Przepyszne latte macchiato bez ekspresu

Ekspres do kawy, taki który w swoich opcjach ma przygotowywanie latte macchiato, to coś, co zdecydowanie mogłabym mieć w swojej kuchni, ale też nie uważam za niezbędne, zwłaszcza jeśli nie ma się funduszy na  jego zakup. Mój sprytny mąż, który o ekspresie sobie póki co marzy, odkrył w końcu dobry przepis na wykonanie tej wspaniałej kawy, bez konieczności wydawania fortuny na dobry sprzęt. Dobrze jest natomiast wyposażyć się w bardzo tani i niekłopotliwy w przechowywaniu spieniacz do mleka, który to spieniacz możemy zabrać ze sobą absolutnie wszędzie, przygotowując perfekcyjne latte macchiato nie tylko we własnym domowym zaciszu. My taki spieniacz dostaliśmy kiedyś w prezencie od mojego taty i w sumie leżał sobie długi czas zapomniany, gdzieś w ciemnym zakątku szuflady kuchennej wynajmowanego mieszkania, abyśmy odkryli jego potencjał dopiero po przeprowadzce do własnego M…

Oto i on – niepozorny, a jednak tak przydatny. Można go kupić w wielu miejscach, wydając nie więcej niż 10 złotych:

Ileż to wspaniałych kaw można by stworzyć międzyczasie, kiedy leżał odłogiem… Żebyście Wy nie tracili już czasu na kompletnie zwyczajne kawy, takie bez większego polotu, albo nie wydawali kroci na latte macchiato w kawiarniach, postanowiliśmy podzielić się z Wami odkrytym przez nas przepisem na ten cudownie niebiański napój kawowy.

 

PRZEPIS NA PERFEKCYJNE LATTE MACCHIATO BEZ EKSPRESU:

1. Przygotowujemy sobie 2 kubki – połowa jednego z nich powinna być napełniona ciepłym mlekiem, a ćwierć, czyli 1/4 drugiego gorącą kawą, zaparzoną tak, jak się lubi, z dodatkiem cukru lub bez niego.

Co ważne: temperatura kawy powinna być wyższa od temperatury mleka!


2. Ciepłe mleko mieszamy spieniaczem tak, aby dwukrotnie zwiększyło swoją objętość, dzięki procesowi spieniania. Tak przygotowane przelewamy do wysokiej szklanki, a następnie czekamy chwilę aż płynne mleko opadnie na dół, a piana odtrąci się i pozostanie stabilnie na górze.


3. Powoli i ostrożnie, celując w sam środek mlecznej pianki, wlewamy do szklanki wcześniej zaparzoną kawę. Jeśli wszystko zrobiliśmy odpowiednio – kawa powinna ulokować się pomiędzy płynnym mlekiem, a mleczną pianką, tworząc perfekcyjne latte macchiato.


4. [Opcjonalnie] mleczną piankę można udekorować np. startą czekoladą lub cynamonem 🙂 Można przy tym też korzystać z szablonów do kawy, aby z takich dodatków stworzyć fajne obrazy na powierzchni kawy i jeszcze bardziej nasz kawowy napój uatrakcyjnić 😉 Miałam nawet kiedyś taki szablon, ale moja córa gdzieś go zgubiła, więc w tym zakresie została mi radosna twórczość własna, czyli chaos niekontrolowany 😛


Całość powinna wyglądać mniej więcej tak:

 

Piszę „mniej więcej”, ponieważ perfekcyjna piana w takiej kawie powinna mierzyć nieco więcej niż na zdjęciu, ale trzeba wziąć pod uwagę, że mój mąż je cyknął już po jakimś czasie od zrobienia kawy, więc zdążyła już opaść 😉 Niemniej po opublikowaniu tego zdjęcia w mediach społecznościowych część znajomych myślała, że faktycznie kupiliśmy ekspres do kawy…

No wiadomo jak to jest z ekspresem – żeby przygotować taką kawę wystarczy nacisnąć jeden guzik, więc to spora wygoda i mniej zachodu. Warto jednak znać taki przepis, jeśli na ekspres nie za bardzo nas stać w danym momencie lub go mamy i  po prostu nie możemy wziąć ze sobą, a gdzieś poza własnym domem chcemy rozkoszować się pyszną latte macchiato, bez konieczności odwiedzania kawiarni. Jest to dobry sposób, by zabłysnąć na jakiejś domówce czy imprezie rodzinnej, czy nawet gdy spotykamy się z kimś znajomym w domu, w którym ekspresu do kawy z funkcją przygotowywania latte macchiato się nie uświadczy.

Reklamy

Jasna kanapa przy małym dziecku? Naprawdę możesz ją mieć ;)

W każdym razie ja takową mam – jasnoszarą 😉 I przyznam szczerze, że przy wyborze kompletnie nie brałam pod uwagę tego, jak będę przeklinać, kiedy trzeba będzie z niej sprać jakiekolwiek plamy… Brałam pod uwagę wygodę jej użytkowania, bo tak się składa, że nasz salon jest także naszą sypialnią, no i cenę, bo wykończenie mieszkania  wykończyło też nasz budżet – dokumentnie.

Właściwie to od dziecka spałam na tapczanach i kanapach, więc i niespecjalnie przeszkadza mi brak osobnej sypialni z wielkim łożem małżeńskim. Niemniej staram się dbać również o komfort snu, więc kanapa musiała w moim przypadku spełniać pewne standardy wygody, o które wbrew pozorom nie tak prosto, a że jeszcze lubimy podejmować gości i mieć dla nich wygodne miejsce do siedzenia, to wybór padł na średniej wielkości narożnik o – jak mi się później wydawało – iście przeklętym kolorze.

W poprzednim mieszkaniu w salonie mieliśmy czarną kanapę i była ona bardzo funkcjonalna pod względem różnorodnych plam, bo prawie żadnych nie było widać… A nawet jeśli, to wystarczyło trochę wody z mydłem czy nawet chusteczka nawilżana, lekkie szorowanie i po kłopocie. Zresztą nadal ową kanapę mamy – po przeprowadzce odświeżyliśmy ją, wstawiliśmy do przestronnego pokoju naszej córy i teraz pełni funkcję dodatkowego miejsca do spania, kiedy mamy gości i trzeba ich gdzieś położyć, a na co dzień jest meblem, na którym układa się różne układanki czy ogląda książeczki.

Idąc tropem, że ciemne meble dość fajnie się sprawdzają przy małych dzieciach, na początku miałam nawet na oku narożnik w kolorze ciemnego granatu, niestety brakowało mu tej wygody, jaką mam obecnie przy moim jasnoszarym wyborze ostatecznym. Wyborze, na którym od początku roku toczy się większość życia i za dnia nie ma momentu, żeby nie natknąć się tam na żadną z zabawek naszej córki lub jakąkolwiek rzecz, którą na daną chwilę uważa za zabawkę (no dobra, zdarzają się takie momenty, kiedy śpi za dnia, ale już nie zawsze ma popołudniową drzemkę). Wyborze, na którym często ląduje nie do końca szczelny bidon (a czy w ogóle istnieją jakieś naprawdę superszczelne?) z sokiem rozrabianym z wodą, często takim zawierającym w składzie malinę lub truskawkę. Wyborze, który nie przetrwał nawet tygodnia nowego roku, a musiał być już gruntownie prany z plam, które na nim powstały i które były koszmarnie mocno widoczne na tapicerce.

