Dziecko i szynszyle pod jednym dachem – czy to może się udać?

Może 😉 W końcu na tym blogu macie na to przykład 😉 Ale uważam, że warto sprawę postawić jasno – takie rozwiązanie nie jest dla każdego i jeśli tylko jest się bezdzietnym, i przy tym chce się przygarnąć szynszyle, ale ma się świadomość, iż w przyszłości dzieci się pojawią, warto przemyśleć kilka razy swój pomysł przygarnięcia zwierzęcia (każdego, nie tylko szynszyli), chociażby pod kątem jego późniejszych relacji z dzieckiem. Pozwala to uniknąć wręcz nagminnych sytuacji, kiedy słyszy się o tym, że ktoś dziecka się spodziewa i już wtedy, lub niedługo po jego urodzeniu, zaczyna szukać nowego domu dla swojego dotychczasowego pupila bądź (o zgrozo!) wyrzuca go na bruk.

Dla mnie zwierzaki zawsze były, są i będą członkami rodziny, a członków rodziny, niezależnie od gatunku, się nie pozbywa, ot tak po prostu, jakby stanowili jakieś dobro materialne. To ciekawe, że tyle się słyszy o oddawaniu zwierzaków z racji powiększenia rodziny, a jeszcze nie zdarzyło mi się słyszeć, żeby ktoś postanowił oddać swoje dziecko do adopcji, bo nagle zamarzył o tym, by przygarnąć psa, kota, szynszylę itp.

Ja, przygarniając szynszyle pod dach swojego domu, wiedziałam, że w przyszłości w domu tym pojawi się także przynajmniej jedno dziecko i trzeba będzie to pogodzić. Właściwie to uważam, że dobrze jest wychowywać dzieci ze zwierzakami u boku – to uczy empatii, odpowiedzialności, wrażliwości… no i dom jest przy tym pełniejszy, weselszy… Nie do pomyślenia jest dla mnie, żeby pozbywać się szynszyli tylko dlatego, że moja córka pojawiła się na świecie. Oczywiście mam też świadomość, iż życie pisze naprawdę przeróżne scenariusze i pewnych wydarzeń naprawdę nie można przewidzieć, jak np. bardzo ciężkiej reakcji alergicznej dziecka na dane zwierzę, która faktycznie może zmusić do oddania pupila w inne ręce. Niestety mam też świadomość, że takie bardzo uzasadnione przypadki, nierzadko łamiące serce, są jedynie pewnym odsetkiem w gąszczu wszystkich przypadków, gdy zwierzaki opuszczają łono rodziny, do której tak naprawdę powinny należeć do końca swych dni.

Zwierzę to ŻYWA ISTOTA, która CZUJE i za którą BIERZEMY ODPOWIEDZIALNOŚĆ, a nie rzecz, której można się pozbyć, gdy się znudzi, gdy zacznie stwarzać problemy, być zbędnym balastem w świetle pewnych wydarzeń życiowych… Warto zwierzaki darzyć miłością i dać im szansę na wspaniałe relacje z ludźmi, których kochamy, którzy tworzą z nami wspólny dom – one też powinny być częścią takiego kochającego domu – nieodłączną, wspaniałą, niosącą cenną naukę życiową i doświadczenie. Jeśli nie potrafi się docenić domowych pupili za to, czym mogą wzbogacić relacje międzyludzkie, a traktuje się ich tylko jako dodatek do życia, z którego można zrezygnować w każdym momencie, nie powinno ich się w ogóle przyjmować pod swój dach. Wtedy lepiej kupić sobie jakąś przesłodką maskotkę, której faktycznie będzie można się pozbyć, gdy się znudzi 😉

Wiecie, że jednym z najczęściej padających  w rozmowie pytań, gdy rozmówcy wiedzieli, że jestem w ciąży było: „a co teraz z szynszylami?” Niektórzy pytali z ciekawości, po prostu w kontekście tego, jak zamierzam teraz to wszystko ogarnąć, dla innych wręcz nie do pomyślenia było fakt, że można pogodzić opiekę nad dzieckiem z samym faktem obecności szynszyli pod jednym dachem. Ta druga grupa pytających nigdy nie powinna mieć w swoim domu zwierząt, przynajmniej moim zdaniem. Tej pierwszej grupie nakreślałam swój światopogląd, który nakreślam i tutaj.

