Błagam! Nie róbcie tego młodym rodzicom!

Wiele ciężkich dni za nami i przegoniliśmy ostatnio dość sporo czarnych chmur, które -ni stąd, ni zowąd – nagle się nad nami skumulowały. Nie trudno się domyślić, że bynajmniej nie mam tu na myśli niepomyślnych zjawisk pogodowych, a raczej swojego rodzaju nieszczęścia życiowe, które – nie wiadomo dlaczego – uwielbiają chodzić nie tylko parami (jak zwykło się mawiać), ale i całymi stadami. Nie zamierzam jednak w owym wpisie biadolić nad swym losem… Chociaż nie… W sumie to właśnie zamierzam! Ale bez wnikania w te bardziej prywatne problemy, które uważam za własne sprawy, niewymagające jakiegoś publicznego poklasku czy czegokolwiek innego związanego z wywlekaniem ich szerszej publiczności. Nad czym więc zamierzam trochę pobiadolić? Co spędziło mi wcale nie tak dawno sen z powiek, choć tak zwykło się mawiać o naprawdę poważnych kłopotach, do których opisywanego zjawiska nie zamierzam zaliczać?

Otóż… Była to dość okazała w swoich wymiarach SZAFA mojej trzylatki, nad której zawartością nie roztkliwiałam się właściwie od czasu przeprowadzki, czyli od nieco ponad półtorej roku… Bo brakowało czasu w tym codziennym galimatiasie (z szynszylami i dzieckiem w tle), bo nie było siły po całym wyczerpującym dniu spędzonym z małą elektrownią atomową o wdzięcznym imieniu „Oliwia”, której moc często wydaje się nie mieć końca, bo najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam jak się za tę przeklętą szafę, a właściwie jej zawartość, zabrać, żeby to wszystko miało jakieś ręce i nogi…

Moje dziecko jeszcze zanim w ogóle przyszło na świat zostało zasypane wielorakimi ciuchami, o jeszcze bardziej wielorakich rozmiarach, sięgających w przyszłość nawet i 5 lat do przodu – po chłopcu, dziewczynce, nieważne, bo generalnie małe dziewczynki mogą nosić wszystko, tak przynajmniej się jakoś przyjęło. Nie mówię, że to źle, tylko już w pewnym wieku dziewczynka prędzej wybierze sukienkę rodem z bajki o księżniczkach niż szare dresy z wizerunkiem Spider-Mana (no chyba, że akurat jest wielką fanką tego superbohatera, a za księżniczkami nie przepada – dzieci wszak są różne, moja córka akurat aktualnie się cieszy z tego, że może nosić sukienki „jak królewna” ;)) My zaś, a w zasadzie głównie ja – jako mama co na ciuchach dziewczęcych zna się jednak lepiej niż niejeden tata – musieliśmy sobie jakoś z tym ogromem darów poradzić. I o ile bardzo cieszyły nas te chociaż w pewnym stopniu przemyślane prezenty ubraniowe od najbliższej rodziny i znajomych, także te z lumpeksów, bo można tam złowić naprawdę świetne „perełki”, o tyle (ostatnio bardzo dosłownie) spędzały nam sen z powiek wielkie wory ubrań, których często nawet nie przeglądano przed oddaniem, tylko ktoś nam je dał, bo jemu zalegały i była okazja w końcu się ich pozbyć.

Błagam, NIE RÓBCIE TEGO ŻADNYM ŚWIEŻO UPIECZONYM RODZICOM!

Każdemu takiemu rodzicowi głupio będzie nie przyjąć takiego daru, bo jeszcze zostanie okrzyknięty wyjątkowo niewdzięcznym osobnikiem, a jego ród zostanie przeklęty na następne 10 pokoleń… No wiem, brzmi jak kuriozum, ale jakoś trzeba zobrazować wielkość poczucia zmieszania w takiej sytuacji, z jakim to zmieszaniem muszą mierzyć się ludzie zasypywani tego rodzaju darami, z których często potem i tak nie korzystają, wyrzucić szkoda, a upchnąć gdzieś trzeba… I ciągle w głowie jeszcze się walczy z pytaniem: „czy oby na pewno z tego nie skorzystam? A może jednak?”

Ponadto segregacja i przechowywanie sporo za dużych ciuchów, z których nie skorzysta się przez pierwsze 2 lata życia dziecka, w momencie kiedy ono jeszcze się nawet nie narodziło, przy przeciętnych wymiarach polskich mieszkań jest bardzo, ale to bardzo kłopotliwa, a ja poradziłam sobie z nią całkiem nieźle wyłącznie dlatego, że całe życie „nie grzeszę” metrażem. W dzieciństwie dzieliłam niewielki pokój z siostrą, potem z przyszłym mężem, a w wynajmowanym mieszkaniu na 48 metrach musiałam zmieścić i nasze rzeczy osobiste, i potem także firmowe, wraz z powołaniem internetowego sklepu zoologicznego Elzonik.pl, a tam nie miałam choćby kawałka piwnicy do tego celu… Stałam się więc mistrzem wykorzystywania przestrzeni, choć bywało bardzo, bardzo ciężko.

NIE DAWAJMY W PREZENCIE CIUCHÓW WĄTPLIWEJ JUŻ JAKOŚCI, PRZECHODZONYCH BUTÓW, WSZYSTKIEGO JAK LECI… wyłącznie dlatego, że nam coś zalega i szkoda wyrzucić, bo można jeszcze z kilka razy założyć…

Chyba, że na wyraźne życzenie osoby, którą chcemy obdarować. Bardzo szanuję ludzi, którzy nie wciskają ogromu ciuchów po dziecku „na oślep”, a otwarcie pytają, czy komuś dana rzecz się przyda, np. do użytkowania podczas zabaw w piaskownicy, gdyż można jeszcze coś użytkować, ale ma taką, a taką wadę. Sama świadomie przyjęłam tak kilka ciuchów, weryfikując wcześniej, czy faktycznie będę z nich korzystać. Zawsze natomiast byłam i będę przeciwniczką używanych butów, które były noszone na co dzień przez inne dziecko, bo jak wiadomo but, w mniejszym lub większym stopniu, „poddaje się” swojemu właścicielowi, kształtuje na jego miarę, a nie na miarę dziecka, które jest potem tymże butem obdarowywane.

Ja, jak i wielu innych debiutujących w roli rodzica, czułam się bardzo zmieszana otrzymując wór zalegających komuś rzeczy po dzieciach, w którym już „na starcie” widziałam przechodzone butki, bardzo sprane rzeczy lub rzeczy z plamami, których zwyczajnie nie dało się sprać… Niby wiadomo dziecko się brudzi, ulewa, coś mu z pieluchy czasem wyskoczy… Różne są perypetie, ale chyba każdy rodzic chciałby dostać „na start” coś ładnego, takiego faktycznie z myślą o dziecku, niekoniecznie z myślą „mam w końcu komu opchnąć te szmatki”. Takie rzeczy mało reprezentatywne, ale jednak do użytku sprawiają niejednemu sporo kłopotów, bo ja akurat z tych, co i własne ciuchy nosi latami, do zdarcia, nawet jeśli częściowo straciły blask… Nic więc dziwnego, że i tego rodzaju ciuchy dziecięce gdzieś przerzucałam po półkach i długo nie mogłam się ich pozbyć, mimo że nie korzystałam z nich wcale, bo miałam do dyspozycji sporo bardziej reprezentacyjnych, a chciałam, żeby córka wyglądała ładnie… ot tak po prostu, kaprys młodej i dumnej mamy 😉

No i tak przeprowadziłam się z tym całym inwentarzem, którego nie zdążyłam puścić gdzieś dalej, bo był jeszcze w rozmiarze Oliwii, a to ona ciuchy dostała. Z za małymi jakoś specjalnie nie miałam problemu, by wydać przed przeprowadzką – obdarowałam nimi łącznie piątkę dzieci (!), w tym trzech chłopców… Odrzucając w selekcji podarte i poplamione egzemplarze, którymi częściowo sama zostałam obdarowana już w takim stanie… Od części znajomych dostałam przyzwolenie, że sprane mogą być, bo i tak ich dziecko brudzi się tak niemiłosiernie, że nie nadążają ze zmianą i praniem ubranek, więc ładniejszych to nawet szkoda. Oliwia jakoś nie brudziła na potęgę i nigdy nie czułam się nadto obciążona praniem, na co przeciętne matki Polki zwykle reagują zdziwieniem na skalę wręcz ponadświatową, bo niejedna codziennie puszcza niejedno pranie… Zawsze się zastanawiam jak ludzie to robią, że brudzą aż tyle ubrań każdego dnia, że pralka hula jak opętana… No ale ja też z ludzi ekonomicznych – niepełnego bębna nie puszczam 😉 No może w sytuacjach nader wyjątkowych 😉 Niemniej – jak na początku martwiłam się, że nie będę miała dziecięcia w co ubrać, tak później wręcz gubiłam się w nadmiarze ciuchów i zastanawiałam, czy nie powinnam otworzyć lumpeksu i to natychmiast, jeszcze przed jego urodzinami…

Szafa zaczęła spędzać mi sen z powiek najbardzej wtedy, kiedy córka zaczęła z jakiś ciuchów wyrastać lub dany rodzaj ciuchów przestał być praktyczny (np. bodziaki czy śpiochy przy nauce korzystania z nocnika są mało praktyczne). Musicie przy tym wiedzieć, że – dzięki sporemu przedpokojowi w naszym własnym M – Oliwia ma naprawdę sporą, jak na siebie samą, szafę, która w dodatku nie zagraca jej pokoju, bo to  właśnie w przedpokoju stoi – jak zresztą wszystkie szafy ubraniowo-obuwnicze w naszym domu. Nowe ciuchy, dobre rozmiarem i fasonem, lub ciut większe na przyszłość (na szczęście już bliską, nie taką na wyrost sięgającą do pięciu lat później), przybywały, starych nie ubywało, a żadna, nawet największa szafa świata z rozciągliwej gumy nie jest, więc problem narastał, a ja coraz bardziej czułam, że nie wiem jak i w co, w jakiej kolejności, ręce włożyć.