Przeklinałam ten wybór strasznie właśnie ze względu na te wszystkie plamy. A już najbardziej przeklinałam w dzień, w którym szorowałam go bite 3 godziny „od A do Z”, a 5 minut po zakończeniu szorowania córka znowu rozlała na niego trochę soku. Serio, miałam ochotę wtedy wyć do księżyca, mimo że był właśnie sam środek dnia, i mój mąż doskonale wie, co mówię, bo potem on jeszcze kilka razy spierał różne plamy. I niby Vanish Gold do dywanów, ten wiecie co się sypie, wciera i odkurza, dawał w miarę radę, ale niestety nie było tak różowo jak na reklamie, gdzie sprzątanie wymaga zero wysiłku, a trzeba było się porządnie naszorować, a i tak uważam, że kiedyś tam, na pewno po odpieluchowaniu dziecka, wynajmę albo ekipę, albo sam odkurzacz piorący, żeby wszystko poodświeżać, bo efektu takiego na 100%, jakie bym chciała nie ma, choć jest bardzo zadowalający i niewprawne oko nie jest w stanie wychwycić jakiś naprawdę drobnych niedoskonałości, które jednak ja, wiedząc, że były tam wielkie plamy, dostrzegam od razu. No i nie same plamy są problemem, ale też to, że wszelkie zmoczenia niszczą kanapę i od środka, a przecież jest ona też moim łóżkiem na co dzień.

Na początku, w poszukiwaniu idealnej ochrony dla tapicerki, bardzo błądziłam. Wiedziałam od początku, że będę chciała na nią kupić koce w chociaż bardzo zbliżonym kolorze, jeśli nie identycznym, bo wtedy jednak kanapa mniej się niszczy, jest mniej narażona na działanie czynników zewnętrznych. Kupiłam więc ostatecznie 2 komplety po 2 koce, żeby objęły cały narożnik swoją ochroną – jeden w ciemno i jasnoszare paski rodem z Ikei (mogliście go zobaczyć na zdjęciu na mojej Facebookowej stronie we wpisie zapowiadającym ten wpis) i drugi – zaprezentowany na zdjęciu poniżej – o jednolitym szarym kolorze, nieco ciemniejszym niż sama kanapa, ale i dzięki temu nie widać na nim za bardzo plam.

Kanapa – jak już wspomniałam – przy dziecięcej aktywności – pusta być nie może, stąd widoczny bidon i kilkanaście silikonowych foremek do muffinków (swoją drogą bardzo polecam, jeśli lubicie piec muffinki!), które aktualnie są świetną zabawką do tworzenia różnorakich budowli rodem z dziecięcej wyobraźni 😉 Koc już swoje przeżył w ciągu tygodnia, ale absolutnie nic na nim nie widać, chyba żeby się naprawdę wnikliwie przyjrzeć, ale zwykle, żeby był czysty wystarczy na bieżąco przetrzeć nawilżaną chusteczką, natomiast swojego czasu, gdy był jeszcze jedyną ochroną narożnikowej tapicerki, to na nim mogło nie być praktycznie żadnych śladów (na tym z Ikei jednak widać bardziej, nad czym ubolewam), a pod spodem dział się armagedon i to taki, że chciało mi się płakać… I wtedy, w absolutnym poczuciu rozpaczy, wpadłam na genialny pomysł… Przecież istnieją podkłady nieprzemakalne na materac! Że też ja wcześniej na to nie wpadłam! Przecież używamy takich w łóżeczku dziecięcym i to od samego początku, dlaczego by ich nie dać na kanapę, pod koc?!

No i Eureka… Pełna nadziei postanowiłam w niedługim czasie zamówić 2 podkłady, po jednym na każdą część narożnika, żeby w ogóle sprawdzić, czy one się sprawdzą, ale jeszcze zanim zdecydowałam wpakować się w koszty (na aktualnym etapie życia, po rujnującym fundusze remoncie, liczy się każdy grosz), wpadłam na nieco mniej genialny pomysł, by pod szare koce dać 2 znacznie grubsze i tym samym zwiększyć barierę ochronną. To rozwiązanie coś tam dało, ale i tak trzeba było plamy spierać, fakt faktem mniejsze niż wcześniej, ale jednak… Ostatecznie więc wymierzyłam narożnik i zamówiłam podkłady odpowiadające wielkością jego częściom, w moim przypadku był to wymiar 80 x 160 cm. Wprawdzie gumki podtrzymujące, przez konstrukcję narożnika, mogłam zastosować tylko na jednej części i tylko w połowie, ale nie są one konieczne, jeśli mamy choć trochę zapasu, żeby wsunąć część materiału, albo jeśli odpowiednio dobrze nałożymy na podkłady koc, niwelując ryzyko jego przesuwania się. Warto kupić większe podkłady niż wymiar kanapy, na pewno nie warto kupować mniejszych, bo nie będą stanowić odpowiedniej ochrony.

Podkład ochronny to strzał w dziesiątkę!

I dla mnie oznaczał koniec koszmaru z wiecznym jechaniem na szczocie po tapicerce. Nagle okazało się, że mogę mieć ten wymarzony narożnik, o tym wymarzonym kolorze i nie muszę się martwić różnorakimi wpadkami. Nic nie przepuszcza! A mamy już za sobą sporo rozlanych soków, kakao i innych cieczy, niekiedy w ilości naprawdę sporej. Pewną drobną niedogodnością jest fakt, że część nieprzepuszczająca cieczy nieco szeleści jak ktoś na kanapie się poruszy i z natury jest śliska przez co nieco częściej trzeba poprawiać powstałe na kocach od siedzenia wygniecenia, ale uważam to za niewielką cenę za święty spokój, a po pewnym czasie nie zauważa się tego jako niedogodność. Zresztą zobaczcie sami jak wygląda podkład, a jak tapicerka pod nim po okresie intensywnego użytkowania. Dla mnie to czysta magia… A w każdym razie czysty narożnik i spokój w najczystszej postaci 😉

Okazało się, że najfajniejsze w tym przypadku rozwiązanie było już przeze mnie stosowane, właśnie we wcześniej wspomnianym łóżeczku. Tym bardziej jestem zła na siebie, że tak późno wprowadziłam je na salonowy narożnik, który, tak prawdę mówiąc, jest znacznie bardziej narażony na wszelkie zalania niż łóżeczko dziecięce, bo to na nim toczy się życie, o każdej porze dnia. Zapewne nie odkryłam Ameryki, zapewne część z rodziców wcześniej wpadło na to  rozwiązanie, ale jeśli ktoś potrzebował oświecenia w tym zakresie, a ja poddałam mu tym wpisem jakieś małe światełko – to naprawdę fajnie! 🙂

Mojemu narożnikowi już niestraszne dziecko, przeciekający momentami bidon, wylane wino czy inne takie 😉 I coś mi się wydaje, że dzięki temu posłuży nam dłużej 😉 A to dobrze, bo ta mała księżniczka na zdjęciu go uwielbia (nie tylko dewastować ;)).

I jeszcze taka porada na koniec… Jeśli już wybieracie tę wymarzoną kanapę, dobrze jest, jeśli poduszki mają ściągane pokrowce (z tego co zauważyłam to niestety rzadkość, przynajmniej w tej niższej półce cenowej) lub jeśli ich nie mają, to można je przerobić tak, by jednak miały. Ich pranie to też nic najprzyjemniejszego, a czasami i one są narażone na pobrudzenie, i to znaczne (jedna z naszych poduch została zrzucona przez córkę prosto na kałużę rozlanego soku). W naszych poduchach jeszcze zdejmowanych pokrowców nie ma (chociaż o dziwo jedna jedyna poducha będąca przedłużeniem oparcia ma pokrowiec na zamek), ale planuje coś pokombinować w tym zakresie. Zawsze fajniej wrzucić pokrowiec po prostu do pralki niż szorować całą poduszkę, bo musicie wiedzieć, że rzeczywistość prania takich rzeczy często nie jest tak różowa, jak pokazują to reklamy.

 

Przeprowadzka z półtoraroczniakiem – prawdziwy obóz przetrwania, na którym popełniłam kilka błędów

Przeprowadzka z małym dzieckiem nie jest kwestią prostą do ogarnięcia, zwłaszcza jeśli koniecznie trzeba zwolnić dotychczasowe miejsce zamieszkania w określonym terminie, bo np. kończy się okres wynajmu, jak to było w naszym przypadku. Fakt, mogliśmy jeszcze bardziej rozłożyć to wszystko w czasie, zwłaszcza że nowe mieszkanie trzeba było wykończyć „pod klucz” i następnie od podstaw urządzić, a remont ruszył z opóźnieniem, ale nie mieliśmy na tyle możliwości finansowych, aby się urządzać, płacić ratę kredytu i do tego jeszcze wynajem przez dłuższy okres, zwłaszcza że na początku, zanim uzyska się wpis hipoteki do księgi wieczystej rata kredytu jest większa i jednak bardziej bije po kieszeni.