W moim mniemaniu naprawdę fajnie mieć za członka rodziny jakiegoś zwierzaka, ale trzeba mieć też świadomość, że obok tych fajnych momentów zdarzają się też te mniej pożądane, z którymi nie każdy jest gotowy się zmierzyć. Ja akurat za towarzyszy życiowych wybrałam szynszyle, które w swojej naturze są zarówno cudowne, jak i dość kłopotliwe i zdecydowanie nie są zwierzakami doskonale wpisującymi się w każdą rodzinę, nawet jeśli jej członkowie uważają się za zwierzolubów. Warto zdać sobie sprawę, że szynszyle nie są osobnikami znajdującymi się w gronie zwierząt polecanych dla dzieci, a jeśli ktoś uważa, iż powinny się tam znaleźć, to raczej nie jest realistą… Choć to nie oznacza, że szynszyle i dzieci nie mogą tworzyć zgranej paczki. Oczywiście, że mogą, ale na określonych warunkach, które wielu osobom mogą nie odpowiadać, bo po prostu oczekują czegoś innego od relacji: zwierzak – dziecko.

Dlaczego generalnie nie polecam szynszyli jako zwierząt dla dzieci?

Z prostej przyczyny – po prostu z natury nie są to zwierzęta skore do przytulania, miętoszenia, do tego, by być partnerem zabaw dla dziecka, a raczej stworzone do tego, by je obserwować. Oczywiście zdarzają się wyjątki – znam też szynszyle bardzo miziaste, które uwielbiają się tulić, niektóre zaczynają kochać tulenie wraz z wiekiem, choć też nie na człowieczych, a swoich warunkach – ale jak wiadomo wyjątki jedynie potwierdzają regułę, a przyszłość jest nieznana, więc  nie decydowałabym się na przygarnięcie szynszyli na zasadzie „może będziemy mieli szczęście i trafi nam się bardziej mizialski egzemplarz” lub „wychowamy go tak, aby z czasem stał się taki, jaki chcemy”. Szynszyli raczej wychować po swojemu się nie da – można je czegoś nauczyć – to jasne. W internecie nawet gdzieś krążą – a przynajmniej kiedyś krążyły – filmiki, na których szynszyla wykonuje wyuczone sztuczki, ale co innego nauczyć jakiegoś triku, określonej reakcji na coś, traktując to jako zabawę i zachowując przy tym stosowny szacunek wobec zwierzęcia w myśl zasady „nic na siłę”, a co innego całkiem próbować zmienić naturę zwierzęcia, przymuszać je do czegoś w imię zaspokojenia swoich ambicji. Jeśli będziesz próbować na siłę zmienić osobowość szynszyli, próbować ją dopasować do swoich oczekiwań, niezgodnych z jej naturą, będziesz miał jedynie zastraszoną szynszylę, a nie pupila rodem ze swoich snów.

Dlaczego uważam, że nie każdy dorosły, a zwłaszcza rodzic, może mieć cierpliwość do szynszyli?

Bo dorośli też mogą oczekiwać od swoich pupili tego, czego zazwyczaj oczekują dzieci – wzajemnego tulenia, oddanego towarzystwa, nie takiego na zasadzie chodzenia własnymi ścieżkami (to akurat szynszyle opanowały nader świetnie), a takiego na zasadzie podążania za opiekunem, wspólnych zabaw itp.

Ponadto jest jeszcze kilka kwestii, z którymi trzeba się zmierzyć, mieszkając z szynszylami pod jednym dachem, a które mogą stanowić powody do wiecznej frustracji:

1. Konieczność wypuszczania szynszyli na wybiegi (poza klatkę) – nie każdy ma siłę i czas – zwłaszcza zabiegany, ogarniający milion spraw rodzic, z dziećmi i ich potrzebami na głowie – na organizację wybiegów szynszyli. W tym przypadku nie wystarczy jedynie otworzyć klatki i „hulaj dusza, piekła nie ma”. Szynszyle na wybiegu trzeba nadzorować, bo czasami wpadają na takie pomysły, że aż dziwne, że mieszczą je wszystkie w tak małej głowie… No i do tego lubią niszczyć sprzęty domowe – kable, meble itp. – cały teren przeznaczony na ich wybieg należy stosownie zabezpieczyć, aby jak najbardziej zminimalizować ryzyko wystąpienia jakichkolwiek szkód, czy to względem naszych sprzętów, czy względem zdrowia samego zwierzaka. U nas to cały rytuał, wprawdzie obecnie już dość krótki, bo mamy wprawę, ale jednak nie można powiedzieć, że niekłopotliwy. No i żadne zastosowane zabezpieczenie nie daje stu procent gwarancji na to, że nic niepożądanego się nie stanie.