Aż w końcu nastał dzień, a właściwie to już wieczór oświecenia, dzięki lekturze pewnej książki o porządkach domowych, jak i pod wpływem programu telewizyjnego o tej samej tematyce, w który to dzień, nie zważąjąc na porę, stwierdziłam, że natychmiast za Oliwkową szafę wziąć się muszę, bo natchnienie minie, Oliwia wyrośnie z ciuchów, które czekają w kartonie „na przyszłość”, a są już idealne, i klops będzie. Przez owe natchnienie miałam około 3 dni wyjęte z życia, z czego jednej nocy praktycznie nie spałam, żeby móc „odgruzować” mieszkanie w stopniu umożliwiającym w miarę bezkonfliktowe poruszanie się po jego całości…. Krajobraz z tej bitwy wyglądał mniej więcej tak jak na zdjęciu poniżej, choć tutaj już naprawdę spora część była ogarnięta (wiem, ciężko w to uwierzyć :D):

porzadki-w-szafie

I wiecie co? Natknęłam się na ogrom ciuchów totalnie dla mnie niepraktycznych, w jakiś sposób zniszczonych, a przy tym także przez moją córkę nienoszonych. Przy czym dla swojego rodzaju opozycji kilka tych całkiem ładnych miało sklepowe metki, mimo że dostaliśmy je w worze z używanymi ciuchami, czyli dzieci, którym te ciuchy kupiono także z nich nie korzystały (nie dziwię się, bo były mega niepraktyczne i nie wiem kto takie dziwactwa dla dzieci wymyśla). Ciuchów było multum, nie do przenoszenia przez jedną małą istotkę, nawet jeśli miałaby się brudzić ze znacznie większą częstotliwością niż się brudzi dotychczas. I przy tym całym obrazie nędzy i rozpaczy (mam tu na myśli oczywiście siebie w samym środku tego ciuchlandowego armagedonu, bo np. moje dziecię bawiło się świetnie, nurkując w ciuchach) w pewnym momencie powiedziałam: „BASTA! Ja nie będę tego wszystkiego chomikować gdzieś po piwnicach (mimo że mam taką możliwość), czekając na jakąś ofiarę, której będę mogła to opchnąć. No po prostu NIE!

W ruch poszły spore worki na śmieci, kryjące w swoich czeluściach ciuchy, które kompletnie, ale to kompletnie już do niczego się nie nadają (tych akurat nie było specjalnie dużo, bo aż jeden wór, w dodatku niepełny ;)) oraz te, które jeszcze mogą komuś posłużyć, ale niekoniecznie ktoś ucieszyłby się z nich w ramach prezentu (tutaj worków było łącznie 5 i wszystkie wylądowały w kontenerach na odzież używaną, i naprawdę po tej całej bitwie, nie miałam ochoty rozkminiać, gdzie z tych kontenerów trafią dalej, bo wiem, że w tym temacie krążą różne teorie spiskowe… Ciuchy, z których ja naprawdę bym się ucieszyła, gdyby ktoś dał mi je „w spadku”, czyli tzw. „perełki”, znalazły swoje miejsce w sporym kartonie na dole szafy córki i nadal mam jeszcze w nim miejsce, aby coś dokładać, a jeszcze nic od czasu porządków z niego nie wydałam. Będą czekać na jakąś fajną okazję, może pojawi się po nie jakaś chętna mała księżniczka 😉

Szafa po porządkach wygląda mniej, więcej tak i naprawdę świetnie się teraz w niej odnajduje. Gdybyśmy od początku dostawali bardziej przemyślane prezenty, bez zarzucania nas czym popadnie, wierzę, że taki porządek nie rodziłby się w aż tak wielkich bólach…

organizacja-dzieciecej-szafy

Podsumowując moje wywody, w imieniu wszystkich tych młodych rodziców, którzy nie chcą utonąć w ogromie darów, proszę Was, nie zasypujcie ich czym popadnie, nawet jeśli kiedyś Was tak zasypano. Oni mają swoje małe szczęścia, które zapewniają im już w życiu wystarczającą rozrywkę 😉

 

Uffff… 2 miesiące się zabierałam za ten wpis, a właściwie 2 miesiące leżał prawie skończony, lecz niedokończony, ale ostatnio ciągle za czymś gonię, w tym także za porządkami w naszym kochanym mieszkanku, może i nie największym, ale po brzegi wypełnionym miłością… Niby mniejszy metraż = mniej sprzątania, ale zwykle oznacza więcej kombinowania 😉

 

Reklamy

Łatwiej jest być troskliwym tatą…

latwiej-jest-byc-troskliwym-tata-puzzle

Kiedy wycofałam się na jakiś czas z intensywnej aktywności internetowej na polu tworzenia rzeczy różnorakich na rzecz większej obserwacji różnych zjawisk i przemyśleń, nasunął mi się pewien wniosek odnośnie rodzicielstwa…

Otóż, moi drodzy, bycie troskliwą mamą jest znacznie trudniejsze od bycia troskliwym tatą.

Oczywiście w żaden sposób nie zamierzam umniejszać czy gloryfikować zasług danych rodziców na podstawie ich płci. Chciałabym raczej zwrócić uwagę na fakt, iż zwykle (choć oczywiście od każdej reguły bywają wyjątki) dużo łatwiej jest zasłużyć na miano troskliwego taty niż na miano troskliwej mamy. Wydaje mi się zaś, że to wszystko wynika z pewnej ogólnie przyjętej opinii społecznej, która to opinia zapisała się na kartach historii ludzkości chyba już od samych jej początków.

Matki, jako rodzicielki, macierzyństwo mają we krwi, ojcowie, jako ci, którzy nie nosili w sobie dziecka, tacierzyństwa muszą się stopniowo nauczyć.

Osobiście, przez perspektywę moich własnych początków macierzyństwa, które jak można było przeczytać rozpoczęło się na dobre poprzez zabieg cesarskiego cięcia, uważam, że opinia ta może być krzywdząca, bo w mojej rodzinie potoczyło się to tak, iż to ja wiele rzeczy uczyłam się od męża, nie odwrotnie. Niemniej jednak to właśnie ja wysłuchiwałam wszelkiej fali krytyki od początku, nawet jeśli ta po części dotykała mojego męża, bo to przecież ja jestem zaprogramowana przez matkę naturę i to ja powinnam stać na straży wszystkiego, co słuszne, dobre dla dziecka i prawidłowo rozwijąjące… Co ciekawe, z tym „wszystkim co dobre” nie jest wcale tak prosto… Wszak wiele osób ma nieco odmienne poglądy na różne kwestie dotyczące opieki nad dzieckiem… Ale ja już w życiu nauczyłam się, że…

Zadowolić wszystkich się nie da. Za to wkurzyć jest nadzwyczaj prosto 😉

Wracając jednak do tematu właściwego, to zwykle od matki oczekuje się wzorcowej opieki od momentu wydania na świat małego człowieka. Oczekuje się tego, że zawsze będzie gotowa sprostać różnym oczekiwaniom, nawet jeśli ma swoje własne, odbiegające od cudzej wizji i „widzimisie”. To od niej oczekuje się od początku instynktu macierzyńskiego ociekającego słodką niczym miód miłością i jakąś wrodzoną nieomylnością, bez miejsca na zwyczajne ludzkie błędy. Te z automatu zarezerwowane są dla ojców, którzy z miejsca od otoczenia otrzymują niemal medal za sam fakt, iż są obecni w szpitalu, w tych pierwszych chwilach życia dziecka… bo się interesują, a nie każdy facet dojrzał na tyle, by to robić, mimo że niemal każdy jest w stanie dziecko spłodzić… W przypadku mężczyzn pewnego rodzaju nieporadność i strach w początkach rodzicielstwa często zyskuje miano „słodkiej” i „rozbrajającej” – im się wybacza, matki strofuje.

Ot rozwiązanie tajemnicy, dlaczego tak wiele z nas, kobiet, staje na głowie i nawet ponad swoje siły stara się dotrzeć do ideału, którego nigdy nie osiągnie. Dlaczego to my stresujemy się prawie wszyyyystkim, nawet najmniej istotnymi pierdołami. Dlaczego to my tak często modlimy się, aby podczas wizyty u kogoś, cała rodzina (partner+dzieci) zachowywała się jak należy… Bo to my mamy strzec domowego ogniska wzorcowo, to nam zostanie wystawiona ocena, nam jako matkom, które tę rolę społeczną zapisaną mają w samym DNA. Ja i wiele znajomych mi mam często czujemy pewnego rodzaju presję w tym zakresie, nawet, a może wręcz zwłaszcza wtedy, kiedy odwiedzamy własną rodzinę – swoich rodziców, teściów, dziadków, wujków…. Na szczęście miewamy też tzw. „przyjaciół, których warto ozłocić”, przy których zawsze czujemy się swobodnie i wiemy, że wśród nich możemy sobie pozwolić na błędy, a nawet zostaniemy zrozumiane w kryzysie… Oni napędzają nas pozytywnie bez względu na okoliczności.