Tak więc, od listopada do samego końca roku na poważnie ruszyła akcja „pakowanie całego dotychczasowego dobytku i przeniesienie go do naszego życiowego miejsca docelowego”. Wydawało by się, że to dość sporo czasu jak na pakowanie i sukcesywne przewożenie, i że być może sylwestra uda się nawet spędzić gdzieś na imprezie, bo jeszcze przed nim uda się jakoś to ogarnąć, oczywiście bez super wielkiego rozpakowywania i urządzania, bo to zajmuje sporo czasu, gdy klamoty już się przewiezie, jednak nic bardziej mylnego! Bo – mimo że wydawało mi się, że mam wszystko pod absolutną kontrolą i przy dobrym planie nie ma się co stresować – finalnie ta ostatnia doba do wyprowadzki była prawdziwym koszmarem i totalnym chaosem, jakiego sobie nawet wcześniej nie wyobrażałam. I to nie dlatego, że do przeniesienia miałam także cały dobytek Elzonika, to akurat był najmniejszy problem, ale dlatego, że nie wzięłam pod uwagę, jak utrudniona może być ta misja, jeśli nie tylko ją i obsługę sklepu (ograniczoną w tym czasie do absolutnego minimum), ale także opiekę nad małym dzieckiem ma się na głowie, nawet takim raczej mało problematycznym i jednak w większości grzecznym. Jeśli więc na czas pakowania dobytku nie planujesz (przemyśl to jeszcze) / nie masz możliwości (a może jednak uda się coś zorganizować?) przekazać małego dziecka komuś innemu pod opiekę, koniecznie przeczytaj poniższe punkty, być może okażą się w jakiś sposób pomocne na drodze przeprowadzki i sprawią, że będzie ona lepiej zaplanowana, mniej wyboista i spokojniejsza. Nie ma nic gorszego niż zszargane nerwy i pakowanie rzeczy w panice, że się nie zdąży – naprawdę wiem, co mówię.

JAK WIĘC OGARNĄĆ RODZINNĄ PRZEPROWADZKĘ I NIE ZWARIOWAĆ?

Na pewno z głową… którą ja w pewnych momentach jednak traciłam…

1. Nawet, jeśli wydaje Ci się, że masz sporo czasu, uświadom sobie, że masz go mniej niż Ci się wydaje. Naprawdę. Zwłaszcza na początku pewne rzeczy zdarzało mi się przekładać z różnych względów, bo myślałam, że mam dużo czasu, a wiem, że gdybym nieco bardziej spięła tyłek w pewnych kwestiach, ostatni tydzień przed przeprowadzką ostateczną, byłby znacznie spokojniejszy, a mnie nie stawiał przed realnym zagrożeniem osiwienia przedwcześnie. Tak więc, DO ROBOTY! Co masz zrobić pojutrze, zrób już dziś! Twój wolny od stresu organizm będzie Ci bardzo wdzięczny. I być może – jeśli przeprowadzka przypadnie na koniec roku (tak jak w naszym przypadku) – uda Ci się bardziej cieszyć świątecznym okresem, a nawet wybrać na szaloną imprezę sylwestrową.

2. Jeśli masz możliwość, zaangażuj kogoś do pomocy i nie bój się o to prosić. Nieważne, czy miałby ogarniać nieco dziecko w tym czasie, czy pomagać w samym pakowaniu, czy nawet po prostu ugotować Ci normalny obiad, którego zazwyczaj bardzo mi brakowało w okresie przeprowadzkowym, a który niewątpliwie dodałby mi więcej sił niż kanapka zjedzona w pośpiechu.  Moim podstawowym błędem było to, że chciałam „przykozaczyć” i pokazać, że ogarnę to całe nieszczęsne pakowanie sama, zasługując na miano superbohatera domu (a nawet dwóch – tego, z którego przyszło mi się wyprowadzać i tego, do którego przyszło mi się wprowadzić). W końcu inni superbohaterowie musieli w tym samym czasie ogarnąć wykończenie mieszkania i jakoś dali radę, to ja sama nie dam? W końcu znajomi przeprowadzili się w tydzień, a ja mam jeszcze 3, to na luzie ogarnę w pojedynkę, a dzięki temu może inni będą ze mnie dumni, a to zawsze fajnie, jak ktoś powie, że mnie podziwia. Między innymi takie myśli chodziły mi po głowie w tamtym czasie. Błagam, nie próbujcie sobie na siłę czegoś udowodnić, bo to może Was zgubić, a przynajmniej napytać potem sporo niepotrzebnego stresu. Ja finalnie o pomoc prosiłam tylko wtedy, kiedy jechałam na nowe mieszkanie trochę ogarniać, a kiedy na starym się pakowałam, miałam dziecko ciągle przy sobie. Obawiam się, że gdyby nie fakt, iż uważałam dziecko w środku prac remontowych za jakąś małą katastrofę, to i tam ciągnęłabym je za sobą, żeby udowodnić, jakim jestem mistrzem ogarniania. Tylko po co?

3. Pamiętaj, że – nieważne, czy ostatecznie masz pomoc, czy nie – Twoje dziecko, potrzebuje Twojej uwagi, a to sprawia, że jest ona odciągana od spraw przeprowadzkowych. A jeśli – tak jak w moim przypadku – w akcie pakowania masz dziecko przy sobie, raczej na pewno nie uda Ci się w stu procentach temu pakowaniu poświęcić. Ja w trakcie pakowania wymyślałam zajmujące na jakąś chwilę zabawy, zmieniałam pieluchy, przygotowywałam jedzenie dla dziecka (bo o ile ja mogłam jeść byle jak w tamtym czasie, to jednak dziecko wymaga bardziej wartościowych posiłków, rozwija się, rośnie itp., a to ma swoje prawa), sama brałam udział w zabawach, ogarniałam kąpiele, wydałam dziecku milion zakazów i przetrwałam jakieś kilkanaście ataków histerii, bo coś było nie po dziecka myśli, a w tym wieku jeszcze nie umie się za bardzo panować nad emocjami, no i wyciszałam dziecko wieczorami, co też wiązało się z tym, że nie mogłam latać jak potłuczona, pakując różne rzeczy… Na szczęście usypiać specjalnie nie musiałam, bo córka nie ma z tym zazwyczaj problemów.

4. Musisz liczyć się z tym, że dziecko wtrąci swoje niekoniecznie pomocne 3 grosze w akt pakowania (i potem rozpakowywania rzeczy). I choćby miało jak najlepsze intencje, wykazując chęć pomocy, ostatecznie może bardziej przeszkadzać niż pomagać, zwłaszcza jak ma dopiero półtorej roku 😉 Taka chęć pomocy w moim przypadku przejawiła się tym, że w kartonach znajdowały się rzeczy, które nie powinny się tam znaleźć, za to te, co powinny czasami magicznie lądowały w osobnym worku, wydzielonym na rzeczy przeznaczone na śmietnik… Nie zliczę też, ile razy międzyczasie szukałam taśmy do pakowania, bo akurat była potrzebna, by skleić jakiś karton, a dziecko ją gdzieś wyniosło / wrzuciło… Takie niby drobiazgi, przyczyniają się czasem do niemałych opóźnień w procesie pakowania… Warto więc trzymać kartony przeprowadzkowe i materiały do pakowania poza zasięgiem dziecka, dobrze jest zorganizować sobie przestrzeń niedostępną dla dziecięcych rąk choć z doświadczenia wiem, że nie zawsze jest to możliwe i niekiedy jest trudne do wykonania, by wszystko odkładać ciągle w zorganizowane ku temu dobrze miejsce, choćby gdy dopada nas już mocne zmęczenie czy naprawdę bardzo się spieszymy. Pośpiech jest złym doradcą! Dlatego tak ważne jest, aby wziąć sobie do serca punkt pierwszy na tej liście. Przy późniejszym rozpakowywaniu rzeczy też trzeba bardzo uważać na małych pomocników, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z rzeczami delikatnymi, podatnymi na stłuczenie. Przy czym warto jest także zaangażować dziecko w proces pakowania i rozpakowywania jego zabawek – nie zrobi sobie nic złego, a będzie miało frajdę 😉