2. Konieczność częstego sprzątania – nieodłączny element posiadania szynszyli. Szynszyle brudzą i w swojej klatce, i poza nią. Bobki zostawiają dosłownie wszędzie, gdzie tylko się dostaną i nie ma możliwości, aby było inaczej, ponieważ po prostu same nie umieją tego kontrolować. Ja to się często śmieje, że z tego mieszkania kiedyś tam się wyprowadzimy, ale zostawimy w nim na pamiątkę bobki naszych szynszyli, bo po prostu nie ma opcji, żeby chociaż jeden nie umknął naszej uwadze, zwłaszcza, że pod meblami przestrzeń ciężko dostępna do sprzątania. Karma i siano poza klatką to też raczej standard, zawsze coś tam wokół klatki się naśmieci, a przy małym dziecku to dość kłopotliwe. Kiedy córa zaczęła już przemieszczać się po domu, odkrywać swoje otoczenie, przechodziła okres fascynacji szynszylowymi śmieciami wokół klatki (z którego na szczęście już wyrosła) i sprzątać trzeba było wręcz na okrągło… No i szynszylowe kąpiele piaskowe też nie przyczyniają się do porządku, a trzeba pamiętać o nich regularnie dla zachowania ładnego futra szynszyli.

3. Hałasy nocne i właściwie nie tylko nocne, bo skakanie po półkach w klatce czy też bieganie na gryzoniowej karuzeli (którą warto w lokum szynszyli mieć z racji sporej potrzeby ruchu tych zwierząt) do najcichszych czynności nie należą, bez względu na porę dnia. Nie każdy jest w stanie się do tego przyzwyczaić i zaakceptować, zwłaszcza jeśli nie ma takich możliwości lokalowych, aby szynszyle przebywały w pokoju, w którym nikt nie śpi. My z mężem akurat swoje łóżko, a właściwie kanapę z funkcją spania (jako że niestety nie mamy jako takiej sypialni), mamy akurat w pomieszczeniu, w którym znajdują się też szynszylowe klatki i przyznam, iż zwierzaki czasem nas budzą, zwłaszcza jak o coś się wzajemnie kłócą (co się zdarza jak ma się więcej niż jednego osobnika, a wręcz trzeba mieć więcej niż jednego, bo to zwierzaki stadne) ale da się przeżyć 😉 Natomiast wcale nie dziwi mnie fakt, że właśnie hałasy najbardziej martwiły naszych bliskich w kontekście naszego dziecka. Ja nie martwiłam się aż tak, bo córka ma swój osobny pokój, w którym śpi, aczkolwiek, kiedy już pojawiła się na świecie, okazało się, że  jest istotką, której od pierwszych dni hałasy szynszylowe nie przeszkadzały, a jak już usnęła to mógłby nawet koło niej czołg przejechać… Takiego dziecka życzyłabym każdemu, ale jak wiadomo nie wszystkie dzieci są takie. Niektóre dość łatwo się wybudzają, warto więc przemyśleć swoją chęć posiadania szynszyli pod tym kątem. Na pewno nie zalecałabym ich rodzinie czy ludziom myślącym o powiększeniu rodziny w przyszłości, mieszkającym w kawalerce, w której jest jeden pokój i nie ma możliwości odizolowania hałasu od miejsca odpoczynku dziecka.

4. Konieczność przeznaczenia sporej ilości miejsca na szynszylową klatkę, bo nie oszukujmy się, ale w przypadku tych zwierząt im klatka większa / wyższa, tym lepsza. Warto się zastanowić czy warunki lokalowe pozwalają na wygospodarowanie odpowiedniej ilości miejsca tak, aby wszyscy domownicy czuli się komfortowo i jakoś sensownie to wszystko rozwiązać. Nie od dziś wiadomo, że dzieci, nawet te najmniejsze, wiążą się z ogromną ilością akcesoriów pochłaniających mieszkalną przestrzeń. Mam jedną córkę, a liczba jej rzeczy jest wręcz zatrważająca. Jej obecność widać w każdym pomieszczeniu w mieszkaniu, bo wszędzie znajdują się jakieś dziecięce gadżety. Szynszylowe akcesoria też zajmują niemało miejsca, zwłaszcza kiedy trzeba zrobić zapasy. Już samo siano, które jest podstawą diety szynszyli nierzadko objętościowo wypełnia sporą przestrzeń, a do tego dochodzi jeszcze mnóstwo innych smakołyków i suszonych ziół czy akcesoriów wymagających przechowywania. Jeśli się do tego nie podejdzie odpowiednio logistycznie, a pójdzie się „na żywioł” i po prostu przygarnie zwierzaka, może się okazać, że konieczne dla niego wyposażenie na tyle ograniczy naszą przestrzeń, że my sami zaczniemy się dusić, a dzieci, które już z nami są lub mają się pojawić, nie będą miały wystarczająco dużo miejsca do zabawy i frustracja gotowa. Należy pamiętać, iż każdy domownik ma prawo do swojej strefy komfortu i do satysfakcjonującej przestrzeni życiowej.