Tymczasem… kiedy my, kobiety, „stajemy na rzęsach”, żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik i zasłużyć na miano Hestii z prawdziwego zdarzenia… Nasi partnerzy często mają okazję usłyszeć wiele ciepłych słów pod swoim adresem, wykonując dokładnie te same czynności przy dziecku, co my same…

„Ochy” i „achy” – zjawisko powszechnie znane jako pochwalenie troskliwego ojcostwa…

Ja bynajmniej nie przypominam sobie żadnych „ochów” i „achów” wynikających z faktu samodzielnej zmiany pieluchy u noworodka przez moją skromną osobę. W tych czasach, przy pieluchach jednorazowych, to już w ogóle takie głupstewko, że nie warto się nad nim rozczulać. Niemniej słyszałam parę bardzo pochlebnych słów pod adresem mojego męża, który jest na tyle dzielny, że nie straszny mu żaden zafajdany przez jego własne dziecko pampers, wraz z zaznaczeniem, jak to ja mam cudownie, że nie muszę za każdym razem mierzyć się sama z tym problemem, będącym jednocześnie moim matczynym obowiązkiem. W końcu ciotka, koleżanka, sąsiadka sąsiadki wuja z drugiego końca Polski, nie miały tego luksusu… Partnerzy owych, przytoczonych jako przykłady, kobiet od zapełnionych pieluch uciekali jak diabeł od święconej wody… Serio?! 

Gdy matka bawi się z dzieckiem, no cóż… standard. Wszakże, nawet jeśli czynności owej nie lubi (choć ja osobiście te chwile z córką kocham), musi dbać o rozwój dziecka poprzez zabawę i to koniecznie taką stymulującą niejeden zmysł. Ojciec bawi się z dzieckiem – och, ach, jak cudownie, że znajduje na to czas, w tym czasie matka ma wolne, ale koniecznie na zrobienie czegoś konstruktywnego dla domowego ogniska!

Ojciec zabiera dziecko na te niezdrowe, nasycone tłuszczem trans frytki – ale fajnie! od czasu do czasu przecież można odpocząć od zdrowego, domowego obiadu. Oj, jak dziecku smakuje! I przy okazji zaciśniają więzi. Matka zabiera dziecko na jakiś fast food sama bądź w towarzystwie jego drugiego sprawcy – Dlaczego ona zabiera dziecko (i męża) na takie śmieciowe żarcie. W domu by coś ugotowała, a nie szła na łatwiznę! Gdzie tu wartości odżywcze?!

I tak przykłady można mnożyć i mnożyć… Oczywiście z pewnego rodzaju przymrużeniem oka dla mojego poczucia humoru 😉

I bynajmniej nie chodzi mi o to, że wkurza mnie wychwalanie za takie pierdoły, jakimi jest ta wspomniana zmiana pieluchy, a raczej o to, że mnie nikt nigdy za tego typu pierdoły nie pochwalił… I że dla matek często coś uznawane jest za obowiązek, niegodny zauważenia, podczas gdy, kiedy ojcowie robią to samo, są wznoszeni na piedestał, słyszą od bliskich, iż ci są z nich dumni, że tak opiekują się dziećmi na medal…

Smutne, ale to bardzo smutne, w tym wszystkim jest to, iż często od kobiet oczekuje się, że te będą spełniać się znakomicie we wszystkich życiowych rolach – matki, żony, kochanki i Bóg jeden wie kogo jeszcze, a przy tym jeszcze znosić falę oceniania, podczas gdy mężczyzna potrzebuje niejednokrotnie bardzo niewiele, aby zabłysnąć jako ten troskiwy tata, głowa rodziny ogarniająca wiele życiowych ról… niezapominająca w całym tym życiowym kieracie o własnych dzieciach…

Szczęściem w tym wszystkim jest to, że we współczesnym świecie coraz częściej można widzieć szczerze zaangażowanych ojców, którzy nie zrzucają całego lub niemal całego trudu wychowania na matki swoich dzieci, a tworzą z nimi zgrany duet, oparty na wzajemnej współpracy. I z całego takiego duetu warto być dumnym! Bo to on dał początek rodzinie na medal!

Pyszne babeczki bananowe na dobry nastrój ;)

Jako że pogoda tak jakby przestała nas rozpieszczać, zawsze warto nieco rozświetlić sobie ponury dzień prostym przepisem na coś pysznego, szybkiego i słodkiego – idealnego do ulubionej kawy, herbaty, kakao czy czego tam sobie jeszcze nie wymyślicie. Taką recepturą jest przepis na słodkie babeczki banonowe, który to przepis metodą wielu prób i kombinowania ze składnikami i proporcjami, udoskonalałam przez jakiś czas, aby dojść do finalnego efektu satsfakcjonującego moje kubki smakowe.

Z przedstawionej tu receptury wychodzą mi zwykle 24 babeczki, czasem więcej – w zależności od wielkości papilotek, do których nakłada się ciasto. Na co dzień dysponuje silikonowymi foremkami do babeczek, ale zdarza mi się piec je w papilotkach papierowych, zwłaszcza gdy chcę część dać komuś w prezencie lub piekę je na jakiś inny cel niż domowe potrzeby, a chcę też by ładnie się prezentowały. W przypadku tych drugich szczególnie warto zaopatrzeć się w specjalną metalową formę do muffinek, którą ja uwielbiam i używam zawsze, ponieważ papilotki papierowe mają to do siebie, że lubią się „rozłazić” pod wpływem nakładanego do nich ciasta, choć wiem też, iż niektórzy radzą sobie z tym problemem inaczej, nakładając porcje ciasta nie w pojedyncze papilotki, a np. w dwie lub trzy włożone w siebie. Zawsze to jakiś patent przy braku specjalnej formy, natomiast mało oszczędny, jeśli chodzi o zużycie papierowego materiału.

babeczki-bananowe-1

PRZEPIS NA PYSZNE BABECZKI BANANOWE (24 SZT.)

SKŁADNIKI PODSTAWOWE:

a) składniki suche:

  • 350 gramów mąki,
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 250 gramów cukru (choć oczywiście może być mniej, jeśli ktoś preferuje mniej słodkie wytwory, ale dla mnie ta akurat ilość jest idealna),

b) składniki „mokre”:

  • 2 duże, dojrzałe banany (im dojrzalsze tym lepsze, bo i słodsze ;)),
  • 100 gramów margaryny do pieczenia lub masła (zależy co kto woli ;)),
  • 125 ml mleka,
  • jajka: 1 całe jajko, 2 żółtka.

SKŁADNIKI OPCJONALNE:

  • 2 czubate łyżki gorzkiego kakao lub starta na wiórki gorzka czekolada (ok. 3/4 tabliczki) (dodatek dla wielbicieli czekoladowych słodkości);
  • 2 czubate łyżki jogurtu naturalnego, jeśli chcemy by ciasto było bardziej wilgotne.

Jogurt naturalny należy dodać do masy bananowej po jej wystygnięciu. Natomiast kakao lub startą czekoladę dodajemy do miski z mąką i proszkiem do pieczenia.

PRZYGOTOWANIE:

  1. Zmiksować banany do momentu uzyskania gładkiej masy. W przypadku braku sprzętu do miksowania można rozgnieść banany widelcem, natomiast jak wiadomo jest to bardziej czasochłonny sposób i wymaga więcej wysiłku. Ja do miksowania używam małego blendera Silvercrest kupionego kiedyś przez mojego tatę w Lidlu, a otrzymanego przeze mnie w spadku, bo on prawie nie używał, a mi często się przydaje, jeśli nie potrzebuje akurat zmiksować niewielkie ilości 😉 Przed wrzuceniem bananów do miksera rozdrabniam je na mniejsze kawałki.

babeczki-bananowe-2

2. Do garnuszka wlać mlekowsypać cukierdodać masło (lub margarynę) oraz banany.

babeczki-bananowe-3

Następnie podgrzewać to wszystko na małym ogniu (lub niewielkiej mocy w przypadku płyty indukcyjnej / ceramicznej) aż do momentu rozpuszczenia się cukru i masła / margaryny.

Przy czym warto masło lub margarnę wcześniej rozdrobnić na małe kawałki – wtedy rozpuszcza się szybciej 😉 Tak powstałą masę należy pozostawić do wystygnięcia.