5. W miarę możliwości opisuj kartony, numeruj je i na osobnej liście jeszcze raz napisz, co w danym kartonie się znajduje. Ten patent znacznie ułatwił mi późniejsze rozpakowywanie wielu rzeczy, zaś brak opisów w przypadku kartonów czy toreb, które pakowane były w pośpiechu na ostatnią chwilę, doprowadzał mnie do szewskiej pasji w późniejszym planowaniu zagospodarowania miejsca w nowym mieszkaniu. Pośpiech niestety sprzyja chaosowi, im mniejsza skala tego pośpiechu, tym lepiej.

6. Dobrze zabezpieczaj swoje rzeczy. Ja na początku swojej przygody z pakowaniem miałam fioła na punkcie zabezpieczania (też po części, dlatego że przykładam olbrzymią wagę do bezpieczeństwa zawartości, gdy pakuję paczki dla klientów). Fioła, który także przyczynił się do późniejszego poczucia braku czasu, ale ostatecznie bardzo się opłacił, bo wszystkie naprawdę dobrze zabezpieczone rzeczy, dotarły do nowego mieszkania w całości, przetrwały transport, rzucanie, wnoszenie na trzecie piętro bez windy. Warto mieć takiego fioła i przy nim koniecznie trzeba brać pod uwagę, że pakowanie zajmie znacznie więcej czasu niż przy bezmyślnym wrzucaniu czegoś do pudeł. I jeszcze raz powtórzę – pośpiech jest złym doradcą! My pod koniec naszej przygody z przewożeniem rzeczy do nowego lokum bardzo panikowaliśmy, właśnie do tego stopnia, że – mając już przed oczami perspektywę konieczności zdania kluczy od wynajmowanego mieszkania – wrzucaliśmy wszystko gdzie popadnie i jak popadnie… Zwłaszcza mój mąż, który w amoku powrzucał do reklamówki niczym niezabezpieczone szklanki… Jak można się domyślić absolutnie wszystkie się potłukły, a ja prawie pocięłam sobie rękę, nie spodziewając się, że w reklamówce może być szkło.

7. Jeśli nie dysponujesz dużym autem do przeprowadzek, koniecznie sobie takie zorganizuj lub zorganizuj sobie więcej osób z autami do przewożenia rzeczy. Gdyby nie pomoc mojego taty w dniu przeprowadzki ostatecznej, w życiu nie wyprowadzilibyśmy się na czas. Niby mnóstwo rzeczy już było przewiezionych międzyczasie, ale i tak te rzeczy, które jeszcze zostały zajmowały na tyle sporo miejsca, że trzeba byłoby zrobić sporo kursów jednym samochodem osobowym, którym dysponujemy, a dojazdy też zajmują swoje (chyba że przeprowadza się gdzieś w obrębie naprawdę bliskiej okolicy). Swoją drogą w przypadku wykańczania mieszkania i jeżdżenia na prace remontowe, czy jakiegokolwiek jeżdżenia do nowego mieszkania, międzyczasie warto zabierać już ze sobą część rzeczy. Mój mąż tak robił, gdy przygotowałam już jakiś karton z rzeczami, choć przyznam, że nie zawsze mu się chciało przygotowane już kartony zabierać, o co m.in. się z nim pokłóciłam w dniu nerwowej przeprowadzki ostatecznej.

8. Jeśli masz możliwość i czas to po przewiezieniu części rzeczy  – układaj je już w nowym mieszkaniu. Jak już wspominałam, ja miałam dni, kiedy oddawałam dziecko pod opiekę troskliwej teściowej, a sama jechałam do nowego mieszkania jeszcze w trakcie jego remontów. Zaplanowaliśmy to wszystko tak, że najpierw przeprowadzam kuchnię i łazienkę (w wynajmowanym mieszkaniu zostawiając rzeczy absolutnie niezbędne, jak np. szczoteczka do zębów czy 2 komplety talerzy, żeby mieć na czym jeść zanim przyjdzie dzień przeprowadzki ostatecznej) i jak tylko te zostaną odpowiednio wykończone i umeblowane, ja od razu biorę się za układanie w nich naszych rzeczy. I to był strzał w dziesiątkę! Dzięki temu w całym tym kartonowym szaleństwie właściwie od razu mogliśmy jeść normalne posiłki czy korzystać z dobrodziejstw naszej nowej łazienki, a przy małym dziecku, które już ma rozszerzoną dietę i nie żywi się wyłącznie mlekiem, a przy tym kocha się kąpać, uważam to za ważne. Pokoje zawsze można ogarniać w miarę powoli bez pośpiechu.

9. Ciuchy też warto starannie układać w kartonach, najlepiej już wstępnie posortowane, mimo że nic im się takiego nie stanie, jeśli powrzucamy je jako tako, gdziekolwiek. Takie rozwiązanie znacznie ułatwiło mi potem rozkładanie ciuchów po szafach i oszczędziło znacznie dużo czasu przy rozpakowywaniu. Dzięki temu mogłam szybko cieszyć się całością mojej garderoby i nie marudziłam, że np. ne mogę znaleźć ulubionej bluzki czy chciałabym założyć to i tamto, a nie wiem, gdzie jest, albo wiem, ale jest tak koszmarnie pogniecione, że trzeba najpierw to wyprasować… (jak i całą górę ciuchów w przypadku wrzucenia wszystkich byle jak, byle było). W początkowym natłoku kartonów (na jednak ograniczonym metrażu mieszkania), nie mieliśmy nawet miejsca, żeby rozłożyć deskę do prasowania. W związku z powyższym, warto mieć więc na uwadze dbałość o pakowanie ciuchów przy przeprowadzce.

 

Jeżeli miałabym brać do serca słowa: jaki sylwester, taki cały nowy rok, to musiałabym liczyć się z tym, że przez cały rok będę zawalona kartonami, zestresowana, zmęczona, sfrustrowana… Na szczęście ten okres mam już za sobą i dziś wiem, że nie musiał on w niektórych przykrych aspektach wyglądać tak, jak wyglądał – gdybym tylko sama zastosowała się do wszystkich zamieszczonych tutaj porad.

Jeśli choć jednej osobie tekst ten ułatwi przeprowadzkę, to jest on wart absolutnie każdej sekundy przeznaczonej na jego stworzenie. Jeżeli tak nie będzie, to i tak cieszę się, że uświadomiłam sobie swoje własne błędy i wyciągnęłam z nich wnioski – wszak od tego są błędy – by się na nich uczyć 😉 Idealną zaś jest sytuacja, gdy uczymy się na cudzych błędach i na ich podstawie nie popełniamy własnych, chociaż przyznać trzeba, że rzadko taka sytuacja ma miejsce.

O początkach posiedzeń na kartonach – o wiele bardziej czasochłonnych niż mi się wydawało…

Bardzo długo mnie tu nie było, mimo że nie planowałam aż tak długiego milczenia. Trzeba jednak wiedzieć, że bywają w życiu takie rewolucje, których nie da się do końca rozplanować tak, jakbyśmy chcieli, a droga do realizacji marzeń bywa niełatwa do przejścia.

Tak to się złożyło, że w drugiej połowie ubiegłego roku zaczęliśmy intensywnie interesować się sprawami kredytu hipotecznego, bo pojawiło się (takie mikroskopijne na początku) światełko w tunelu prowadzące nas do wymarzonego własnego M.  I to wywróciło nasz czwarty kwartał 2017 kompletnie do góry nogami.

