozumiałe, że czas między snem a pracą poświęcał na prace remontowe). Nerwowy okres przebywania na kartonach – tak nazwałabym te ostatnie miesiące 2017. Niestety prowadziło to do wielu wyrzeczeń, jak i również zaprzestania aktywności tutaj – aktywności, którą bardzo lubię, bez względu na to, czy ktoś tu w ogóle zagląda 😉

Ponadto po przeprowadzce odmówiły mi posłuszeństwa chyba wszystkie możliwe urządzenia, z których mogłam normalnie pracować przez internet, więc i złośliwość rzeczy martwych przyczyniła się do braku moich aktywności w sieci, a raczej ograniczenia ich do absolutnie niezbędnego minimum (obsługi zamówień z Elzonika).

Obecnie piszę już z własnego, urządzonego mieszkania, z ogarniętego oraz już w pełni sprawnego sprzętu, i zaczęłam tym samym nowy rozdział w życiu. I tak sobie myślę, że i przez to blog nie tylko się reaktywuje, ale i zyska nowe treści, bo dotyczące naszych rewolucji mieszkaniowych. Zresztą to pierwszy, dość ogólnikowy wpis z tej tematyki 😉 2 marca pojawi się tutaj bowiem wpis szczegółowy z perypetii „pakowawczych” w towarzystwie małego brzdąca, który ze swojej perspektywy zawsze pomaga, a z mojej… no cóż… czasem pomaga, czasem przeszkadza, ale finalnie nie daje się nudzić i daje kopa do działania na pięciokrotnych obrotach, bo nie ma innego wyjścia… No i pięknie przyklepuje i wysiaduje przeprowadzkowe kartony 😉 Tak chyba po to, żeby szybko i sprawnie coś się z nich wykluło, a najlepiej od razu samo poukładało się na półkach. Marzenie… bez szans na spełnienie w rzeczywistości niestety…

Bardzo się cieszę, że mogę w końcu znowu pisać i to z własnych czterech kątów, o których marzyłam bardzo długi czas 🙂

Wpis „poradnikowy” (chyba za dużo powiedziane, dlatego w cudzysłowie ;)) na temat przeprowadzki z małym dzieckiem jest już w trakcie tworzenia, ale co myślę, że wyczerpałam temat, coś mi się przypomina… I dlatego też aktualnie widzicie ten oto wstęp zamiast owego „poradnika”. Do zobaczenia! 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s