3. W czasie, kiedy masa bananowa sobie stygnie, do miski należy przesiać 350 gramów mąki dodać do niej dwie łyżeczki proszku do pieczenia Przemieszać składniki łyżkąJak już wcześniej wspominałam w tym miejscu można dodać także kakao lub startą gorzką czekoladę, choć ja aktualnie tego nie robię, bo póki co moja córka woli babeczki bez takich dodatków, a piekę m.in. dla niej i jak jej smakuje to mi aż serce rośnie 😉

4. Również w czasie, gdy masa bananowa będzie stygła, warto do jakiejś osobnej małej miseczki wbić jedno całe jajko i 2 żółtka. Ja najpierw wbijam wszystko pojedynczo do kubeczka, a następnie do miseczki. Nigdy nie wiadomo, kiedy można trafić na zepsute jajko (takie czasem się zdarzają) i szkoda by było wbić takie do tych, które są dobre, bo wtedy wszystkie są do wyrzucenia 😉 Wymieszać. I tak oto otrzymujemy 3 naczynia zawierające składniki naszych babeczek:

babeczki-bananowe-4

5. Gdy masa bananowa ostygnie, należy dodać do niej jajka (opcjonalnie także jogurt) i wymieszać, a następnie wlać tę mieszankę do miski z mąką i proszkiem do pieczenia i mieszać łyżką do uzyskania jednolitego ciasta. Tak gotowe ciasto nakładać do przygotowanych foremek, a następnie piec 17 minut z funkcją termoobiegu w 170 stopniach (pikarnik bez termoobiegu – 190 stopni).

babeczki-bananowe-5

I tak oto otrzymujemy pyszne babeczki w sam raz do schrupania na przykład z pyszną kawą latte macchiato, którą widać w zestawieniu z babeczkami na pierwszym zdjęciu 😉 A jak zrobić tę pyszną kawę bez posiadania ekspresu? O tym można przeczytać TUTAJ.

Udanych wypieków i smacznego! 🙂

Wychowywanie w duchu szacunku do zwierząt

Zawsze, ale to ZAWSZE będę powtarzać, że warto wychowywać dzieci, troszcząc się o to, by miały one styczność z naszymi braćmi mniejszymi – zwierzakami. Kontakty ze zwierzakami, odpowiednio poprowadzone oczywiście, potrafią być świetną lekcją empatii, odpowiedzialności troski, pielęgnują więc w dziecku wzrastanie tych najwspanialszych wartości, o których warto pamiętać, podejmując kontakty z innymi. 

W całej tej nauce warto jednak nie zapominać o dwóch niesamowicie istotnych sprawach:

  • po pierwsze: zwierzak nie zawsze musi zachowywać się tak, jak życzyłoby sobie tego dziecko – ma prawo do własnej przestrzeni i odpoczynku, przy czym nie musi pałać wielką miłością do dzieci – czasami musi nam wystarczyć, że po prostu dzieci toleruje, nie wykazując chęci zabawy z nimi czy choćby inicjatywy bliższego poznania;
  • po drugie: dziecko, tak i w kontaktach ze zwierzakami, jak i ogólnie w życiu, nie jest jakimś świętym bóstwem (mimo że często kochamy je miłością wręcz niepojętą), któremu wszystko wolno.

Jeśli tylko będziemy o tym pamiętać, kontakty dziecka ze zwierzakami dla żadnej ze stron nie będą stanowić jakiegoś traumatycznego przeżycia, a staną się cenną lekcją w wychowaniu dziecka, a być może i zwierzaka, zwłaszcza tego jeszcze niezbyt obytego z tą młodszą grupą wiekową ludzi 😉

PAMIĘTAJ!

Dziecko bezwzględnie nie powinno być względem zwierzaka natarczywe, a tym bardziej nie powinno działać z krzywdą dla danego osobnika.

Oczywiście na początku swojego obcowania ze zwierzęciem może być nieświadome, że jego zachowanie jest w jakimś stopniu niewłaściwe, ale od tego są rodzice czy jacykolwiek opiekunowie, by swojemu podopiecznemu pewne rzeczy przekazać, wytłumaczyć, pokazać… Absolutnie niedopuszczalnym jest dla mnie ignorowanie niewłaściwego zachowania dziecka (zresztą nie tylko względem zwierząt) i tłumaczenie tegoż zachowania tekstem typu: „on się tylko bawi”. Trzeba zdać sobie bowiem sprawę, że zwierzaki, podobnie jak i ludzie, mają różne zakresy tolerancji i taka „zabawa” może skończyć się tragicznie. Nawet psiaki wyglądające mega słodko i niewinnie potrafią porządnie ugryźć, kiedy się je zdenerwuje czy przestraszy.

Przy czym warto też pamiętać, iż…

 …NAPRAWDĘ NIE KAŻDY ZWIERZAK MUSI LUBIĆ DZIECI…

A jeśli nie pała do nich zbyt wielką miłością, lepiej nie narażać go na niepotrzebne stresy i zachować odpowiedni dystans w kontaktach zwierzę – dziecko. Niektóre zwierzęta wręcz z natury nie są zbytnio stworzone do zabaw z najmłodszymi przedstawicielami naszego gatunku, a raczej do obserwowania. Takimi zwierzakami z reguły są np. szynszyle, których aktualnie jestem szczęśliwą i spełnioną opiekunką, choć jak wiadomo od każdej reguły istnieją wyjątki 😉 Więcej na ten temat można już było przeczytać we wpisie „Dziecko i szynszyle pod jednym dachem – czy to może się udać?” ZAWSZE, ale to ZAWSZE warto mieć na uwadze to, czy dany osobnik w ogóle dzieci lubi, bo jeśli zwyczajnie nie lubi, a my będziemy narażać go na zbyt nachalne kontakty ze strony naszej pociechy i nie będziemy kontrolować sytuacji może to się skończyć bardzo, ale to bardzo źle.

Z tego też względu absolutnie nie warto wybierać się z dzieckiem, które trudno okiełznać i któremu jeszcze ciężko coś wytłumaczyć do znajomych posiadających zwierzaki o niskim stopniu tolerancji dla dziecięcych wybryków. Na te pierwsze kontakty dziecka z naszymi braćmi mniejszymi, jednak zalecałabym wybierać te osobniki, które dzieci lubią i nie tracą względem nich szybko cierpliwości, zwłaszcza w przypadku tych dzieci, które w domu na co dzień styczności z jakimikolwiek zwierzętami nie miały, więc i nie są w ogóle obyte choćby w najmniejszym stopniu w tej kwestii.

OPIEKUN DZIECKA WINIEN JEST WSPIERAĆ I NADZOROWAĆ JEGO KONTAKTY ZE ZWIERZĘTAMI

A już na pewno nie powinien „puszczać dziecka samopas”, jak to niestety często ma miejsce choćby w parkach (gdzie jak wiadomo ludzie chodzą na spacery np. z psami) i kompletnie nie zwracać uwagi na jego relacje ze znajdującymi się w pobliżu stworzeniami. Niestety bywałam świadkiem sytuacji, kiedy jakiś biedny właściciel psa nie wiedział kompletnie jak się ma zachować, kiedy to do jego zwierzaka podbiegło jakieś dziecko i zaczęło go w nachalny sposób zaczepiać, podczas gdy rodzic ów latorośli radośnie gadał z kimś znajomym, totalnie nie zwracając na tę sytuację uwagi, bo przecież dziecko jest tylko dzieckiem i tylko się bawi. Tak być nie może!

Dla bezpieczeństwa dziecka trzeba obserwować przebieg jego kontaktu z danym zwierzęciem i reagować, gdy zauważy się, że kontakt ten przebiega nie tak jak powinien. CZAS REAKCJI JEST TU BARDZO WAŻNY i pozwala uniknąć wielu przykrych konsekwencji, które to konsekwencje bywają NIEBEZPIECZNE DLA ZDROWIA, A NAWET ŻYCIA NASZYCH POCIECH.

Oczywiście w tym wszystkim także i zwierzaki należy uczyć odpowiednich zachowań względem dzieci – obie strony tej relacji trzeba oswajać, uczyć wzajemnego szacunku. Nie można tu tłumaczyć, że dziecko jest tylko dzieckiem, a zwierzę tylko zwierzęciem i z tego tytułu „hulaj dusza, piekła nie ma”. Niestety bowiem znam też zwierzaki domowe totalnie nieobliczalne, wobec których dziecko może się w porządku zachowywać, a te i tak mogą je np. ugryźć ot tak… Wszystkie istoty, które człowiek ma pod opieką winien w jakiś sposób wychowywać – tak, aby mogły funkcjonować w danym im środowisku.

Trzeba TŁUMACZYĆ, TŁUMACZYĆ i JESZCZE RAZ TŁUMACZYĆ!

Bez tego się nie obejdzie, a w przypadku małych dzieci nie obejdzie się też bez przypominania, czego nie wolno, a co się powinno, bo zwyczajnie zdarza im się zapomnieć, że np. nie powinny szturchać klatki ze zwierzakiem, bo to zakłóca jego spokój. Z doświadczenia wiem, że dwulatce nienaumyślnie zdarza się w ten sposób prowokować szynszyle do aktywności, żeby nie tyle dokuczyć, co np. dać buziaka, bo musicie wiedzieć, iż Elmo i Oliwia to taki zgrany duet, że i buziaki zdarza im się sobie wzajemnie dawać, zwłaszcza od kiedy to Oliwia jest głównym rozdawaczem smakołyków wśród naszych szynszyli 😀

Dzieci często z samej miłości do zwierzaków popełniają błędy, które warto korygować na bieżąco dla zdrowia i dobrego samopoczucia wszystkich. Nasza córa np. próbowała niejednokrotnie z naszymi szynszylami dzielić się swoim jedzeniem, co mogłoby się skończyć bardzo źle dla szynszyli, mimo że robiła to z najczystszej sympatii i mając jak najlepsze intencje. Dziś już raczej wie, co jedzą i że mają inną dietę niż my, ale kiedyś trzeba było pilnować jej na każdym kroku, gdy dostawała coś do jedzenia. O ile kocham w niej to, że lubi się dzielić z tymi, których darzy sympatią, o tyle w przypadku szynszyli mogłoby to być naprawdę niebezpieczne, jeśli chce podzielić się tym, co akurat w ich diecie niepożądane.