Pamiętam jeszcze jak niedługo po ślubie, czyli na początku roku 2014 wybraliśmy się do jednego z banków (zamiast do fachowego doradcy, co było kardynalnym błędem, choć chyba na tamtym etapie życia i doradca niewiele by pomógł), aby wdrożyć w życie plan zaciągnięcia hipoteki na jakieś wspólne cztery kąty. Pamiętam też jak bardzo wyszliśmy z banku zdołowani, czując się jak ostatni biedacy, kiedy odprawiono nas z kwitkiem przez za małe dochody… do kredytu oczywiście, bo jakoś na wynajem mieszkania od obcych nas stać było, a na ratę wynoszącą prawie tyle samo już nie 😉 Od tamtej pory jednak się dość sporo zmieniło, więc przyszedł w końcu czas i na ten krok – choć droga do tego upragnionego M była długa, mozolna i wyboista, mimo wszystko… I nie dałoby się jej przebyć bez pomocy co najmniej kilku serdecznych nam osób… Ale temat samego kredytu i moich poglądów na ten temat zostawię na inny wpis,  teraz chciałabym się chociaż wspomnieć o  przeprowadzce z małym dzieckiem, która była moim koszmarem… Wprawdzie dość małym w porównaniu do niektórych życiowych koszmarów, ale jednak niezbyt uroczym i swojego czasu spędzającym sen z powiek. Tak całkiem serio, serio, bo przy biegającym po domu półtoraroczniaku, jak i nieprzerwanej aktywności zawodowej, również nocami się planowało i pakowało, głównie dlatego, że w tej porze dnia po prostu był spokój… I jakbym sobie nie planowała, że będę aktywna internetowo poza samym sklepem, tak szkoda mi było czasu i sił brakowało przy nawale wszystkich spraw, choć jakieś drobne wspominki blogowo-przeprowadzkowe pojawiały się na stronie na Facebooku.

I pomyśleć, że jeszcze do niedawna mi się wydawało, że perfekcyjne rozplanowanie przeprowadzki nie jest wcale takie trudne do ogarnięcia i można mieć przy nim czas na wszystkie inne życiowe sprawy. Moja teoria sobie, praktyka sobie… Niestety, bo bardzo źle się czuję, kiedy tracę nad czymś kontrolę, a im bliżej było do oddania kluczy od wynajmowanego mieszkania chciało mi się wyć… I przy tym dziękowałam Bogu za to, że na te ostatnie godziny przypadła drzemka naszej córki, mimo iż wiedziałam, że drzemka o takiej porze wiąże się potem z nocną imprezą… Co w sumie nie było takie złe w skali roku, biorąc pod uwagę, że to był sylwester 😉

Wiem, że niektórzy mogą się dziwić i burzyć, że jak to szkoda czasu na coś, co się lubi i dla czytelników wyczekujących, ale wierzcie mi, że naprawdę padałam na twarz i terminy bardzo nas goniły, więc robiłam tylko to, co konieczne, nawet przy sklepie, który zwykłam jednak dopieszczać. Pakowanie, pakowanie, pakowanie… To mi przyświecało od listopada aż do końca roku. Długi był to proces, bo i dobytek duży (zarówno prywatny, jak i firmowy), i nie miałam pomocy przy tym procesie (mąż musiał wykończyć mieszkanie z rynku pierwotnego do końca roku, abyśmy mogły się spokojnie wprowadzić i zwolnić ostatecznie to wynajmowane, więc zrozumiałe, że czas między snem a pracą poświęcał na prace remontowe). Nerwowy okres przebywania na kartonach – tak nazwałabym te ostatnie miesiące 2017. Niestety prowadziło to do wielu wyrzeczeń, jak i również zaprzestania aktywności tutaj – aktywności, którą bardzo lubię, bez względu na to, czy ktoś tu w ogóle zagląda 😉

Ponadto po przeprowadzce odmówiły mi posłuszeństwa chyba wszystkie możliwe urządzenia, z których mogłam normalnie pracować przez internet, więc i złośliwość rzeczy martwych przyczyniła się do braku moich aktywności w sieci, a raczej ograniczenia ich do absolutnie niezbędnego minimum (obsługi zamówień z Elzonika).

Obecnie piszę już z własnego, urządzonego mieszkania, z ogarniętego oraz już w pełni sprawnego sprzętu, i zaczęłam tym samym nowy rozdział w życiu. I tak sobie myślę, że i przez to blog nie tylko się reaktywuje, ale i zyska nowe treści, bo dotyczące naszych rewolucji mieszkaniowych. Zresztą to pierwszy, dość ogólnikowy wpis z tej tematyki 😉 2 marca pojawi się tutaj bowiem wpis szczegółowy z perypetii „pakowawczych” w towarzystwie małego brzdąca, który ze swojej perspektywy zawsze pomaga, a z mojej… no cóż… czasem pomaga, czasem przeszkadza, ale finalnie nie daje się nudzić i daje kopa do działania na pięciokrotnych obrotach, bo nie ma innego wyjścia… No i pięknie przyklepuje i wysiaduje przeprowadzkowe kartony 😉 Tak chyba po to, żeby szybko i sprawnie coś się z nich wykluło, a najlepiej od razu samo poukładało się na półkach. Marzenie… bez szans na spełnienie w rzeczywistości niestety…

Bardzo się cieszę, że mogę w końcu znowu pisać i to z własnych czterech kątów, o których marzyłam bardzo długi czas 🙂

Wpis „poradnikowy” (chyba za dużo powiedziane, dlatego w cudzysłowie ;)) na temat przeprowadzki z małym dzieckiem jest już w trakcie tworzenia, ale co myślę, że wyczerpałam temat, coś mi się przypomina… I dlatego też aktualnie widzicie ten oto wstęp zamiast owego „poradnika”. Do zobaczenia! 😉

Paczkomaty – za co je uwielbiam, za co ich nie lubię?

Paczkomaty– bardzo fajny twór na rynku dostarczania przesyłek, który już od dłuższego czasu zdominował inne rodzaje dostawy dostępne w moim sklepie Elzonik.pl.

Od razu na wstępie uprzedzam, że nie jest to żaden wpis sponsorowany, a jedynie moje luźne refleksje, bazujące na moich doświadczeniach w korzystaniu z tej usługi, w większości pozytywnych, czego niestety nie mogę powiedzieć o innych rodzajach wysyłek oferowanych przez InPost. Na temat tych innych rodzajów zresztą zrobię osobny wpis 😉

Zdecydowanie ten rodzaj odbioru przesyłek ma wiele plusów. Zgodzą się z tym wszyscy moi klienci, którzy najchętniej wybierają właśnie paczkomaty jako sposób dostawy swoich zamówień z Elzonikowego sklepu. Ten wybór zwykle cieszy też mnie, bo – mimo że dość sporo można znaleźć w internecie narzekań na paczkomaty – moje doświadczenia z tym sposobem dostawy są niemal w całości pozytywne. Niemal – dlatego że drobne incydenty się zdarzały, ale było ich naprawdę niewiele w porównaniu do przebojów, jakie przeszłam z kurierami dostarczającymi do domów (w tym także kurierami InPostu, którzy nieźle zaleźli mi za skórę) czy naszą jakże „ukochaną” Pocztą Polską.

Na początek czas na plusy, czyli…

ZA CO BARDZO CENIĘ PACZKOMATY?

Po pierwsze… Można z nich odbierać lub nadawać do nich paczki o dowolnej porze dnia i nocy – bez konieczności oczekiwania na kuriera lub dogrywania z nim godziny dostawy / odbioru paczki, co często bywa kwestią dość problematyczną. Generalnie nadawać i odbierać paczki można spokojnie gdzieś w trasie, pomiędzy załatwianiem różnych spraw na mieście. Ponadto paczki zamówione i opłacone nawet w godzinach wieczornych mogę wysłać tego samego dnia, jeśli akurat „po drodze” mi z paczkomatem 😉 Wiele razy już bywało tak, że nadawaliśmy paczki późnym wieczorem, kiedy byliśmy z mężem w trasie lub on sam je nadawał „przy okazji”, jadąc do pracy na nocną zmianę.