5. I co chyba najważniejsze, konieczność akceptacji natury szynszyli, które jako gryzonie mają tendencję do powodowania zniszczeń, przy czym są ogromnymi indywidualistami, często chodzącymi własnymi ścieżkami, wykazują się ogromnym sprytem w łobuzowaniu i mają milion pomysłów na minutę. Radzenie sobie z ich charakterami jest nie lada wyzwaniem – wyzwaniem nie dla ludzi, którzy od zwierzaka oczekują bezgranicznego posłuszeństwa, oddania i spokojnego stylu bycia… i w dodatku wyzwaniem na parę ładnych lat, bo szynszyle cieszące się dobrym zdrowiem mogą przeżyć przeszło 20 lat…

Kwestii wymagających przemyślenia jest naprawdę dużo. Tutaj wymieniłam takie kilka newralgicznych punktów, budzących zwykle wiele obaw i często stanowiących argumenty przeciwko  wspólnemu bytowaniu dzieci i szynszyli – bo przecież szynszyle muszą biegać po mieszkaniu, a nie wiadomo jak dziecko na takie bieganie zareaguje, bo przecież ciągle śmiecą, a małe dzieci mają tendencję do zbierania śmieci, bo hałasują i to na pewno przeszkadza w odpoczynku, bo zajmują przestrzeń, którą można dziecku przeznaczyć do zabawy, bo niszczą i psują, a bo to generalnie nie jest zwierzątko do przytulania [choć jak już wspomniałam zdarzają się wyjątki] I nie mówię, że są to argumenty nietrafne, jakaś logika w tym jest, natomiast miłość często jest zjawiskiem totalnie nielogicznym i dla miłości jesteśmy w stanie zrobić wiele. Ja marzyłam o szynszylach długo zanim w końcu przyszedł czas, w którym faktycznie mogłam je mieć. Odkąd dowiedziałam się o istnieniu tych zwierząt, fascynowały mnie. Chciałam mieć je w swojej rodzinie, z całym tym „balastem”, który dla wielu może stanowić problem. Uwielbiam je całym sercem i wiem, że z takimi zwierzakami po prostu nie można się nudzić 🙂

Dlaczego uważam, że warto wychowywać dzieci z szynszylami i nie warto się szynszyli pozbywać, gdy pojawia się dziecko?

Ano, dlatego że niewiele rzeczy jest tak fajnych jak obserwacja rozkwitu przyjaźni mojej córki i szynszyli. Właściwie to jej pierwsze, nieśmiałe kroczki były skierowane do szynszyli, a gdy jeszcze nie chodziła, ale już przemieszczała się z punktu A do punktu B, to zawsze, co wieczór zajmowała miejsce przy klatce, by oglądać szynszylowe harce. Aktualnie, kiedy tylko widzi w klatce jakieś poruszenie, od razu biegnie zajrzeć, co u szynszyli słychać i ogromnie się cieszy na ich widok, a jej uśmiech jest dla mnie najpiękniejszy na świecie. Próbuje się też z szynszylami dzielić różnymi przedmiotami czy jedzeniem, a mnie serce się kraje, kiedy nie mogę jej pozwolić, by karmiła szynszyle swoimi naleśnikami czy jajecznicą, bo wiem, że dzieli się z tymi, których darzy szczerą sympatią. Wspólnie z nami uczestniczy też w szynszylowych wybiegach, nie narzucając się zwierzakom, a obserwując ich harce i od czasu do czasu nieśmiało dotykając rączką ich futra. Pod naszym okiem uczy się odpowiednich zachowań w stosunku do swoich braci mniejszych, empatii i współistnienia z istotami innego gatunku – I TO JEST NAPRAWDĘ PIĘKNE! Tym piękniejsze, że lubi szynszyle z wzajemnością, bo te zawsze wybiegają jej na spotkanie, kiedy się zbliża, czasami nawet poiskają po paluszkach, co jest wyrazem najgłębszej sympatii, a u córy wzbudza niepohamowaną wręcz radość i magiczne iskierki w oczach. Tak, jest magicznie… Początki były trudne, trzeba było wdrożyć w życie nową sytuację, teraz jest magicznie, radośnie, po prostu szczęśliwie – i nie wyobrażam sobie, żeby kogoś w tej zgranej drużynie mogło zabraknąć.

Fajnie będzie mieć takie zdjęcia w rodzinnym albumie i takie fajne wspomnienia w głowie… 😉

A jeśli ktoś jeszcze nie zapoznał się z gromadką moich zwierzaków to zapraszam TUTAJ 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s