Idąc w odwiedziny do kogoś, trzeba respektować jego zasady oraz szanować jego zwierzęta, jeśli takowe posiada

Jeśli więc idzie się z dzieckiem do znajomych posiadających zwierzaki, trzeba mieć na uwadze potrzeby tych zwierzaków i odpowiednio czuwać nad tym, by dzieci nie stanowiły dla domowych pupili źródła niepotrzebnego stresu, który w konsekwencji może przerodzić się w agresję. Jeszcze raz powtórzę: dziecko nie jest kimś komu wszystko wolno w kontakcie z naszymi braćmi mniejszymi „bo jest tylko dzieckiem i chce się tylko bawić”, a nie każdy z braci mniejszych musi pałać uwielbieniem dla dziecka. Nie jest więc tak, że to znajomi, do których idziemy winni są godzić się na wszystko i wyłącznie strofować swoje zwierzę, które powinno tolerować każde zachowanie dziecka, a to my powinniśmy mieć na uwadze, że mają oni zwierzę, które jakby nie było żyje z nimi, jest więc na swoim terytorium i to my na to tertorium wchodzimy – na określonych zasadach – i powinniśmy zadbać o to i czuwać nad tym, by nasze dziecko zachowywało się względem wszystkich domowników, a więc także zwierząt, odpowiednio. Co oczywiście nie znaczy, że opiekunowie danego zwierzaka są zwolnieni z odpowiedzialności – oni także powinni jak najbardziej czuwać nad tym, by ich podopieczny nie stanowił niebezpeczeństwa dla ich gości. Jeśli obie strony będą się starać – będzie naprawdę świetnie 😉

Naprawdę warto uczyć dzieci szacunku do zwierząt od najmłodszych lat

Na pewno zaprocentuje to w przyszłości, bo dzięki troskliwej opiece nad zwierzętami dzieci uczą się odpowiedzialności, wrażliwości, odpowiednich zachowań, a przyjaźnie dzieci ze zwierzakami potrafią być naprawdę piękne, jeśli budowane na dobrych fundamentach. Obserwacja jak nasza córka pięknie się rozwija, obcując ze zwierzętami ogółem i jak się cieszy na widok naszych szynszyli, kiedy one podbiegają, żeby się z nią przywitać (i przy okazji zobaczyć, czy nie ma czegoś dobrego ze sobą :P) jest czymś naprawdę fantastycznym. Czymś, na co pracowaliśmy, od samego początku. I wiem, że było warto.

 

Zwierzaki na fotografiach załączonych do artykułu to mopsy naszych serdecznych znajomych – Beza i Hodor oraz nasza szynszyla Elmo – jak dotąd niezmiennie najlepszy kumpel naszej córy ze wszystkich zwierzaków, z jakimi obcuje na co dzień 😉

Szacunek – coś, na co warto MĄDRZE zapracować

Długo zastanawiałam się jak ugryźć zagadnienia, które przewiną się w tym wpisie. Jeszcze dziś rano myślałam intensywnie o tym, o czym pragnę napisać, co powinnam dopisać do tego, co już gdzieś tam stworzyłam. Doszłam do wniosku, że totalnie zmienię tytuł dzisiejszego wpisu, skupiając się głównie na jednej rzeczy, o której zapowiadałam, że napiszę gdzieś „między wierszami” – na szacunku.

W życiu często oczekujemy go od innych, ale czy sami dajemy go od siebie? Oczekujemy go m.in. od własnych dzieci, ale czy sami wychowujemy je w przekonaniu, że my do nich mamy szacunek? Ta sprawa nie jest wcale tak oczywista, jak może się wydawać. Może niektórych oburzę swoim podejściem, ale uważam, że to wcale nie jest tak, iż rodzimy dziecko już z szacunkiem do rodziców gdzieś w pakiecie i ono ma szanować tych swoich rodziców i koniec, bo tak trzeba, bo nawet przykazanie mówi: czcij ojca swego i matkę swoją. Przykazanie oczywiście jest słuszne w swoim przesłaniu, ale nie może być tak, iż ktoś oczekuje czci od swoich dzieci, do nich samych nie przejawiając szacunku. No po prostu na to nigdy się nie zgodzę.

Nie zgodzę się również z tym, że dziecko powinno szanować wszystkich dorosłych jak leci, bo jest mniejsze, mniej doświadczone, młodsze etc. Jasne, starszych ludzi powinno darzyć się szacunkiem, ale to nie może być tak, że oni ten szacunek dostają w pakiecie z wiekiem, a niestety często spotkałam się ze zwyczajnym chamstwem ludzi starszych w stosunku do młodych osób (w tym i mnie), bo przecież one już tyle przeżyły i je szanować trzeba…

Ale po kolei…

NIGDY NIE POWINNIŚMY O SZACUNEK WALCZYĆ KRZYKIEM I PRZEMOCĄ

Co nadal niestety często jest spotykane, zwłaszcza w relacjach dziecko – dorosły, ale nie tylko. Bo czy naprawdę chcemy, by druga osoba, niezależnie od jej wieku, szanowała nas, zachowywała się tak, jak my oczekujemy, tylko dlatego, że się nas boi? Krzyk i przemoc budzą strach, nie ma się co oszukiwać w tej kwestii. Budzą także jeszcze więcej krzyku i przemocy, gdy ta druga osoba zacznie stosować analogiczne mechanizmy obronne. Oczywiście, nie twierdzę, iż w życiu nie zdarzają się sytuacje, kiedy krzyknąć trzeba (np. żeby natychmiastowo i odpowiednio dobitnie ostrzec przed sytuacją potencjalnie niebezpieczną, nikt nie będzie bawić się w spokojne tłumaczenie danego zagrożenia, gdy ono realnie i szybko się zbliża), jednak nie może być tak, że krzykiem załatwiamy absolutnie wszystko względem określonej osoby, a niestety miałam wątpliwą przyjemność obcować krócej lub dłużej z rodzinami, w których notorycznie wiele spraw załatwia się krzykiem. Co gorsza, naprawdę wielu dorosłym się wydaje, iż tak wypracują u dzieci odpowiednią dozę szacunku… A co jeszcze gorsze, wraz z krzykiem stosowana jest przemoc fizyczna.

Jak dla mnie przemoc fizyczna nie jest niczym innym jak wyrazem ogromnej słabości psychicznej tego, kto tę przemoc stosuje. Nie ma różnicy czy chodzi o drobne klapsy dla tzw. „ukazania, kto tu rządzi” czy chodzi o regularne powodowanie większych szkód cielesnych. W obu przypadkach jest to przemoc, której dopuszczać się nie powinniśmy, chyba, że kogoś kręci to w łóżku, a jego partner daje na to wyraźne przyzwolenie i także czerpie z tego przyjemność – to zupełnie inna bajka 😉 Natomiast przemocy, zarówno fizycznej, jak i psychicznej względem dzieci mówię absolutne, niepodaważalne w żaden sposób „NIE”! I dziwi mnie, że jeszcze w tych czasach zdarzają się rodzice uważający, że klaps nauczy dziecko szacunku do starszych. Tak naprawdę nie nauczy, a jedynie wzbudzi strach przed tym, że może zostać skrzywdzone za zachowanie nieodpowiednie do stawianych wobec niego oczekiwań, pobudzi je do oszukiwania, gdy stanie się coś złego, bo jak zatai jakiś swój nie do końca odpowiedni występek, to być może nikt się jednak nie dowie, a będzie spokój, nauczy tego, że jest samo, jeśli nie radzi sobie z emocjami, których zwłaszcza ci najmłodsi nie zawsze rozumieją, jeszcze ucząc się świata… Nie ma w tym absolutnie nic pozytywnego.

Dzieci zdecydowanie uczą cierpliwości, jeśli tylko dorośli chcą się tej cierpliwości nauczyć, a nie tylko dają się ponieść emocjom. Testują, sprawdzają granice, bywają nieznośne, ale i mądrzejsze niż wielu się wydaje. Naprawdę wiele da się im wytłumaczyć w cywilizowany i spokojny sposób. Nie trzeba stosować przemocy, przemoc to pójście na łatwiznę, to nie nauka, a jedynie chwilowe i pozorne zażegnanie problemu, a często i jego jeszcze zaognienie.

Miałam już z córką kilka sytuacji, kiedy wpadła w ogromną histerię, bo zwyczajnie się przestraszyła, nie potrafiła sobie poradzić z jakimiś uczuciami, które w niej wezbrały, a osoby trzecie, niestety również i nam bliskie, ze swoimi „przewspaniałymi i niezastąpionymi radami” uznawały, że to przejaw jakiegoś braku szacunku, fanaberia, że trzeba ją z tą histerią zostawić i działać dalej, bo nie można sobie pozwolić wejść na głowę, a w ogóle najlepiej to w tyłek dać, żeby pokazać i nauczyć… CZEGO? no tak całkiem serio, czego? Naprawdę nie rozumiem. I zażegnałam już niejedną histerię przytulaniem, uspokajaniem, tłumaczeniem, odwracaniem uwagi od tego, co wywołało negatywne emocje… To działa! Naprawdę… Podczas, gdy niebotyczne wrzaski jeszcze pogarszały sprawę, we mnie wzbudzając tyle negatywnych emocji, że miałam ochotę rozszarpać tego, kto wrzaski względem mojego dziecka zaczął. A skoro ja czułam, że wybuchnę i wybuchałam w obronie, to co dopiero musiało czuć moje dziecko, które emocji dopiero się uczy?