Po drugie… Zazwyczaj odbieranie i nadawanie paczek nie wiąże się z kolejkami. Wprawdzie kilka razy musieliśmy poczekać aż ktoś przede nami wrzuci lub odbierze paczkę, ale zdarzało się to bardzo rzadko i też chodziło tu o pojedyncze osoby, a nie kilometrowe kolejki, jakie można spotkać w drodze do okienka pocztowego.

Po trzecie… Jest to dość tania opcja wysyłki, jeżeli porównać ją z cennikami innych przewoźników, zwłaszcza jeśli za przykład weźmie się tu moją „ulubioną”, legendarną już Pocztę Polską (oj, będzie osobny wpis o perypetiach rodem z Poczty :D), w której podwyżki cen zupełnie nie idą w parze z poprawą jakości usług.

Po czwarte… Cały proces nadania, jak i odbioru paczki zwykle przebiega szybko, łatwo i przyjemnie, o ile akurat określony paczkomat nie ma jakiejś awarii, bo trzeba też pamiętać, że to tylko maszyna, a te czasami szwankują, chociaż nie zdarza się to często.

Po piąte… ten rodzaj nadawania i odbioru przesyłek jest dla mnie dość innowacyjny na tle wszystkich ofert przesyłek w Polsce, a innowacyjność zazwyczaj bardzo cenię 😉

 

Jak każdy sposób dostawy, paczkomaty posiadają także kilka minusów, które mogą być i niejednokrotnie są dość irytujące…

CO WIĘC UWAŻAM ZA UCIĄŻLIWE W FUNKCJONOWANIU PACZKOMATÓW?

Po pierwsze… Nie zawsze, kiedy jedziemy nadać paczkę, udaje nam się to zrobić.

Takie sytuacje mają miejsce dość rzadko, ale jednak mają, co jest pewną rysą na punkcie pierwszym wymienionych tu pozytywów, mówiącym o tym, że można paczki nadawać o każdej porze dnia i nocy. Owszem można, ale czasami zdarza się sytuacja, że wybrany przez nas paczkomat nadawczy nie ma wolnej ani jednej skrytki, która mogłaby zmieścić naszą przesyłkę i wtedy… musimy wrócić później, po tym, gdy już ktoś skrytki opróżni z zawartości. Niestety nie dostajemy żadnej informacji na ten temat, więc do paczkomatu jedziemy po raz drugi „na czuja” i z nadzieją na ramieniu, że uda się paczkę nadać. Na nasze szczęście nie zdarzyło się jeszcze byśmy musieli wybierać się z tą samą przesyłką po raz trzeci 😉

Przy czym wydaje mi się, iż kiedyś było tak, że generując etykietę do danego paczkomatu rezerwowało się jakąś konkretną skrytkę w tymże automacie na kilkadziesiąt godzin. Oczywiście mogę się tutaj mylić, ale wydaje mi się, iż w czasach, kiedy nie zdarzało mi się jeszcze odjeżdżać z kwitkiem od punktu, w którym stał paczkomat, etykiety były ważne krócej niż obecnie. Ciężko mi się do tego odnieść, ale jedno jest pewne – paczkomaty zyskały i wciąż zyskują sporo na popularności i zapewne stąd teraz mamy do czynienia niekiedy z zapchaniem skrytek, uniemożliwiającym nadanie w danym momencie.

Po drugie… Paczkomaty mają jedną bardzo poważną dla mnie wadę… Żeby nadać coś za ich pomocą, trzeba zadbać, by miało to określone wymiary, bo jak wiadomo skrytki z gumy nie są i nie rozciągają się w miarę potrzeb, a tak to już jest, że ja często wysyłam paczki o dużych gabarytach, może nie tyle zawierających jakiś ogrom rzeczy (choć i takie się zdarzają), co kilka rzeczy o dużej objętości (jak np. paczki niesprasowanego siana). Niestety niejednokrotnie musiałam klienta, który zamówił kilka sztuk siana, informować, iż jego zamówienie niestety do jednej paczkomatowej skrytki się nie zmieści i albo będę musiała je rozbić na więcej paczek, albo nadać kurierem, na którego jak wiadomo nie zawsze ludzie mają kiedy oczekiwać. No i nawet jeśli coś się zmieści do paczkomatu, trzeba czasami nieźle się nagimnastykować, aby dobrać karton odpowiedni wymiarowo… Nie zliczę ile razy przeklinałam, gdy jakiś karton mi podpasował, a przy mierzeniu okazywał się nieco za duży, by móc wysłać w nim towary za pośrednictwem paczkomatu…

Na to znalazłam jednak radę… 

Każdy karton, który wymiarowo odpowiada paczkomatowym skrytkom oznaczam albo jakimś pisakiem, albo naklejką, by już nie wylewać tyle frustracji przy dobieraniu. Wiadomo mierzenie całej dostawy kartonów (no może nie całej, bo w przypadku tych mniejszych raczej widać, że się zmieszczą) potrafi zabrać sporo czasu, ale finalnie potem usprawnia proces przekazania zamówienia klientowi, bo niekiedy naprawdę znacznie skraca czas poświęcony przygotowywaniu zamówienia do wysyłki.

No i po trzecie (co poniekąd wiąże się z punktem drugim…) niektóre skrytki paczkomatowe ulokowane są dość wysoko, a dla osób, które – podobnie jak ja – mają przeszło 150 cm wzrostu albo jeszcze mniej, jest to nawet bardzo wysoko, co utrudnia nadawanie i odbieranie paczek, nieco przybliżając tę czynność do jakiegoś sportu ekstremalnego… Najbardziej kłopotliwe są w tym przypadku skrytki na paczki o największych gabarytach. Nie dość, że wysoko, to jeszcze wymiary przesyłki duże, a niejednokrotnie też towar w nich spoczywający ciężki… W mojej sytuacji odbiór czy nadanie takiej paczki wymaga wsparcia osób trzecich – wyższych i silniejszych ode mnie, bo w takim wypadku nie ma nawet mowy o samodzielnym wyjęciu paczki przez moją skromną, drobną osobę…

Oczywiście można jeszcze wśród minusów wymienić fakt, że w przypadku ciężkich czy dużych paczek kłopotliwe może być samodzielne przetransportowanie paczki z paczkomatu na adres docelowy (dla mnie osoby zamawiające 20 kg drewnianego żwirku do paczkomatu mają w sobie coś z masochisty, jeśli sami odbierają takie pakunki, lub sadysty, jeżeli wysyłają osoby trzecie po odbiór takich paczek – cóż, wolny wybór 😀), ale przecież w przypadku takich paczek (ani w ogóle żadnych paczek) nikt nie jest zobligowany do wybierania tej opcji odbioru. Osobiście, gdybym nie miała czynników sprzyjających odbiorowi dużych, cięższych przesyłek (sprawny mąż, dysponujący samochodem :P), z całą sympatią do paczkomatów, wybrałabym inną opcję dostawy moich zakupów internetowych.

W końcu raczej, zamawiając coś jesteśmy w stanie określić, chociaż w przybliżeniu, jakie będzie to miało wymiary i wagę oraz „zmierzyć siły na zamiary” i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w danym przypadku paczkomat jest dobrym rozwiązaniem, jeśli oczywiście w ogóle możliwym…

Z obserwacji i własnych doświadczeń wiem też, iż wiele jest narzekań na obsługę infolinii paczkomatów lub wręcz brak kontaktu z jakimkolwiek konsultantem / długi czas oczekiwania na to aż ktoś się w końcu zgłosi, ale tutaj wszystko zależy od naprawdę wielu czynników i wspomniane kwestie są bolączką raczej każdej infolinii. Zdarzało nam się mieć problemy z paczkomatami, jak już wspomniałam na początku mojego wywodu, ale raz były one rozwiązane błyskawicznie i wzorowo, a innym razem dłuższy brak kontaktu z obsługą uwolnił w moim organizmie pokłady hormonów stresu… Jak to w życiu, różnie bywa…

O jedno tylko mam żal… Kilkukrotnie zgłaszaliśmy na infolinii problem techniczny z jednym z paczkomatów i zawsze po jakimś czasie od takiego zgłoszenia  jechaliśmy z paczką właśnie do niego, przy okazji sprawdzając jak się sprawy mają, i z naszych doświadczeń wynikło, iż raczej nie zrobiono nic w kierunku poprawy. W końcu przestaliśmy w ogóle nadawać paczki za pośrednictwem tejże maszyny i też nie zamawiamy akurat do niej swoich zakupów, więc finalnie nie wiem, czy coś zadziałano w tej kwestii, czy też nie – przestało mnie to obchodzić… Niejeden paczkomat w okolicy, więc na szczęście nie jesteśmy skazani na łaskę i niełaskę jednej z maszyn i serwisu technicznego 😉

No i warto wspomnieć też, że wiele paczkomatów wyposażonych jest w czytnik kart płatniczych, co umożliwia wybór opcji „za pobraniem”, ale niestety nie wszystkie maszyny posiadają taką dodatkową funkcję. Jej obecność jest niekwestionowanym plusem, zaś fakt, iż nie wszyscy użytkownicy mają możliwość korzystania z tej opcji jest sporą rysą na tym plusie.

Zmierzając już ku podsumowaniu wszystkich zamieszczonych tu punktów, widzę więcej plusów niż minusów wynikających z korzystania z paczkomatów. Darzę je sympatią, co jednocześnie nie oznacza, że korzystanie z nich zawsze jest czynnością przyjemną. Tak to już w życiu bywa. Ogólnie polecam, choć rozumiem, gdy ktoś całkowicie odwraca się od danej opcji dostawy, jeśli się na niej mocno rozczarował. Mój biznes funkcjonuje m.in. dzięki paczkomatom, a i jako klient zamawiający całkiem sporo rzeczy w internetowej sieci lubię korzystać z ich dobrodziejstw.

 

Każdy wiek jest dobry, by zadbać o zdrowie i samopoczucie ;)

Jako mama, zresztą przed okresem macierzyństwa także, często słyszę bądź czytam o tym, jak to należy odpowiednio zadbać o zdrowie i samopoczucie dziecka, jak ważna jest jego odpowiednio zbilansowana dieta itp.

Jako pozytywnie zakręcona pani z zoologa, założycielka internetowego sklepu Elzonik.pl uczestniczka zwierzakowych forów i grup dyskusyjnych, jak również szynszylowa mama, niewątpliwie kochająca także swoje szynszylowe dzieci, równie często napotykam w internecie mniej lub bardziej żartobliwe stwierdzenia, jak to zwierzakom wybiera się w sklepie największe smakołyki wydając na nie niemałą kasę, a samemu niemal wgryza zęby w ścianę, zadowalając się byle czym…

PYTAM WIĘC…

Dlaczego tak często, dbając o tych, których kochamy, rozumiejąc ich potrzeby na drodze do dobrego zdrowia i jeszcze lepszego samopoczucia zapominamy o samym sobie?

 

Dla mnie to przerażające, że tak wiele matek bardzo troszczy się o swoje dzieci, jednocześnie nie troszcząc się o siebie… Tak wielu troskliwych, wspaniałych opiekunów zwierząt staje na głowie, by życie ich pupili osiągnęło odpowiednio wysoką jakość, a nie dba o to, by przy tym nie zapominać o własnych potrzebach… Oczywiście zdaje sobie sprawę, że w życiu bywają sytuacje, kiedy należy zepchnąć siebie jakby na gorszy tor… Na przykład walcząc o zdrowie swoich bliskich, ciężko myśleć o własnym, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z ciężkimi chorobami, którym nierzadko trzeba podporządkować życie i codzienne funkcjonowanie, ale także wtedy nie można o sobie zapomnieć tak całkowicie.

Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta:

„ponieważ mamy dla kogo żyć i nasze podupadnięcie na zdrowiu i samopoczuciu na pewno nie będzie służyć dobru tych, których kochamy całym sercem”.

W różnych miejscach zrzeszających rodziców w internecie można przeczytać wiele wskazówek dotyczących prawidłowego wychowania i wyrabiania odpowiednich nawyków żywieniowych u dzieci. Na grupach dyskusyjnych na porządku dziennym są debaty dotyczące rozszerzania diety u maluchów, dbania o odpowiednio zbilansowane posiłki itp. Wiadomo najmłodsze brzuszki wymagają troski szczególnej i to nie podlega dyskusji. Dyskusji podlega natomiast podejście i ton rodziców wypowiadających się na forum publicznym w kwestiach dbania o dzieci. Bardzo często z takich wypowiedzi da się wyczytać to, co niewątpliwie ważne, że maluchom byle czego podawać się nie powinno, jak i to, co moim skromnym zdaniem jest skrajnie głupie, że my jako dorośli już byle co wcinać możemy, bo przecież nie umrzemy (choć jak wiadomo prędzej czy później umrze każdy ;)).

Niejednokrotnie miałam styczność z historiami, kiedy to dorośli na rzecz swoich dzieci jedli byle co, byle ich pociechy miały absolutnie to co najlepsze, najlepiej wszystko ekologiczne, takie i owakie… i wcale nie były to historie rodem z marginesu społecznego, gdzie ludzie muszą sobie odmawiać kromki chleba, by ich potomstwo nie chodziło głodne… Bywały historie o wydawaniu bajońskich sum na najlepsze witaminy i marcheweczki rodem z eko ryneczku dla dzieci, by samemu zadowalać się najgorszym odpadem z hipermarketu, bo przecież z drowie dzieci najważniejsze, a dorosły żołądek strawi, co trzeba. Zdrowie dzieci dla rodziców jest najważniejsze – sama wiem o tym dobrze, dla córki jestem skłonna do poświęceń, do takiego dzielenia się różnymi dobrami, aby jak najbardziej na tym skorzystała, ale właśnie…

Słowem kluczem jest tu DZIELENIE SIĘ (!)  Nie całkowite zapominanie o sobie, jak to robi niestety naprawdę spora część rodziców. Nawet jeśli faktycznie głównie z myślą o dziecku kupuje przepiękne, bogate w wiele cennych witamin borówki, bo moje dziecko je uwielbia – sama także je jem w trosce o zdrowie własne. Nie gotuje dziecku super zdrowego obiadu, sobie serwując byle co – jem razem z nim, bo jak gotować zdrowo to dla całej rodziny, a jednocześnie nie popadam też w paranoje, że zawsze musi być super zdrowo i od czasu do czasu całą rodziną jemy coś, co za zdrowe raczej nie uchodzi – we wszystkim najważniejszy jest umiar i rozsądek. Jeśli kupuje warzywa na eko bazarku, wszyscy jemy warzywa z eko bazarku, jeśli kupuje w hipermarkecie, wszyscy jemy te z hipermarketu – bez rodzielania, że te eko to dla dziecka, a te marketowe to dla dorosłych – po prostu… a bez względu na to, gdzie kupuje dane produkty zawsze zwracam uwagę na ich jakość i wybieram to, co na daną chwilę i w danym miejscu wydaje mi się najlepsze. Swoją drogą nie mam też złudzeń, że prędzej czy później moje dziecko nie zetknie się gdzieś z niekoniecznie najzdrowszym, najbardziej ekologicznym „naj-jedzeniem” i wolałabym, żeby – kiedy już do tego dojdzie – nie miało z tego tytułu rewolucji żołądkowych, z którymi by się raczej zetknęło w momencie, gdy jego żołądek byłby przyzwyczajony tylko do super, hiper zdrowych produktów…

Jeśli kupuje witaminy dla dziecka, to kupuje je też dla siebie, bo wiem, że moje zdrowie także jest ważne. Od pewnego czasu w naszej kuchni na stale zagościł chlorofil w płynie, jako naturalny preparat doskonale oczyszczający krew z tego, co złe i odżywiający ją w to, co dobre, i korzysta z niego cała rodzina, a nie tylko dziecko. Oczywiście w przypadku zwierzaków nie do końca to tak działa, bo ich pożywienie jest raczej specyficzne (choć niektóre ziółka czy przysmaki szynszylom podkradam, bo to takie same produkty, jakich mogą używać ludzie), ale w ich przypadku też nie powinno być tak, że dbamy o ich prawidłowe żywienie, a sami kupujemy dla siebie najtańsze konserwy z marketu 😉 Tymczasem na stoiskach mięsnych często można spotkać starsze panie wybierające najlepsze, najdroższe mięsko dla… kotka i te znacznie mniejszej jakości dla siebie.