Bardzo chcę, by moja córka mnie szanowała i miała szacunek do innych, oczywiście jeśli ci nie wykażą kompletnego braku szacunku wobec niej, ale nie chcę tego osiągać zastraszeniem. Nie powiem, czasami i mi nerwy puszczają, też jestem tylko człowiekiem, ale człowiekiem, który pragnie nad sobą panować, a nie dawać się porwać jakimś niepohamowanym instynktom, które nie pozwalają myśleć racjonalnie. Gdy czuję, że jestem na granicy, biorę parę głębokich wdechów i walczę dalej z problemami… W sposób cywilizowany, a nie barbarzyński. Kocham – nie chcę krzywdzić. To dla mnie oczywiste!

SZACUNKU NIE MOŻNA OCZEKIWAĆ Z AUTOMATU

Trzeba na niego zapracować. Tymczasem ze zgrozą stwierdzam, iż ogromna ilość osób oczekuje go wyłącznie na podstawie jakiegoś błahego powodu, jak np. tego, że jest od kogoś starsza, że jest czyimś szefem itp. Tymczasem można się szefa zwyczajnie bać, postępować zgodnie z jego oczekiwaniami (tak jak i to biedne dziecko, wobec którego stosuje się przemoc), ale nie mieć do niego szacunku. Jeśli natomiast jakaś starsza osoba zachowuje się jak zwyczajny cham, to dlaczego ja mam ją szanować? Dlatego, że chodzi już tyle po tym ziemskim padole i nawet kulturalnie zachować się nie umie? Spotkałam się „na żywo” z argumentem typu: młodziku, Ty mnie szanuj, ja mam 80 lat! Jakby to było jakieś wybitne osiągnięcie w dziedzinie kultury osobistej… Owy pan zarzucił mi w tramwaju, że nie umiem czytać, wskazując na tabliczkę „Ustąp miejsca starszym”, i za grosz mam kultury, a mój jeszcze wtedy narzeczony, a dziś mąż ośmielił się stanąć w mojej obronie (kiedy mnie totalnie zatkało)… Żeby nie było: pan świetnie trzymał się na nogach, 3/4 tramwaju było puste, a on kłócił się, że ja młodsza, więc ustąpić mam i się przesiąść mogę i co z tego, że niepełnosprawna, no przecież młodsza (!) po czym wysiadł na kolejnym przystanku, życząc, aby mój małżonek nie zdał matury (już dawno maturę mieliśmy zdaną)… I naprawdę – ustępuje miejsca tym, którzy bardziej potrzebują go ode mnie, a akurat żadnego wolnego nie ma…

I niestety w znacznej części przypadków to staruszkowie, którzy tak bardzo oczekują od innych szacunku, zwykle mają problem, że zajmuje miejsce siedzące gdzieś w komunikacji miejskiej, jeśli jest dostępne, nie okazując mi ani krzty szacunku… Osoby „młodszej daty” często wręcz mi ustępują i jeszcze ciepło się uśmiechną, co jest bardzo, ale to bardzo miłe.

Osoby, które szanują mnie i moje życie, zawsze mogą liczyć na szacunek z mojej strony, niezależnie od wieku, płci, narodowości itp. Nie muszą się ze mną zgadzać – wystarczy, że uszanują fakt, iż mam zdanie, jakie mam, nie muszą mnie kochać i wielbić – wystarczy jakieś minimum empatii, bo najważniejsze w tym wszystkim jest to, by pozostać sobą i jednocześnie dać innym być sobą, bez krzywdzenia innych.

To koszmarne trzecie piętro!

Tak, jestem osobą niepełnosprawną.

Tak, schody stanowią dla mnie wyzwanie.

Tak, kupiliśmy z mężem mieszkanie na trzecim piętrze,

bez możliwości skorzystania z windy 😉

Paradoks?

Nie, w pełni świadomy wybór,

zwykle ciężki do zaakceptowania przez osoby, które bywają tu okazjonalnie lub nawet wcale tu jeszcze nie były 😉

 

Kiedy zdecydowaliśmy się na kupno właśnie tego mieszkania, byłam w jakimś stopniu przygotowana na falę sensacji, jaką wzbudzi jego lokalizacja na ostatnim piętrze trzypiętrowego budynku bez windy. No bo jak to tak, tak wysoko mieszkać i nie móc windą się powozić, zwłaszcza w mojej sytuacji i zważywszy na to, że już raczej bardzo często się buduje takowe bloki z windą w wyposażeniu. Nie byłam natomiast przygotowana na skalę tejże sensacji i na to, że temat będzie ciągle i ciągle wałkowany, mimo tego, że mieszkanie tutaj naprawdę MI PASUJE i było bardzo przemyślaną decyzją.

Tak, schody stanowią dla mnie niekiedy sporo większe wyzwanie niż dla w pełni sprawnego człowieka, ale – kiedy tak rozważałam wszelkie „za” i „przeciw” mieszkania na trzecim piętrze – doszłam do wniosku, że ich obecność i konieczność ich codziennego pokonywania wyjdą mojej sprawności na dobre. No bo takie pokonywanie schodów to też rodzaj ćwiczenia sprawności, a dostęp do windy wiele osób zwyczajnie rozleniwia, choć nie powiem, że nie ułatwia życia 😉 Oczywiście, jak najbardziej jestem za ułatwianiem życia, ale w moim przypadku redukcja ruchu wpływa naprawdę destrukcyjnie i sprawia, że czuję się jeszcze bardziej niepełnosprawna niż naprawdę jestem. Oczywiste też, że mam swoje granice i taką właśnie optymalną granicą jest to trzecie piętro, czwarte już na co dzień faktycznie byłoby dla mnie dość męczące, biorąc pod uwagę fakt, iż posiadamy tutaj piwnicę, więc często pokonuje łącznie 4 piętra, a przy mieszkaniu na czwartym piętrze byłoby już ich pięć 😉

Fakt, większość życia mieszkałam na paterze… I dostawałam nie lada zadyszki, gdy ktoś znajomy mieszkał gdzieś wyżej, więc i rozumiem tych, którzy nisko mieszkają i trochę marudzą, że do nas na to trzecie piętro trzeba włazić. Po ślubie, przez 4 lata mieszkałam na piętrze drugim i nie było mi się trudno przystosować, bo schody były naprawdę ok. Zdać sobie bowiem sprawę trzeba, że schody schodom nierówne i nie każde są wygodne, są i takie, które stanowią dla mnie mega wyzwanie, nawet, jeśli jest ich tylko kilka, ale o tym za moment. Niemniej, wtedy wydawało mi się, że nigdy, przenigdy nie zamieszkam wyżej niż to drugie piętro, przy trzecim już się męczyłam… A jednak…

Kiedy szukaliśmy dla siebie własnego miejsca na ziemi, natrafiliśmy na oferty dostępne w budynku, w którym aktualnie mieszkamy. Były tu dostępne ostatnie 2 wolne mieszkania. Jedno na drugim piętrze, drugie na piętrze trzecim. Oba mieszkania – jak już wspomniałam – znajdowały się w tym samym budynku, ale w dwóch różnych bramach i to ostatecznie wpłynęło na to, że zdecydowałam się podjąć „wyzwanie trzeciego piętra” 😉 Oba mieszkania rozkładowo były identyczne (dla mnie wymarzone), tylko stanowiły swoje lustrzane odbicia, co też wpłynęło w pewnym stopniu na moją decyzję. Dlaczego więc wyżej, a nie niżej? Powodów było kilka.

1. Lokalizacja bramy – tu, gdzie obecnie mieszkamy główna brama wejściowa / wyjściowa wychodzi na bardziej główną ulicę, a nie uliczkę znajdującą się w środku osiedla, jak to było w przypadku mieszkania na drugim piętrze, które było również dostępne. Dla mnie to bardziej praktyczne, że nie trzeba wchodzić gdzieś bardziej w głąb osiedla, choć niektórzy mogą uznać to oczywiście za wadę.