Nigdy nie zapominaj o sobie w całym tym rodzicielstwie czy opiece nad ukochanym pupilem, który niewątpliwie zasługuje na to, co najlepsze, bo Ty również na to zasługujesz!

I to nie tylko w kwestii żywienia, ale także innych życiowych kwestiach, które będę jeszcze przybliżać w tym moim maleńkim kawałku sieci 😉

A jeśli gdzieś tam w duchu myślicie sobie, że racji nie mam i jestem okropna i zła, bo nieskłonna do wyrzeczeń i myśląca w tym wszystkim o sobie, podczas gdy powinnam myśleć wyłącznie o tych, których kocham, to odpowiem Wam, że myśląc o sobie, myślę też o tych, których kocham… Bo tak całkiem szczerze:

Czy Wasze dzieci będą szczęśliwe, widząc rodziców podupadających na zdrowiu?

 

W ich pierwszym etapie życia jesteście dla nich całym światem, a i w późniejszych nadal pozostajecie kimś bardzo ważnym… I na pewno chciałaby byście uczestniczyli w ich życiu jak najdłużej, wspierali, spędzali czas, dzielili najważniejsze momenty, smutki i radości. Kto Was zastąpi, jeśli przez lekceważenie swojego zdrowia odejdziecie zbyt wcześnie? Czy z uśmiechem na ustach będą patrzeć jak poświęcacie się za bardzo i podupadacie na samopoczuciu? Czy raczej będą najszczęśliwsze na świecie, widząc Was w dobrym zdrowiu i kondycji jak najdłużej?

 

Odpowiedzcie sobie sami…

 

To samo dotyczy się zwierząt. I w przypadku dzieci, i naszych czworonożnych przyjaciół musimy mieć siłę, aby się nimi odpowiednio zaopiekować, towarzyszyć w życiowej wędrówce. Siłę, której może zabraknąć, jeśli w trosce o wszystkich wokoło zapomnimy o samych sobie.

O przyjaźni prawdziwej…

Dziś będzie dość krótko (przynajmniej jak na mnie ;)) i treściwie o przyjaźni – tej prawdziwej, tej której każdemu człowiekowi życzyłabym z całego serca – tej, którą tak trudno znaleźć… Nie od dziś bowiem wiadomo, że słowo przyjaciel jest zdecydowanie zbyt często nadużywane w naszym życiu i często zbyt łatwo przychodzi na myśl, gdy myślimy o znajomych.

Od jakiegoś czasu znajduję się na takim etapie życia, który zweryfikował wiele moich relacji międzyludzkich, a kamieniem milowym w tym względzie było spore rozczarowanie względem kogoś, kogo kiedyś wzniosłam na piedestał, powierzając mu niezwykle ważną rolę w niezwykle ważnym dla mnie przedsięwzięciu… Kogoś, kogo uważałam za przyjaciela, dla kogo myślałam, że jestem ważna, a jednak okazało się inaczej… Nie będę zresztą ukrywać, że to nie był jedyny taki przypadek, którym mocno się rozczarowałam, bo użyłam względem niego słowa przyjaciel zbyt pochopnie.

Bo jaki właściwie przyjaciel powinien być, aby przyjacielem można było go nazwać?

Dla mnie przyjaciel to taki ktoś, kto chce uczestniczyć w naszym życiu, a jednocześnie pozwala nam na uczestnictwo w swoim, pozwala nam cieszyć się ze swojego szczęścia i potrafi dzielić z nami smutki, gdy zajdzie taka potrzeba… Wesprze na tyle, ile może i będzie kibicować w realizacji marzeń. Po prostu będzie w pogotowiu, gdy zwykła rozmowa będzie nam potrzebna… Bo należy pamiętać (a swojego czasu niestety ja o tym dość mocno zapominałam), że w przyjaźni obie strony powinny być dla siebie wsparciem i nie może być tak, że tylko ty dajesz coś od siebie, a nie otrzymujesz nic albo prawie nic w zamian. Nie może być tak, że ty przewracasz cały swój grafik do góry nogami, by kogoś wesprzeć, a potem ten ktoś będzie zbywał cię ciągle brakiem czasu, gdy nie będziesz mu potrzebny. Zwłaszcza w obecnych czasach, kiedy w dobie internetu odległość przestaje mieć znaczenie, bo zawsze można chociaż napisać parę słów do drugiej osoby, by ta wiedziała, że tam gdzieś jest ktoś, kto o niej myśli.

Choć przyznaje również, że czasami bywa też tak, iż faktycznie na dłuższy okres kontakt z różnych względów się urywa, ale potem ulega w końcu odnowieniu i czujesz, że to jest to… Przyjaźń, która czasowo zamilkła, jakby się wygasiła w mniejszym lub większym stopniu, a potem – gdy już w końcu przemówiła – było tak, jakby nigdy nie było rozłąki… Przeżyłam to całkiem niedawno i to naprawdę niezwykłe uczucie.

Przyjaźń często mierzy się latami, bo i właśnie długoletnie znajomości zwykle zmieniają się w niezwykłą relację przyjacielską, ale bywa też tak, że kogoś znasz stosunkowo krótko, a czujesz jakby to było całe życie. Czujesz, że możesz z tą osobą przegadać wiele godzin i nie będziesz mieć dość lub odwrotnie – że możesz z nią godzinami pomilczeć, a i tak będzie fajnie, bo przyjaźń nie polega tylko na słowach. W moim życiu było tak, że rozczarowałam się kilkuletnią znajomością, podczas gdy na dużo świeższych relacjach naprawdę wiele zyskałam, poczułam się dla kogoś ważna, uczestniczyłam w ważnych życiowych wydarzeniach, na moich oczach spełniały się marzenia i to było magiczne.

Teraz, gdy moje życie się zmienia, a przede mną otwierają się nowe perspektywy, częściowo zawiodłam się na tych, na których wsparcie liczyłam, ale i okazało się, że istnieją osoby, na które mogę liczyć zawsze i które wspomogą mnie różnym rodzajem pomocy – takim, na które na chwilę obecną mogą sobie pozwolić, a które da mi siłę, by wytrwać. Dzięki takim ludziom coś, co wydawało się wręcz ogromnym problem, nagle przestaje mieć znaczenie… Dzięki takim ludziom moje marzenia potrafią przetrwać największą burzę…

Przyjaźń oczywiście nie oznacza bezwarunkowego, ślepego zapatrzenia w drugą osobę – czasami w przyjaźni trzeba kopnąć kogoś w tyłek, żeby się otrząsnął i zrobił coś dobrego w swoim życiu, a nie tkwił w przekonaniu o tym, że nie da zmienić się nic. W przyjaźni, jak i w każdej relacji, zdarzają się kłótnie, nieporozumienia – ważne, by nad sobą pracować. W emocjach czasami mówimy i robimy różne rzeczy – ja też w tym względzie święta nie jestem 😉

Wszystkim natomiast życzę, by – mimo swoich wad – potrafili okazać przyjaciołom, że są dla nich ważni i nie zapominali o nich w najbardziej kluczowych chwilach swojego życia 🙂