2. Lokalizacja balkonu – nasz balkon wychodzi na ulicę, widać ruch, mamy widok na miasto, bardzo ładny jak dla mnie i ciekawy, znacznie przyjemniej jest mi usiąść na balkonie i widzieć, że coś się dzieje niż patrzeć wyłącznie na piaskownicę podwórkową, na którą skazana byłabym patrzeć w przypadku mieszkania na drugim piętrze, które nam pokazano jako alternatywę. No i im wyższe piętro, tym fajniejszy ten widok – moim zdaniem 😉 Bo fajnie tak popatrzeć na świat „z góry”, a nie wyłącznie z mojej perspektywy 150 cm wzrostu 😀

3. Lokalizacja barierki na klatce schodowej – chyba najważniejszy czynnik, na jaki zwróciłam uwagę, bowiem dużo sprawniej i szybciej mi się ze schodów schodzi, gdy mam barierkę do podtrzymania się po swojej prawej stronie. Nie wiem do końca z czego to wynika, ale po prostu tak jest. Przy wchodzeniu na górę strona nie ma dla mnie aż tak wielkiego znaczenia, przy schodzeniu w dół jest mi dużo łatwiej, gdy jest ona po określonej stronie. Schody identyczne, barierki też, a jednak… Z tego drugiego piętra schodziłoby mi się gorzej / dłużej niż z tego mojego aktualnego trzeciego. Przy czym warto pokreślić, że schody w starych kamienicach zwykle są moim wrogiem nr 1, bez względu na lokalizację barierki, bo i barierki często mają jak dla mnie podejrzane i mniej stabilne. W przypadku starych klatek schodowych, z wysokimi stopniami, pomoc osoby drugiej w ich pokonaniu jest dla mnie często wręcz nieoceniona. I w przypadku takich właśnie klatek nawet mieszkanie relatywnie nisko, lecz z koniecznością pokonania kilku schodków, byłoby dla mnie codziennym koszmarem. To samo dotyczy mieszkań, do których prowadzą jakiekolwiek schodki nieopatrzone barierką.

4. Chęć utrzymywania kondycji – bo przyznaję kiedyś wydawało mi się, że jak coś to tylko parter albo piętro z windą, żeby życia sobie nie komplikować w tej mojej niepełnosprawności, ale jak tak przyszło do przemyśleń – stuknęłam się w głowę. Przecież nie mogę z siebie robić kaleki i ofiary losu większej niż jestem 😉 Pokonywanie schodów to też dobre ćwiczenie dla nóg, które od dawna ćwiczę na steperze, który także liczy „pokonane schody”. Na początku było mi trochę ciężko z tym jednym piętrem więcej w stosunku do poprzedniego mieszkania, które wynajmowaliśmy na Bielanach Wrocławskich, ale dość szybko się przyzwyczaiłam 😉 i jest mi z tym naprawdę dobrze 😉 I dlatego też uważam, że winda strasznie rozleniwia… No przynajmniej w tych przypadkach, w których ludzie nie mają jakiś większych aktywności fizycznych 😉 A znam takich całkiem sporo.

Prawda jest taka, że przy mojej niepełnosprawności, bez względu na to, czy do mieszkania prowadzić będą 3 stopnie czy 30 i więcej, to nie wniosę po nich dziecka z wózkiem ani ogromnych zakupów porozkładanych po kilku reklamówkach – potrzebuję pomocy, bez względu na wszelkie towarzyszące udogodnienia, więc w wielu przypadkach i parter nie dałby mi pełnej niezależności w pewnych kwestiach. Mój mąż o tym doskonale wie, przyjął mnie z takim bagażem i pomaga jak może 😉 Nasza rodzina jest w jakimś stopniu przez to inna, ale nie czuję jakoś bardziej tych ograniczeń. A aktualnie córa już śmiga po schodach sama i to lepiej niż ja, więc nie muszę jej dźwigać, by zejść z nią na dwór – niezależność w tym względzie pozyskana 😉 Co więcej, lubi schody pokonywać i nierzadko ma z tego zwyczajnie frajdę 😉

Nawet sprawni ludzie robią z siebie kaleki…

Taka prawda, niestety! I dość frustrujący dla mnie jest fakt, że ludzie, zwykle znacznie sprawniejsi ode mnie, potrafią tak bardzo marudzić, że trzeba do nas na to trzecie piętro wchodzić… Ja pokonuje codziennie, nierzadko i 4 piętra, kiedy jeszcze trzeba odwiedzić komórkę lokatorską w piwnicy, i żyję! A wielu nas odwiedzających wyraża się o tym trzecim piętrze jak o samym szczycie Kilimandżaro…

Nie trzeba się martwić o czyjąś niepełnosprawność, jeśli on sam nie robi z niej problemu 😉

Praktycznie wszyscy, którzy nas tu odwiedzali, choć raz wyrazili wątpliwość, co do tego, że osoba niepełnosprawna ruchowo w ogóle może mieszkać na trzecim piętrze (czy wyżej). Nie zliczę, ile razy usłyszałam pytania: jak ty sobie właściwie radzisz?, jak ty biedulko będziesz te schody pokonywać?, a niżej mieszkania tu już nie było?, nie lepiej byłoby poszukać mieszkania gdzieś indziej / w bloku z windą? i tym podobne… Otóż, radzę sobie całkiem dobrze i dobrze to sprawdziłam zanim wpakowaliśmy się w kredyt, schody pokonuje na niczym innym jak na własnych nogach, które na szczęście posiadam, uważam, że jednak dla mojej kondycji i sprawności lepsze jest to, że windy tu nie ma, a gdzie indziej nie chciałam szukać, bo zakochałam się właśnie w tym mieszkaniu w wielu jego aspektach i czuję, że tu jest moje miejsce na ziemi 🙂 Nie mam problemu z tym, że mieszkam tu, gdzie mieszkam, więc po co inni te problemy sztucznie wytwarzają… Nie pojmuję 😉

Największym paradoksem w tym wszystkim jednak jest to, iż tak wielu ludzi mówi, że: „do sukcesu nie ma żadnej windy, trzeba iść po schodach”, a kiedy w życiu muszą fizycznie ich trochę więcej pokonać, to robią wielkie halo 😉

 

Te gorsze dni, które zdarzają się w najmniej odpowiednim czasie i chwile zwątpienia z nimi związane…

Jak wiecie w życiu bywa bardzo różnie, a kiedy już mieszka się z dzieckiem pod jednym dachem to chyba niczego nie da się przewidzieć. Każdy, absolutnie KAŻDY człowiek, bez względu na wiek ma prawo do gorszych dni, do tych „cięższych” emocji, tak trudnych do zniesienia nie tylko dla niego, ale i dla jego otoczenia. W chwilach kryzysu i dorośli bywają bardzo zagubieni, a co dopiero dzieci, które muszą się jeszcze nauczyć, jak z pewnymi emocjami żyć i jak sobie z nimi w jakiś racjonalny sposób radzić.

Jeszcze nie tak dawno praktycznie każdego dnia zmagaliśmy się wraz z mężem z trudnymi emocjami naszej córki, która w ciągu kilku sekund potrafiła przejść z super humoru do płaczu, wrzasków rodem z czeluści piekielnych, rzucania się po podłodze. Wiele osób określa takie zachowanie „buntem dwulatka” – jakoś tak potocznie się przyjęło, choć jak dla mnie nie jest to jakieś specjalnie trafne określenie tegoż zjawiska. Mam jednak świadomość, że to pewien normalny etap w rozwoju (choć znam i przypadki dzieci, które nigdy, przenigdy nie urządzały scen dantejskich) no i jak już się pojawi trzeba go przetrwać. Bardzo ciężki czas to dla rodzica – czas ogromnej próby, której przejściu nie sprzyjają bynajmniej komentarze czy „dobre rady” otoczenia, no chyba, że faktycznie są DOBRE, bo i takie wyjątkowo się zdarzają 😉 Ale o tym jeszcze będzie osobny wpis, do którego muszę jeszcze trochę dojrzeć i zebrać myśli…

Niemniej okres ten tak jak gwałtownie się pojawił, tak nagle zniknął. No przynajmniej w takim stopniu, że nie mamy z nim do czynienia absolutnie codziennie, ale już bardzo, bardzo, BARDZO rzadko i pech chciał, że to „bardzo rzadko” przypadło na cały miniony weekend, na który zaplanowane były różne uroczystości rodzinne, a przed którym jeszcze przedwcześnie cieszyłam się, że to, co najgorsze w tym akurat temacie mamy za sobą… Nie będę pisać szczegółowo, co się działo, bo i nie widzę głębszego sensu takiego obnażania prywatności, chciałam natomiast zwrócić uwagę na kilka rzeczy, z którymi zapewne niejeden rodzic się zmaga w swojej codzienności. Zresztą kwestie tu poruszane w dużej mierze będą kręcić się wokół rodzicielstwa, ale dotyczą każdego człowieka, który choć raz w obliczu gorszego dnia, z „dobrymi radami” i ocenianiem musiał się zmagać…

Kryzysy często zdarzają się w najmniej odpowiednim momencie…

No nie ma się co czarować, NIGDY nie ma dobrego czasu na kryzys. „Dobry czas” i „kryzys” to zdecydowanie słowa, które się wzajemnie wykluczają, ale jak to jest, że akurat, kiedy najbardziej nam zależy na tym, żeby coś dobrze wypadło, często wychodzi z tego jakiś koszmar? Cały miniony weekend mieliśmy do czynienia ze scenami wpisującymi się w zjawisko określane jako ten okrutny i ciężki do przeżycia „bunt dwulatka”, akurat kiedy zależało nam, żeby nasza rodzina zobaczyła jaka z nas fajna, rodzinna drużyna… Co za los… Ile razy Wy chcieliście dobrze wypaść np. przed rodziną właśnie, a wyszło zupełnie inaczej?

Ludzie kochają oceniać powierzchownie i na tej podstawie dawać „dobre rady”

Niestety… W miniony weekend dobitnie się o tym przekonałam. I zapewne wraz z mężem nie jesteśmy jedynymi rodzicami, których dzieci zostały dość dosadnie ocenione na podstwie tego, że akurat w danym momencie miały ten gorszy okres, do którego KAŻDY ma prawo. W końcu krewni czy znajomi, którzy z Wami nie mieszkają na co dzień nie widzą, że ogólnie Wasze dziecko zwykle zachowuje się znacznie lepiej, promienieje uśmiechem i radością, potrafi być otwarte na innych… Skoro w danym momencie płacze, pokazuje nie do końca fajne humory, to w mniemaniu wielu, którzy akurat to widzą, na pewno jest takie na co dzień… I teraz, z jeszcze większym sentymentem i zrozumieniem, wspominam moje pierwsze wizyty u koleżanek po tym jak już zostały matkami, a ich dzieci akurat w dzień tej mojej nieszczęsnej wizyty zamieniały się w małe marudy z piekła rodem… Wtedy nie rozumiałam dlaczego tak gęsto się z tego tłumaczą tekstami typu: „no nie wiem, co mu teraz odbiło, zwykle taki nie jest”, bo już wtedy miałam świadomość, że za humorami dziecka czasami ciężko nadążyć i nie zawsze jest cukierkowo. Teraz już rozumiem.. Odkąd sama jestem mamą TAK BARDZO ROZUMIEM i współczuję… Nie tyle tych gorszych dni, co reakcji otoczenia, które zrozumieniem się nie wykazuje, wydając często pochopne osądy…

I tym bardziej doceniam tych moich przyjaciół, którzy rozumieją, którzy dają nam do zrozumienia, że nie musimy się tłumaczyć z tych gorszych dni, że od nich nie usłyszymy, że pędem musimy biegać po lekarzach, bo gorsze dni nie są normalne, że skoro nasze dziecko z rezerwą podchodzi nieraz to dorosłych, to na pewno jest dzikusem, dlatego, że nie puszczamy go do dzieci (taki dziwny zarzut padł nieraz, podczas gdy nasze dziecię często jest onieśmielone przez dorosłych, a w sklepie potrafi zaczepić dziecko, żeby się z nim przywitać i do niego uśmiechnąć…) itp. Zresztą tym owym „dzikusem” może być po mnie, bo mnie w dzieciństwie bardzo onieśmielali dorośli, nawet ci z rodziny i tylko z nielicznymi miałam super kontakt… Moja córa też ma super kontakt z nielicznymi dorosłymi. Są znajomi, do których nawet nie podejdzie, a jest i „przyszywana” ciocia, przy której potrafi zasnąć, nawet szybciej niż przy mnie… I jak dla mnie to jest ok. Sama nie rzucam się w ramiona każdego człowieka, jakiego napotkam, jednych darzę większą sympatią, innych mniejszą. Nie widzę powodu, żeby do każdego moje dziecko było tak samo otwarte – taka postawa jest wręcz niebezpieczna, a już wmawianie mi, że „jest dzikusem” w stosunku do dorosłych, dlatego, że nie ma kontaktu z dziećmi jest jakimś kuriozum. Pomijając już fakt, że nie trzymamy jej w klatce z zerowym dostępem do dzieci i już całkiem sporo, jak na to swoje krótkie życie, dzieci poznała 😉

Rodzice najlepiej znają swoje dzieci

I fajnie by było, gdyby otoczenie o tym pamiętało, a nie „dokładało do pieca” uwagami, które kompletnie się nie sprawdzą w danym momencie. Często od najbliższego otoczenia słyszę, że gdybyśmy zrobili tak, a nie inaczej, to czegoś byśmy uniknęli – łatwo jest mówić, gdy jest się biernym obserwatorem „od czasu do czasu”. Rodzicielstwo nauczyło mnie, że pewnych rzeczy nie do końca dla nas przyjemnych uniknąć się nie da (chyba, że da się całkiem dziecku wejść na głowę, ale to urodzi o wiele poważniejsze konsekwencje w przyszłości) – trzeba się z nimi zmierzyć. Kilka razy przeżyje się piekło, tak jak my przeżywaliśmy np. w sklepie, gdy dziecko chciało biegać wszędzie samopas i ściągać rzeczy z półek, ale za którymś razem w końcu nie trzeba będzie się „szarpać”, bo dziecko zrozumie, że i tak nic nie ugra. Idąc w taktykę unikania, kompletnie bym musiała zrezygnować z zakupów z dzieckiem, a rzadko mam okazję, by móc wyjść do sklepu bez niego. Śmierć głodowa murowana 😉 No wiem, że są też rodzice, którzy w nosie mają swoje pociechy, robiąc zakupy, a te wyczyniają wśród półek, co tylko zechcą (co w sumie też można podciągnąć pod taktykę unikania), ale to już ich sprawa, że hodują, a nie wychowują… Rodzic najlepiej zna swoje dziecko i jeśli przy tym jest mądry, to zrobi, co w jego mocy, żeby jak najlepiej wyjść z danej sytuacji. To, co ktoś uważa za „złotą radę” niekoniecznie musi się sprawdzić w danym przypadku, dlatego dobrze by było, gdyby otoczenie czasami potrafiło ugryźć się w język zamiast takie rady dawać… A jeśli już dawać, to mądrze słowami typu: „może warto byłoby…” zamiast „gdybyś to zrobił tak, byłoby inaczej…”

Ileż ja kłótni z szanownym małżonkiem przeżyłam przez czasami wykluczające się „złote rady”, jeszcze zanim wypracowaliśmy absolutnie wspólny front, który na co dzień naprawdę dobrze się sprawdza. Obwinialiśmy siebie nawzajem bardzo, głównie za to, że nasza córka nie spełnia CUDZYCH oczekiwań, tak właśnie… CUDZYCH… Bo np. ktoś posiał wątpliwość, że jeszcze nie za wiele mówi, mąż się niezdrowo przejął i gotowa kłótnia, że córka nie umie sklecić zdań podrzędnie złożonych… a ja wiem, że ma czas i widzę, że z dnia na dzień kombinuje z mową coraz bardziej, poza naszymi zmartwieniami, swoim tokiem… Jak faktycznie pojawią się problemy, to zmierzymy się z nimi w obecności specjalisty, tymczasem niestety…

Ludzie często lubią szukać problemów tam, gdzie ich nie ma…

Nasza córa fajnie się rozwija, jest na ogół pogodnym dzieckiem, poza pewnymi gorszymi dniami, z przeszkodami architektonicznymi radzi sobie nieraz lepiej niż ja z tą moją niepełnosprawnością, a wielu zamiast naprawdę się cieszyć tym razem z nami szuka dziury w całym. W sumie ja do niedawna też szukałam, bo to przecież takie niewiarygodne mieć na moim miejscu takie fajne, zdrowe dziecko i do tego kochające bezwarunkowo taką nieidealną, niepełnosprawną mamę. Jakaś skaza na tym szczęściu być musi… No musi! I to o wiele większa niż te gorsze dni, w których zwyczajnie trzeba być wsparciem i przetrwać…

Brak wiary – problem wielu rodziców, ale nie tylko 

Tak wielu młodych, naprawdę fantastycznych rodziców boryka się z brakiem wiary. Sami nie wierzą w siebie, rodzina w nich nie wierzy, znajomi nie wierzą… Ciężko, bardzo ciężko wierzyć w siebie, gdy inni nie wierzą, poddają w wątpliwość nasze kompetencję, intuicję, sami wiedzą lepiej… To jest po prostu masakra, jak bardzo można podłamać fantastycznego człowieka brakiem wiary. Ja pierwszy raz ze sporym jej brakiem ze strony wielu osób zetknęłam się, zakładając mój sklep Elzonik.pl. Wielu próbowało mnie zniechęcić do jego uruchomienia i wbijało mi tym samym nóż w serce, bo nic tak nie napędza fajnych działań jak świadomość, że ktoś w nas wierzy, kibicuje, popiera to, co robimy. Fajnie od kogoś usłyszeć: „dobra robota!”, „świetnie ci idzie!”, „jesteś zajefajną mamą!” zamiast „to się nie uda!”, „znowu popełniasz błąd!”, „jak możesz postępować w ten sposób – to nie zadziała!”. Ale kurczę tak jakoś lubimy się skupiać na tym, co złe zamiast chwalić za to, co dobre, bo zazwyczaj jak coś robimy dobrze, to inni uznają to normę, standard, niegodny jakiejś specjalnej pochwały, a jak coś zrobimy źle, to potrafi wypominać się to sporo razy i przy tym już nie dostrzegać pozytywów. Komu nigdy w życiu nie powinęła się noga, niech pierwszy rzuci kamieniem, a kto chciałby czasem od kogoś usłyszeć: „jestem z ciebie naprawdę dumny” niech podniesie rękę. Dlatego też ja może zbyt często mówię Oliwii, że jestem z niej dumna, ale założyłam sobie, że będę się starać skupiać na tych dobrych rzeczach i je pielęgnować, a złe wrzucać w niepamięć zamiast rozpamiętywać w nieskończoność, jak to bywa, gdy ktoś zobaczy, jak powinie nam się noga. Wiele małżeństw przez to się rozpada – przez wzajemne obwinianie się i wypominanie w nieskończoność… Czasami w życiu trzeba wcisnąć reset i „uruchomić system ponownie”, z wykasowaniem wszelkich błędów z dysku.

PAMIĘTAJWielu ludzi będzie wiedziało najlepiej, co zrobić, ale to Ty najlepiej weźmiesz swoje życie we własne ręce.